fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

PiS rządzi, siedząc na bagnetach

PAP
Partia Jarosława Kaczyńskiego okopała się w swojej twierdzy, uznając, że każdy, kto jest poza jej murami, to wróg. To pogląd błędny, zły i szkodliwy. Nie można urządzać państwa na zasadzie dyktatu, nawet jeśli ma się mocny mandat wyborców – pisze publicysta.

Wyraźna wygrana PiS w zeszłorocznych wyborach dowiodła, że wielu Polaków oczekiwało przebudowy państwa. Ta przebudowa się dokonuje – Sejm bez problemu przegłosowuje kolejne ustawy o zasadniczym znaczeniu dla ustroju. Problem polega na tym, że odbywa się to w warunkach olbrzymiego politycznego napięcia i gwałtownego konfliktu. Takie okoliczności nie tylko nie sprzyjają, ale wręcz nie pozwalają na prowadzenie normalnej dyskusji o prezentowanych projektach.

Od początku sprawowania władzy zdominowany przez PiS parlament uchwalił co najmniej kilka fundamentalnych dla kraju ustaw: o prokuraturze, kodeks postępowania karnego, o policji, o służbie cywilnej, o ziemi, „małą" ustawę medialną. W przygotowaniu jest nowa, zwana dużą, a także ustawa antyterrorystyczna. Wszystkie ustawy, które już przeszły proces legislacyjny, były zgłaszane jako projekty poselskie, nie rządowe – choć faktycznie zostały przygotowane przez rząd. To wybieg umożliwiający uniknięcie procesu konsultacji społecznych i przepchnięcie przepisu szybką i mało kłopotliwą dla władzy ścieżką.

Na tę praktykę skarżyły się już kilka miesięcy temu organizacje pozarządowe. Szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk odpowiadał wówczas krótko i – co tu dużo mówić – arogancko: „Posłowie mają prawo zgłaszać swoje projekty". Wiedział oczywiście świetnie, że projekty nie są autorstwa posłów, ale powstają w ministerstwach.

Ta praktyka ma się oczywiście nijak do jednego z głównych motywów kampanii wyborczej PiS, które słusznie wskazywało, że poprzednia władza nie słuchała głosu obywateli, i obiecywało, że samo będzie działać inaczej. Jak widać, retoryka wyborcza sobie, a późniejsza praktyka sobie.

Wyjątkiem jest budzący ogromne wątpliwości projekt podatku handlowego oraz projekt ustawy antyterrorystycznej (wyjątkowo rządowy). Nie zmienia to jednak zasadniczo sytuacji: regulacje istotne dla funkcjonowania państwa, dla jego ustroju, nie są poddawane niemal pod żadną dyskusję.

W okopach z jednej strony mamy dwie partie opozycyjne – Platformę Obywatelską i Nowoczesną – które a priori skreślają każdy projekt partii rządzącej, automatycznie wkomponowując go w swoją absurdalną narrację o dyktaturze, zamordyzmie, występowaniu z UE i nadchodzącym faszyzmie. Nawet jeśli wymaga to niebywałej ekwilibrystyki umysłowej.

Stąd histeryczna wręcz reakcja choćby na ustawę o policji, mimo że bazuje ona przecież w ogromnej części na projekcie stworzonym za poprzedniej kadencji przez samą Platformę. PO doskonale wiedziała, że to przez jej zaniedbanie ustawę trzeba było szybko uchwalić, zanim służby w wyniku orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego stracą możliwość prowadzenia kontroli operacyjnej. Partia kierowana przez Grzegorza Schetynę – podobnie jak jej konkurenci z ugrupowania Ryszarda Petru – nie próbowała jednak nawet wytknąć konkretnych – ich zdaniem – złych rozwiązań ani tym bardziej zaproponować lepszych. Skupiła się na powtarzaniu frazesów o wszechobecnej inwigilacji.

W tych okolicznościach strona rządowa swoje projekty przepycha bez pardonu i bez próby poddania ich pod dyskusję. W takiej taktyce utwierdza ją niespadające poparcie i niezmienny entuzjazm znacznej części elektoratu, która gotowa jest wesprzeć każdy pomysł przedstawiany przez ukochane ugrupowanie, darzone takim zaufaniem, że wygasza odruch jakiegokolwiek sceptycyzmu. Urządzanie państwa w nowy sposób staje się grą zero-jedynkową, prowadzoną według manichejskiego schematu walki dobra ze złem. Skutki są fatalne.

Na przegranej pozycji stoją zwłaszcza ci, którzy starają się wskazywać słabe punkty przyjmowanych rozwiązań, a nie są żołnierzami żadnej ze stron. To w ogromnej mierze organizacje pozarządowe, ale także krytyczni komentatorzy oraz Ruch Kukiz'15, który jako jedyna partia opozycyjna próbował proponować konkretne, alternatywne rozwiązania w różnych kwestiach, nieniweczące zarazem istoty wysuwanych przez PiS projektów.

Ze względu na tryb, w jakim projekty trafiają do parlamentu, NGO-sy nie mają formalnej możliwości zaprezentowania swoich analiz, a z powodu politycznego napięcia każdy krytyczny głos jest przez rządzących niemal automatycznie klasyfikowany jako próba zakwestionowania „dobrej zmiany".

Efektem są takie rozwiązania prawne jak ustawa o ziemi, która – mając ochronić grunty rolne przed wykupem przez cudzoziemców – w istocie wylała dziecko z kąpielą, uderzając w bezprecedensowy sposób w prawo własności i niwelując wartość ziemi będącej w rękach Polaków bez rolniczego wykształcenia. O żadnej publicznej debacie na ten temat nie było jednak mowy, mimo że eksperci i komentatorzy wskazywali ewidentnie słabe punkty projektu.

Taka debata nie musi być dla projektu zła – przeciwnie, może ustrzec projektodawców przed trudnymi czasem do przewidzenia negatywnymi skutkami regulacji. Tak przecież było z projektem podatku handlowego, który mocno odszedł od swojej pierwotnej postaci właśnie pod wpływem merytorycznej krytyki płynącej z kręgów biznesu. Obecnie wiadomo już na przykład, że nie będą nim objęte sklepy internetowe, co dla wielu z nich oznaczałoby plajtę. Dlaczego z podobną uwagą partia rządząca nie wysłuchała zastrzeżeń w przypadku ustawy o ziemi, o policji, o prokuraturze – trudno powiedzieć. Podatek handlowy okazał się raczej wyjątkiem niż regułą.

Szczególnie złe wrażenie robi dziś to, że wprowadzając bardzo istotne dla funkcjonowania państwa regulacje, PiS postępuje dokładnie w taki sam sposób jak kiedyś Platforma: ignoruje głos obywateli. Chyba że są to obywatele bijący mu brawo.

Przez cały okres sprawowania władzy PO forsowała uparcie fatalny projekt przymusowego wysyłania do szkół sześciolatków, lekceważąc protesty obywateli. To był przykład, jak działać nie należy. Dzisiaj PiS w wielu sprawach proceduje w identyczny sposób – okopując się w swojej twierdzy i uznając, że każdy, kto znajduje się poza jej murami, to z definicji wróg.

To pogląd błędny, zły i szkodliwy. Nie powinno się urządzać państwa na zasadzie dyktatu, nawet jeśli ma się mocny mandat wyborców. Zwłaszcza gdy dyktat nie oznacza ignorowania – co można zrozumieć – jedynie opozycji totalnej, ale w ogóle wszelkich krytycznych opinii, nawet płynących z życzliwych bądź neutralnych kręgów.

Jarosław Kaczyński powinien sobie przypomnieć jedną z najbardziej znanych maksym Napoleona – że nie da się rządzić, siedząc na bagnetach. Narzucanie najistotniejszych ustrojowo rozwiązań zamiast uzgadniania ich w drodze dyskusji z tymi, którzy chcą dyskutować i mają sensowne argumenty – to siedzenie na bagnetach.

Autor jest publicystą tygodnika „wSieci"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA