fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dżihad i pożyteczni idioci

Fotorzepa/Robert Gardziński
Polskie lemingi masowo podpisują list otwarty przeciwko wypowiedziom Konrada Szymańskiego i Witolda Waszczykowskiego bezpośrednio po zamachach w Paryżu. Słowa polityków PiS były niefortunne i niesłuszne, ale ten list to czyste lewactwo, zamykanie oczu na rzeczywiste problemy – pisze publicysta.

„Tym razem nie będzie wielkiego marszu w Paryżu i marszów na prowincji, nie będzie 4 milionów obywateli na ulicach, aby bronić ducha Oświecenia, z prezydentem Republiki na czele, jako mityczny król, i z 44 szefami państw i rządów innych państw u jego boku” - napisała na swoim blogu dziennikarka „Le Monde” Françoise Fressoz. Zaraz po zamachu prezydent Hollande podjął próbę polityki jedności narodowej – pisze Fressoz – ale na próżno, bowiem „[...] Nicolas Sarkozy gra już mecz roku 2017 (wyborów prezydenckich – RG). Nie chce dać się wciągnąć w mechanikę jedności narodowej, ponieważ sam jest pod wyjątkową presją Frontu Narodowego (...)”. A Marine Le Pen właśnie„przypomniała swoją starą śpiewkę na temat >>ponownego zamknięcia granic<< i >>dozbrojenia kraju<>jastrzębie<< są wodzirejami”.

Przytaczam tę wypowiedź, bo jest ona reprezentatywna dla francuskiej lewicy, która mimo że godzi się na politykę ostrych restrykcji zapowiedzianych przez socjalistyczny rząd, to nie potrafi zmienić założeń swojego myślenia o bezpieczeństwie państwa i imigracji. Tu – zresztą – jest zgodna z liderami politycznymi, którzy także zmieniając radykalnie politykę w tym zakresie, nie wyrzekają się założeń, które przez lata były podstawą zgoła innej polityki.

Prawicowa polityka lewicowego rządu

Zamknięcie  granic jest decyzją tymczasową, rząd nie wycofuje się z zasady otwartości granic. Ale już pozostałe zapowiedziane kroki mają charakter długofalowy: wydalanie radykalnych imamów-obcokrajowców, pozbawianie obywatelstwa tych spośród nich, którzy mają dwa paszporty, a nawet możliwość tymczasowego zatrzymywania (internowania) osób podejrzanych o terroryzm. Do tego dochodzi jeszcze zapowiedź rewizji konstytucji w celu umożliwienia skuteczniejszej walki z terroryzmem, czego prawica – przywiązana do dzieła generała de Gaulle’a – nie proponowała.

W każdym razie są to kroki radykalne. Tak radykalne, jakich wymaga sytuacja, czego prawica od dawna się – bezskutecznie – domagała. Teraz lewicowy rząd milcząco przyznaje prawicy rację, ale jego polityczne i intelektualne zaplecze pozostaje w myślowym rozkroku. No bo jak powiedzieć, że miał rację ksenofobiczny Front Narodowy i rywalizujący z nim o głosy UMP (partia Nicolasa Sarkozy’ego, od kilku miesięcy pod nazwą Republikanie)?

Istotą tej francuskiej sprzeczności numer jeden jest trwająca przez kilka dekad abnegacja kolejnych rządów (na zmianę: umiarkowanej prawicy i socjalistów): niezauważanie narastającego problemu bezpieczeństwa jako skutku niepohamowanej, wielomilionowej islamskiej imigracji. Powiadam: islamskiej, bo imigracja z innych kręgów kulturowych znacznie lepiej się integruje, ergo nie stwarza takich problemów.

To zresztą powinno, na zdrowy rozum, wytrącać z ręki argument o ksenofobicznym charakterze głosów zaniepokojonych sytuacją w zislamizowanych przedmieściach wielkich miast. Ale jakoś nie wytrąca.

Kto mówił, że pomiędzy zjawiskami islamskiej imigracji i obniżania się poziomu bezpieczeństwa istnieje jakieś iunctim, był traktowany jak ksenofob. Nicolas Sarkozy, jeszcze jako minister spraw wewnętrznych za prezydentury Jacques’a Chiraca, a potem jako francuski prezydent, usiłował przerwać tę zmowę milczenia. Wiedział bowiem dobrze, że jeśli umiarkowani będą zamykać oczy na rzeczywistość, to tę problematykę zagospodaruje skrajna prawica. I, otóż, podstawowa trudność polityczna, z którą całymi latami musiał się zmagać Sarklozy to był strach o to, żeby nie być posądzonym o przemawianie językiem Frontu Narodowego. Dla wyznawców la pensée unique, francuskiej odmiany naszych lemingów, nie było gorszej obelgi niż posądzenie o ideowe pokrewieństwo z Frontem Narodowym.

Tymczasem mało kto potrafił zauważyć, że ta partia (skądinąd mało sympatyczna ze względu na jej antysemickie korzenie, antyeuropejskość i rusofilstwo) wchodzi w miejsce opuszczone przez umiarkowanych. Miało to dalekosiężne skutki nie tylko dla francuskiej polityki, ale także – i przede wszystkim – dla dominujących przeświadczeń. Stworzyło pewien paradygmat myślenia o sprawach publicznych, w którym obserwacje zgoła oczywiste stawały się wyklęte.

Kwiaty dla Daniele

Gdyby było inaczej, nie notowalibyśmy w ostatnich dniach we francuskim internecie oszałamiającego sukcesu akcji „Kwiaty dla Daniele”. Ta starsza pani nagrała krótkie video na temat ostatnich wydarzeń, w którym potępia zamachowców i powiada coś, co tak bardzo spodobało się w sieci: „Będziemy się bratać się z 5 milionami muzułmanów, którzy praktykują swoją religię w sposób wolny i niekonfliktowy, i będziemy się bić z 10 tysiącami barbarzyńców, którzy zabijają, rzekomo w imię Allaha” .

Skąd ten sukces? Ano stąd, że starsza pani powiedziała coś, co francuskie lemingi nade wszystko pragną usłyszeć w tych dniach wielkiego dysonansu poznawczego. Pragną się utwierdzić w tym, że tylko garstka społeczności muzułmańskiej stwarza problem, a ponad 99 procent żyje w zgodzie z zasadami Republiki. Otóż taka dychotomia jest fałszywa. Bo po to, żeby owa garstka gotowych na wszystko fanatyków mogła skutecznie zastraszać państwo o mocarstwowych ambicjach, trzeba mu oparcia w terenie: kryjówek, magazynów broni, życzliwości rodzin i sąsiadów, trzeba w końcu nie wyróżniania się wyglądem, stylem bycia i strojem od otoczenia.

Wiele śladów zamachów z 13 listopada prowadzi do brukselskiej dzielnicy Molenbeek? Czy to przypadek, że sprawcy wcześniejszych zamachów (na muzeum Żydów  w Brukseli i na francuski TGV) też pochodzili z Molenbeek? Otóż, może wreszcie trzeba uznać tę oczywistość, że w wielkiej masie muzułmanów, w dzielnicy która kulturowo przypomina miasta Bliskiego Wschodu, powstają warunki dla wytworzenia się grupek ekstremistów. Podobnie jest na przedmieściach Paryża, Lyonu, Marsylii, Strasburga, Lille ... Bo Francja, poprzez długoletnią politykę masowej imigracji nie potrafiła zapobiec zjawisku wytwarzania się swoistych gett – enklaw, w których prawa i obyczaje Republiki nie tylko nie działają, ale są publicznie poniżane.

Jeszcze więcej multi kulti

To o takich miejscach w Szwecji mówił kilka miesięcy temu w Sejmie Jarosław Kaczyński i przestrzegał przed poczynieniem podobnych błędów w Polsce. A wtedy szyderstwom ze strony polskich lemingów nie było końca.

Teraz polskie lemingi masowo podpisują list otwarty przeciwko wypowiedziom Konrada Szymańskiego i Witolda Waszczykowskiego bezpośrednio po zamachach w Paryżu. Uważam te wypowiedzi za co najmniej niefortunne w tamtym momencie i niesłuszne, jeśli o chęć odwrócenia się Polski od problemu imigranckiego, który dotyczy całej Unii. Ale ten list to czyste lewactwo, zamykanie oczu na rzeczywiste problemy. Stawia on polskich polityków (a teraz już ministrów) pod pręgierzem oskarżenia o ksenofobię.

Nie zgadzam się z Szymańskim i z  Waszczykowskim, ale przecież nie można nie zauważyć, że przemawiała przez te wypowiedzi troska o zabezpieczenie polskich interesów. Pojmuję je trochę inaczej (myślę, że sama kwota 7 tys. imigrantów nie jest problemem w skali naszego kraju), ale zauważam, że obaj próbują wyciągnąć wnioski z klęski Zachodu w sprawie polityki imigracyjnej.

Tymczasem sygnatariusze listu zachowują się tak, jak gdyby nic się nie stało. Zdają się mówić: w obliczu zamachów domagamy się jeszcze więcej polityki mieszania kultur. Piszą, że terroryści chcą „przerażonej, zamkniętej Europy”, że chcą Europy „która odwróci się od imigrantów”. Niestety, jest odwrotnie: terroryści chcą Europy, która w niekontrolowany sposób wpuszcza do siebie miliony imigrantów i w żaden sposób nad tą falą nie panuje, bo wtedy dopiero powstają warunki do islamskiej radykalizacji młodzieży.

Pożyteczni idioci swego czasu z entuzjazmem informowali o „wielkich budowach socjalizmu” i o wyzwoleniu człowieka z jarzma kapitalizmu w Kraju Rad. Wtedy przyczynili się do intelektualnej bezradności Zachodu wobec komunizmu, do trwającego przez kilka dziesiątków lat złudzenia dialogu, do Ost-politik, która na koniec okazała się klęską. Teraz przyczyniają się do utrwalania polityki, która podminowuje kulturową koherencję Europy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA