fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zielony front

Fotorzepa/ Marian Zubrzycki
Prawdziwy cel lewicowych ekologów z przyrodą nie ma nic wspólnego, jest nim bowiem walka ze światem konserwatystów, a więc czysta ideologia i polityka – pisze publicysta.

Od wielu miesięcy trwa frontalny i skoordynowany atak mediów na Ministerstwo Środowiska, a personalnie na jego szefa profesora Jana Szyszkę. Minister wycina Puszczę Białowieską, będzie zabijał chronione łosie, strzela do bażantów w klatkach, ma luksusową stodołę, także skórę rysia, a do tego pokazuje się publicznie z ojcem dyrektorem z Torunia... Szczególnie portale internetowe prześcigają się w doniesieniach o kolejnych grzechach ministra. Czyżby III Rzeczpospolita nie miała większych zmartwień i więcej ministrów zasługujących na uwagę?

W tym szaleństwie jest metoda

Oczywiście, „totalna i permanentna opozycja" stara się przekonywać lud pracujący, że oto przyszło mu żyć pod najgorszym z możliwych, bo konserwatywnym, prawicowym rządem, o czym donoszą również zagraniczne media. Jednak skuteczność takiej totalnej kontestacji jest wątpliwa. Bo przeciętny wyborca ma raczej nikłą wiedzę o tym, czym się zajmuje na przykład Ministerstwo Infrastruktury. Za to na przyrodzie znają się wszyscy i bardzo ją kochają. Specjaliści od czarnego PR radzą więc prowadzić atak jednostkowy, na wybrany cel, który skupia w sobie wszelkie możliwe strachy społeczeństwa oparte na tzw. wiedzy potocznej, nie zaś na naukowych badaniach. Nikt lepiej niż minister Szyszko nie nadaje się do takiego zoperowania.

Po pierwsze – Jan Szyszko jest myśliwym. To bardzo obciążająca cecha w kraju, w którym kandydat na prezydenta państwa zaparł się przed wyborami swych upodobań, rodzinnej tradycji i towarzyszy po strzelbie w obawie, że go wyborcy znielubią. Stracił twarz, ale prezydentem został.

Po drugie – minister chętnie dzieli się swym przekonaniem, że dziś przyroda nie jest samoistnym bytem, lecz ma służyć ludziom, jak było przez ostatnie wieki europejskiej, chrześcijańskiej cywilizacji. I po trzecie, być może najważniejsze – uczestniczy w uroczystościach religijnych i państwowych w gronie zaprzyjaźnionych biskupów i księży, z których wielu podziela jego upodobanie do polowań. Jest więc wymarzonym celem dla wszelkiej maści demoliberalnych, lewackich aktywistów. Mówiąc językiem piarowców, jest formatowany jako symbol zaściankowego, ksenofobicznego, konserwatywnego, klerykalnego, słowem – wstecznego rządu.

Szantaż moralny

Akcje licznych organizacji pozarządowych lubiących się określać jako proekologiczne przeciwko myślistwu i związanej z nim tradycji nie są polskim wynalazkiem; znają je wszystkie europejskie kraje, w których prowadzi się polowania. Brytyjski parlament pod presją owych organizacji całymi latami zajmował się konnymi polowaniami na lisy, by w końcu je ograniczyć, pomimo że cieszą się wielowiekową tradycją. Podobnie jest we Francji i Niemczech. Myśliwi nie mają dobrej prasy w całej Europie.

Na własny użytek wykreowano wizerunek myśliwego jako prymitywnego brutala lubującego się w zabijaniu zwierząt dla rozrywki i przeciwstawiono go szlachetnym obrońcom przyrody i wszystkiego co żywe. W tej walce myśliwi mają znikome szanse na zdobycie sympatii społeczeństwa; w każdym kraju są bowiem dość ekskluzywną mniejszością, stać ich na to, na co nie stać większości, odwołują się do historycznej, szlacheckiej tradycji, z którą większość siłą rzeczy niewiele ma wspólnego. Łatwo jest podburzyć lud przeciwko myśliwym.

Jednak najbardziej skuteczną bronią jest szeroko stosowany szantaż moralny: jeśli nas nie popierasz w walce z myślistwem, to znaczy, że popierasz zabijanie „naszych braci mniejszych" i zabijanie jako takie. Jednocześnie propaguje się antropomorfizację dzikich zwierząt, czyli obdarowanie ich ludzkimi cechami, co jest sprzeczne nie tylko z biologią, ale i chrześcijaństwem, w którym człowiek czyni sobie przyrodę poddaną.

Te idee „ekologów" mają swe źródło w masowych podróżach młodzieży hippisowskiej w latach 60. do Indii i zauroczeniu hinduizmem, który zabrania zabijania nawet karaluchów, o czym się można przekonać w każdej hinduskiej kuchni. W tym kontekście uderzająca jest hipokryzja szlachetnych obrońców życia, którzy broniąc „niewinnych sarenek" czy bażantów ministra Szyszki, jakby zapominali o tysiącach równie niewinnych cielaczków i świnek, które prosto z rzeźni trafiają na nasz codzienny stół.

Stosowany szantaż moralny nie jest więc argumentem, lecz tylko środkiem mającym poprzez odwołanie się do emocji obrzydzić myślistwo w oczach społeczeństwa. Ale prawdziwy cel lewicowych ekologów z przyrodą nie ma nic wspólnego, jest nim bowiem walka ze światem konserwatystów, a więc czysta ideologia i polityka.

Myśliwy z całą jego tradycją historyczną i kulturową, odwołujący się do etyki biskupa z Liege, czczonego w całej cywilizowanej Europie świętego Huberta, nie ma prawa istnieć w świecie lewicowych marzeń. Ten przyszły świat wypełnią wielokolorowe istoty o nieokreślonej płci lub też płci mieszanej – tolerancyjne i otwarte na wszelkie dewiacje, pozbawione pamięci historycznej o agresywnych przodkach i ich pasji zabijania, a więc łagodne i pokojowe, co oczywiście nie przeszkodzi im w regulowaniu populacji ludzkiej drogą aborcji. I gdzież w takim świecie miejsce dla bezlitosnego macho ze strzelbą w ręku?

Prawdziwy spór

Tymczasem w dzisiejszej Polsce współistnienie cywilizacji i dzikiej przyrody stwarza coraz większe i rzeczywiste problemy. Strategię ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków z przyrodą utrudnia podstawowy spór między wyznawcami biernej i czynnej ochrony dóbr przyrodniczych. I jest to spór silnie zideologizowany. Jego stronami są liczne organizacje pozarządowe, w tym wiele o zasięgu ogólnoeuropejskim i takimże finansowaniu, określające się jako „ekologiczne", oraz środowiska zawodowo zajmujące się przyrodą – leśnicy, myśliwi i większość naukowców z uniwersyteckich wydziałów przyrodniczych.

Ekolodzy postulują, by zaniechać jakichkolwiek ingerencji w świat przyrody, a ona sama sobie poradzi, jak to bywało przed wiekami. Dążą też do rozmnażania zagrożonych gatunków dzikich zwierząt, bez żadnych limitów. Ich adwersarze twierdzą, że człowiek zawsze korzystał z dóbr przyrodniczych, a ich eksploatacja służyła przyrodzie, na co są liczne dowody. Natomiast mechanizmy samoregulacji przyrody naruszono już w takim stopniu, że ingerencja jest niezbędna. Awantura o wycinkę chorych drzew w Puszczy Białowieskiej jest tylko fragmentem większej całości.

Niektóre populacje dzikich zwierząt, w tym te całkowicie lub częściowo chronione, wyrwały się już spod kontroli. Inne, na przykład rodzime zające czy kuropatwy, giną na naszych oczach. W Polsce jest nadmiar łosi, bobrów, dzików i kormoranów. Awantura o dopuszczenie odstrzału łosi postulowanego przez Ministerstwo Środowiska już się zaczęła. Za chwilę czeka nas kolejna – o wilki, których liczebność w Polsce ocenia się na tysiąc osobników.

W o wiele większych powierzchnią Francji i Niemczech, gdzie jest zaledwie po 500 wilków, walka o dopuszczenie odstrzałów tych drapieżników sięgnęła poziomu rządowego, a nawet centrali w Brukseli, gdzie protestują hodowcy owiec. Przez trzy tysiąclecia wilki nie były przyjaciółmi ludzi, więc raczej nie zmienią ich charakteru pobożne życzenia ekologów.

Z czasem problemy z dzikimi zwierzętami będą narastać, bo ich ochrona przynosi aż za dobre rezultaty. I konieczna stanie się ingerencja, a więc odstrzały, co spotka się jak zawsze z protestami ekologów.

Ta przepychanka odbywa się na oczach społeczeństwa, które niestety pozbawione jest podstawowej wiedzy o mechanizmach przyrodniczych, z czego cynicznie korzystają tzw. ekolodzy, odwołując się do emocji. Trudno mieć pretensje o podatność na taki szantaż emocjonalny do ludzi, których telewizja od wielu lat karmi starymi filmami przyrodniczymi zachodnich producentów o egzotycznych gatunkach zwierząt afrykańskich. Są tanie, więc kupuje się je na kilogramy, ale w efekcie młodzież nie wie, jak wygląda polska kuropatwa i nie odróżnia królika od zająca czy sarny od jelenia. A każdej jesieni, jak opowiadają goprowcy z Zakopanego, siedzą na drzewach turyści i przez telefony komórkowe wołają o ratunek, bo wokół ryczą niedźwiedzie. Nic nie wiedzą o rodzimych jeleniach i ich godowym rykowisku. Z dorosłymi telewidzami też nie jest najlepiej. ©?

Autor jest jednym ze współzałożycieli Stowarzyszenia Wolnego Słowa, organizacji skupiającej byłych działaczy opozycji demokratycznej w PRL i solidarnościowego podziemia. Jest scenarzystą i reżyserem, był dyrektorem TAI i dyrektorem programowym TV Polonia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA