fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Soboń: Samorząd do poprawy

Archiwum Prywatne
Lokalne władze nie mogą opierać swojej polityki wyłącznie na pozyskiwaniu środków unijnych – twierdzi poseł PiS Artur Soboń.

Przenosimy koalicję rządową, która się sprawdza, na poziomy samorządowe – ogłosili wspólnie w listopadzie 2014 roku Ewa Kopacz i Janusz Piechociński. Tak powstały, rządzące do dzisiaj, samorządowe koalicje PO-PSL w sejmikach i powiatach. Centralnie, politycznie, z pominięciem podmiotowości lokalnych radnych. Samorządowcy PO-PSL zostali sprowadzeni roli wykonawców decyzji podejmowanych w Warszawie. Nie przeszkadza to tym samym politykom organizować dzisiaj Ruchu Obrony Polskiej Samorządności i zwoływać „sejmik sejmików” w obronie decentralizacji.

W samorządach panuje sytuacja rodem z PRL-u. Niby wszyscy w swoich strategiach rozwoju napisali o „endogenicznych czynnikach wzrostu”, każdy wybrał swoje własne i unikalne specjalizacje, strategie innowacji oraz regionalne programy podziału środków Unii Europejskiej. Tylko jeśli byśmy je wszystkie zestawili w jedną całość, to okaże się, że każdy ma dokładnie takie same zasoby i wskazuje na analogiczne, bądź niezwykle podobne do siebie cele. Dlaczego? Bo nie są to dokumenty, które określają priorytety poszczególnych regionów. Wskazują one jedynie te obszary, na które można pozyskać unijne pieniądze. I trudno się temu dziwić skoro środki te są bezzwrotne. Jeśli istnieje możliwość pozyskania 85 % finansowania zewnętrznego na jakiś cel, to zawsze ten cel będzie wskazany jako lokalny priorytet. To zupełnie naturalne. Nawet jeśli poszczególne projekty nie będą ze sobą w żaden sposób powiązane, a ich realizacja to inwestycja tylko z nazwy. Realny pozostaje jedynie wydatek, a wydatki majątkowe w samorządzie oznaczają najczęściej poprawę jakości życia, a tym samym wzrost wydatków bieżących na utrzymanie lokalnej infrastruktury w przyszłości. Brakuje długookresowego spojrzenia na budżety samorządu, pozbawione zewnętrznego zasilania kroplówką rządowego i unijnego wsparcia. Co z tego, że samorządowcy mogą rządzić wiele kadencji, skoro w każdej z nich kierują się wyłącznie logiką najbliższych wyborów samorządowych?

Po co nam unijne pieniądze?

W umowie partnerstwa zawartej pomiędzy Polską a Unią Europejską przez rząd PO – PSL zapisano, że „Polsce udało się uzyskać daleko posuniętą zgodność pomiędzy celami zdefiniowanymi na poziomie strategii EU2020 z celami wskazanymi w SRK 2020 oraz powiązanymi z nią strategiami zintegrowanymi, co było możliwe głównie dzięki synchronizacji czasowej prac strategicznych na poziomie krajowym i unijny.”Ta zgodność to oczywiście prawda. Polska przyjęła jako prawdę objawioną kierunki wskazane przez Komisję Europejską. Środki unijne dla Polski w znakomitej większości zaprogramowane zostały w Brukseli a nie w Warszawie. Wyzwaniem dla obecnego rządu jest włączenie Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju do umowy partnerstwa i jasna odpowiedź na pytanie: po co są nam unijne pieniądze? Bo przecież nie wyłącznie po to, żeby je wydać, a wydając poprawić popyt i krajowe PKB. Musimy je rzeczywiście zainwestować, rozwiązując lokalne problemy i tworząc taki potencjał gospodarczy na przyszłość, który pozwoli na rozwój Polski regionalnej i lokalnej bez zewnętrznego dopływu kapitału. Szczególnie, że to ostatnia kadencja z tak dużymi środkami zewnętrznymi do wydania, a Polska przechodzi właśnie z etapu dyfuzji naśladowczej do suwerennej myśli rozwojowej. Potrzeba ludzi i programu, który sprawi, że samorządowa Polska odzyska swoją energię z roku 1990. To powinno być wyzwaniem całego obozu zjednoczonej prawicy skupionego wokół Prawa i Sprawiedliwości, bo ze strony opozycji istotą kampanii wyborczej do samorządu będzie polityczna hipokryzja i próba całkowitego odwrócenia pojęć.

Przykładem całkowitego odwrócenia pojęć jest polityka przestrzennego rozwoju Polski. To co było celem rządowej strategii „Polska 2030” traktowane jest obecnie jako zamach na samorządność. Równoważenie rozwoju miało się opierać na koncentracji funkcji metropolitarnych i działalności gospodarczej w dużych ośrodkach miejskich i ich dyfuzji, rozprzestrzenianiu w kierunku obszarów peryferyjnych. Celem rządu PO-PSL w roku 2030 miało być powstanie sieci metropolitarnej, w tym metropolii największego miasta, Warszawy, która odpowiada za ok. 17% PKB Polski. Rządowa polityka spójności Michała Boniego kapitulowała z aspiracji realnej konwergencji przestrzennej Polski, zakładając rozwój w „przestrzeni przepływów” a nie w „przestrzeni miejsc”. Jak pisał prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz: „Jeżeli ma się udać dyfuzja to najpierw musimy dokonać fuzji skrajnie dziś rozproszonych zadań metropolii. Kluczem do rozwoju i samych metropolii, i całego kraju, jest więc dzisiaj utworzenie silnych podmiotów metropolitarnych.”Nic dzisiaj nie pozostało z głosów nawołujących do fuzji funkcji metropolitarnych. Istotą samorządności stała się całkowicie populistyczna mobilizacja w lokalnych referendach, zamiast koncentracji funkcji i szybszego rozwoju. Być może projekt warszawskiej metropolii autorstwa posłów Prawa i Sprawiedliwości nie był wolny od niedociągnięć, ale to w żaden sposób nie uprawnia do całkowitej zmiany stanowiska przez polityków PO-PSL.

Potrzeba krytycznego namysłu

Twierdzą dziś oni, że reforma samorządowa była najlepszą ze wszystkich wprowadzonych po 1989 roku. Podczas jubileuszu XX-lecia samorządu gminnego Jerzy Stępień przestrzegał przed takim optymizmem: „Przestańmy mówić, że to najbardziej udana reforma. Nie jest wcale dobrze.”Wśród spraw wymagających naprawy wymienił kwestię kontroli finansów samorządowych przez regionalne izby obrachunkowe. „Kontrola z prawdziwego zdarzenia powinna spełniać trzy warunki: powinna być fachowa, następcza i zupełna. Obecnie RIO spełnia tylko dwa pierwsze. Moim zdaniem aby taka kontrola miała sens musi przyjąć formę audytu zewnętrznego takiego jak w spółkach prawa handlowego. Tymczasem w Polsce jest na odwrót – znacznie lepiej niż sektor publiczny kontrolowane są spółki prywatne”podkreślał StępieńMożna przypisywać obecnemu obozowi rządowemu najgorsze intencje kadrowej czystki, ale przyjęty niedawno projekt ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych w znacznym stopniu spełnia oczekiwania sformułowane przez Jerzego Stępnia w 2010 roku. Rzeczywistość kredytów na lichwiarski procent w tzw. parabankach dla szpitali samorządowych potwierdziła tylko ten postulat w praktyce.

Trzeba zatem założyć, że każda zmiana wprowadzana przez Prawo i Sprawiedliwość w samorządzie, nawet jeśli diagnoza stawiana przez naszych poprzedników bądź ekspertów była podobna, spotka się dzisiaj z totalnym sprzeciwem opozycji. Samorządowej koalicji PO-PSL chodzi o czytelną linię politycznego sporu: rządzący są za ustrojową centralizacją, opozycja - za samorządnością. Wzniosłe słowa o ustrojowym znaczeniu tego sporu mają zastąpić czysto pragmatyczną debatę o tym jak dostarczyć obywatelom w sposób optymalny najwyższej jakości usługi komunalne. Gdyby ktoś chciał się naprawdę zastanawiać nad obecnym ustrojem samorządu to powinien zacząć od  gigantycznej asymetrii informacji między władzą wykonawczą a radnymi, szczególnie w sytuacji bezpośrednich wyborów jednoosobowych zarządów w gminach i braku zorganizowanej lokalnie opinii publicznej. Tego ani PO ani PSL z całą pewnością nie zrobią, a podjęta przez PiS próba diagnozy sytuacji sprowadzona została wyłącznie do wstecznej lub przyszłej dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów. Obawiam się, że kampania wyborcza do samorządu nie zostawi najmniejszej nawet przestrzeni do krytycznej oceny rzeczywistości polskiego samorządu i poważnej debaty o jego przyszłości, a bez współpracy z samorządem trudno będzie zrealizować rządowe plany. Rozwój Polski to zawsze wspólny sukces rządu, samorządu i sektora prywatnego. Powinniśmy skutecznie przekonywać Polaków do tego, że największym sojusznikiem samorządu jest właśnie rząd i obecna większość parlamentarną.

Autor jest wieloletnim samorządowcem. Przewodniczącym parlamentarnego zespołu ds. reindustrializacji Polski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA