fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Lityński: Nie ma powrotu. Zostaje tylko bunt

AFP
Zakaz aborcji służy zniewalaniu kobiet, a następnie całego społeczeństwa. I to jest rzeczywisty sens całej antyaborcyjnej kampanii – pisze działacz opozycyjny.

Przeczytałem uważnie apel o „Potrzebie i sensie kompromisu" podpisany przez dwadzieścia kilka osób znanych ze swej działalności publicznej – naukowców, artystów, publicystów. Próba kompromisowego rozwiązania obecnego konfliktu jest ze wszech miar godna szacunku. Tylko wydaje się ona znacznie spóźniona. A w niektórych przypadkach niezbyt szczera. W tym samym czasie bowiem jeden z sygnatariuszy apelu pozwala sobie na żarty z innego apelu, wystosowanego przez niemal wszystkich generałów w stanie spoczynku, byłych dowódców wszystkich służb mundurowych. Wydawałoby by się, że apel o porozumienie winien łączyć się z niewypominaniem PRL-owskiej przeszłości. Przeszłość należałoby odkreślić grubą linia. Apel generałów ma, jak się wydaje, nieco większy ciężar gatunkowy. Wydaje się prawdopodobne, że odzwierciedla on w jakimś stopniu nastroje wśród służb mundurowych. Oznacza, to że służby też nie chcą być narzędziem dla jednej opcji politycznej.

Naruszona równowaga

Z drugiej strony jednym z sygnatariuszy apelu jest Antoni Dudek, który w swych wyważonych ironicznych komentarzach zamieszczanych w mediach społecznościowych zdaje się wykluczać możliwości jakiekolwiek porozumienia. Rozumiem, że chowa swoje przekonania w imię próby uniknięcia katastrofy. Rzecz jednak w tym, że propozycje sygnatariuszy do niczego nie prowadzą. Proponują oni mianowicie, by kruczkami prawnymi wrócić w sprawie aborcji do stanu rzeczy sprzed wystąpienia Trybunału dla niepoznaki zwanego konstytucyjnym. A do tego nie ma powrotu. Demonstranci idą dziś bowiem znacznie dalej.

Oświadczenie Trybunału naruszyło wątły, i wątpliwy dodam, kompromis, jakim była ustawa z 1993 roku. Był to rodzaj stanu określanego w fizyce stanem równowagi nietrwałej. Tak jak kulka umieszczona na czubku obłej górki może tam pozostawać, dopóki jakieś minimalne poruszenie nie spowoduje jej upadku. Tym poruszeniem było wspomniane oświadczenie. Kulka spadła. I nie ma już powrotu na górę.

Niczym trzepot motylka w puszczy brazylijskiej powodujący huragan w innej części świata opinia kilku manipulowanych i zależnych od Kaczyńskiego ludzi wywołała protest. I nie jest to protest ograniczający się do tej opinii. Nie jest to też jedynie protest przeciwko zakazowi aborcji. Zresztą, jak zauważa w „Dzienniku" publicysta Piotr Zaremba, ten zakaz i tak był iluzoryczny. Według środowisk antyaborcyjnych wykonywano w Polsce ponad dziesięć razy więcej aborcji, niż wskazują oficjalne dane, według zaś innych źródeł zabiegów jest znacznie więcej. Ustawa nosi więc wszelkie cechy hipokryzji. Nie chodziło o rzeczywiste ograniczenie aborcji, lecz o przepis pozwalający na zadowolenie z wypełnienia doktrynalnego przekonania.

i tani sentymentalizm

Od wielu już lat środowiskom przeciwnym ustawie pozwalającej na aborcję, przede wszystkim znacznej części hierarchii kościelnej, udało się narzucić język debaty publicznej. Wprowadzono pojęcie dziecka nienarodzonego, rodzaj oksymoronu, i rozpoczęto kampanię rzekomo za życiem. Według badań amerykańskich to środowiska pro-life są zarazem gorliwymi obrońcami kary śmierci i prawa do noszenia broni. Owo pro-life ogranicza się do pozostającego w łonie matki płodu. Podobnie wydaje się być w naszym kraju. Rzekomi obrońcy życia okazali się zupełnie nieczuli na los dzieci mordowanych w wyniku światowych konfliktów, wobec niedostatków służby zdrowia, przeznaczając ogromne dotacje na propagandę czy to w rządowej telewizji, czy to w działalności Rydzyka. Grzmiąc o morderstwach nienarodzonych, jakby sami sobie przeczą. Bowiem za zabójstwo kodeks karny przewiduje karę od ośmiu lat więzienia do dożywocia włącznie, kara za aborcję zaś jest niewspółmiernie łagodniejsza. Oznacza to, że sami „propagatorzy życia" nie wierzą w swe własne słowa. Bo nie potrzebują. Ów ruch pro-life jest przesiąknięty tanim sentymentalizmem i wyrazem niedojrzałości. Doktryna przeciwko złożoności życia.

Aborcja jest tragedią. Dla ogromnej większości kobiet. Nie dla płodu będącego zaledwie potencją życia. I aborcję można i należy minimalizować – poprzez edukację seksualną, antykoncepcję, a także już na etapie podejmowania decyzji poprzez poważne rozmowy. Taki miała charakter propozycja Andrzeja Wielowieyskiego zgłoszona w 1993 roku w ówczesnym Sejmie. Odrzucona większością głosów, a następnie wrzucona w niebyt decyzją Trybunału Konstytucyjnego pod przewodnictwem prof. Zolla. Argumentacja, jakiej wówczas użył Trybunał, wydaje się łatwa do podważenia. I takie jest zdanie wielu wybitnych prawników. Lecz Trybunał zdawał się być w zaczarowanym kręgu pro-lifowej nowomowy. Nierozróżnianie grzechu od przestępstwa stało się źródłem złego prawa.

Tu wtręt osobisty. Kiedy moja przyjaciółka powiedziała mi, że wymusiła na swojej synowej aborcję, zerwałem z nią kontakty. Znam co najmniej trzy przypadki, kiedy kobiety zostały namówione do urodzenia dziecka mimo zamiaru aborcji. I potem ich dzieci wyrastały w szczęśliwych rodzinach. Ale decyzje podejmowały kobiety, a nie ktoś za nich w postaci prawodawcy.

Kościół w ślepej uliczce

Niewątpliwie zasługą Kościoła jest przekonanie ludzi, że aborcja jest złem. Lecz protestując przeciw aborcji, Kościół jednocześnie zakazywał używania środków antykoncepcyjnych i dość wyraźnie sprzeciwiał się edukacji seksualnej. W ten sposób napędzał aborcję i dodatkowo śmierć z powodu chorób wenerycznych i AIDS. Pro-lifowość pokazywała swe ograniczone oblicze. Dodatkowo znaczna część hierarchii kościelnej z niewiadomych powodów jest przeciwko in vitro, a androny, jakie wypowiadają na ten temat niektórzy duchowni nadają się raczej do kabaretu. Podobnie jak kampania przeciwko LGBT, gender i lewakom.

Kościół w Polsce, a raczej jego przeważająca niestety część, poszukując wrogów zabrnął w ślepą uliczkę. Związany i wzajemnie zależny od władz zatracił poczucie ewangelicznego przesłania. Sojusz tronu z ołtarzem stał się faktem. Korzyści są obopólne. Partia uzyskuje poparcie Kościoła, co pozwala wygrywać wybory, Kościół otrzymuje sowite datki i ma wpływ na posunięcia władz. Obie strony zaś mogą panować nad zniewalanym społeczeństwem. Ale wszystko ma swoją cenę. Trudno o bardziej ponury obraz niż widok rządu Rzeczypospolitej Polskiej pląsającego i zawodzącego przed Tadeuszem Rydzykiem. No może jedynie uśmieszki prezydenta.

Patronuje temu mit Jana Pawła II. Z całej bogatego i wspaniałego nauczania papieża Polaka zostało tylko jedno antyaborcyjne przesłanie. I setki pomników projektowanych przez pacykarskich artystów straszących na placach naszych miast. Nie musiało tak być. Świadczy o tym list kilkudziesięciu księży, którzy ukazują, że misją Kościoła jest współtowarzyszenie wiernym, a nie wywyższanie się. Powinniśmy być im za to wdzięczni.

Zakaz aborcji służy zniewalaniu kobiet i to jest rzeczywisty sens całej antyaborcyjnej kampanii. I taki jest sens ostatniej akcji dzisiejszych władz. Zniewolenie kobiet, a następnie całego społeczeństwa. Celnie to ujął dureń (niestety, mimo wysiłków nie udało mi się znaleźć łagodniejszego określenia) mianowany niedawno ministrem od edukacji i nauki. Kobieta służy do rodzenia. Jakby symbol tych rządów. Ale też ostatnie demonstracje i protesty są właśnie odpowiedzią na takie myślenie i takie rządzenie. Obojętne dotąd na politykę młode pokolenie przemówiło. Szala się przechyliła, ucho się urwało.

jest niejasna

Podobnie jak w marcu 1968 roku młodzi ludzie sprzeciwili się kłamstwu, krzycząc prasa kłamie, tak dzisiaj ich rówieśnicy wołają o prawdę i odrzucają obłudę. Tylko dzisiejszy bunt ma znacznie szerszy zasięg i jest znacznie mniej grzeczny. Jakby zaczynał się tam, gdzie ich poprzednicy skończyli. Jak każda rewolucja bunt ma swoje radykalne oblicze. Gwałtowna reakcja Marty Lempart na spokojne wyważone słowa Szymona Hołowni może być tego przykładem. Jednak, co należy odnotować z uznaniem, słowa te zostały wycofane.

Nie wiem i nikt nie wie, jak skończy ten protest. Mam nadzieję, że nie dojdzie do tragedii. Drogą do jej uniknięcia jest poważne potraktowanie buntu. Lecz niestety wiele wskazuje, że władzy na to nie stać. Z charakterystyczną dla wszystkich dyktatorskich systemów postawą, reaguje oskarżeniami o spisek, groźbami i zapowiedzią represji. Opisywany jako genialny strateg, a zachowujący się jak nędzny dyktatorek, szef rządzących chroni swą osobę oddziałami bezpieczeństwa i wzywa do walki bojówki. Jego podwładni, łącznie z premierem, wykazują nieudolność w obliczu narastającej fali epidemii. Gość wybrany prezydentem miota się bez żadnego pomysłu.

Przyszłość jest niejasna i rysuje się ponuro. Normalnie w takiej sytuacji następuje dymisja rządu i rozpisanie nowych wyborów. Tylko że nic nie jest normalne. Żyjemy w cieniu epidemii.

Pozostaje jakaś forma porozumienia. Nowy okrągły stół. Rzecz jednak w tym, że Okrągły Stół z roku 1989 odbywał się w warunkach, gdy ówczesna władza nie widziała innego wyjścia. A i ówczesna propaganda miała znacznie umiarkowany charakter. Władze zdają się być otumanione własną retoryką i niekorzystnym rozwojem wydarzeń, które same sprowokowały. Ich sposób rządzenia wyklucza jakikolwiek kompromis. Zostaje bunt.

Jan Lityński jest działaczem opozycji w czasach PRL, przez cztery kadencje posłem na Sejm

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności

za sformułowania

użyte przez autora

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA