fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego jest ostateczne

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Werdykt, którego publikacji odmawia premier RP, nie został wydany przez pijanego szaleńca, lecz legalnie wybranych sędziów – pisze prawnik.

Na łamach „Rzeczpospolitej" ukazał się wywiad z dr. hab. Kamilem Zaradkiewiczem, w którym padają tezy rzekomo zaczerpnięte z dorobku teorii prawa. Jako osoba zajmująca się tą dyscypliną naukową od wielu lat poczułem się zobowiązany do sprostowania tych opinii.

Główną tezą prezentowaną przez dr. hab. Zaradkiewicza jest twierdzenie, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, o których art. 190 ust. 1 konstytucji mówi, że są ostateczne, nie są ostateczne. To zaskakujące twierdzenie nie jest uzasadniane odwołaniem do jakichkolwiek innych przepisów prawa powszechnie obowiązującego: jak dr hab. Zaradkiewicz sam stwierdza, nie da się do orzeczeń TK w zakresie ich ostateczności zastosować np. przepisów kodeksu postępowania cywilnego. Jedyne argumenty na rzecz tezy, że ostateczne nie jest ostateczne, to twierdzenie, że „konstytucja nie precyzuje nam, co to oznacza ostateczność orzeczeń i jak powinniśmy ją rozumieć", oraz twierdzenie, że „od bardzo dawna teoretycy prawa wyróżniają osobną kategorię orzeczeń nieistniejących".

Naturalna interpretacja

Jeśli chodzi o pierwszy argument, to jest on zaskakująco słaby. Konstytucja RP zawiera wiele terminów, których nie definiuje. Przykładowo w art. 8 ust. 1 wskazującym, że konstytucja jest prawem najwyższym, nie precyzuje się kryteriów terminu „najwyższy". Co gorsza, w art. 1 ta sama konstytucja wskazuje, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, nie definiując kluczowego terminu „wspólny". Oczywiście brak definicji tych terminów nie przeszkadza prawnikom, ponieważ zgodnie z podstawową zasadą wykładni tekstu prawnego w przypadku braku definicji legalnych, a więc wyraźnie ustalonych kryteriów rozumienia danego terminu zawartych w akcie prawnym, który tym terminem się posługuje, nadaje się tym terminom znaczenie, które mają one w języku powszechnym. Takie podejście gwarantuje, że prawo będzie interpretowane w najbardziej naturalny dla obywateli sposób oraz że indywidualnie żaden prawnik ze względu na realizację swoich preferencji osobistych czy politycznych nie będzie próbował zmieniać znaczenia tych terminów.

Zatem jeśli sięgniemy do „Słownika języka polskiego", to przeczytamy w nim, że „ostateczny" to „taki, który jest ostatnim etapem jakiegoś działania lub procesu i nie ulegnie już zmianie". Mimo tak oczywistego znaczenia terminu „ostateczny" dr hab. Zaradkiewicz twierdzi w wywiadzie, że „każdy wyrok, także ten wydany przez sędziów Trybunału, podlega ocenie kryteriów ustawowych i konstytucyjnych". Sformułowanie to jest dalece niejasne: czy to kryteria ustawowe i konstytucyjne mają oceniać wyrok? Zapewne nie. Chodzi o to, że ktoś na podstawie tych kryteriów ma ten wyrok oceniać. W wyniku tej oceny może stwierdzić na przykład, jak wskazuje w innym miejscu dr hab. Zaradkiewicz, że „postępowanie, które wieńczy to, co wydaje nam się orzeczeniem, tak naprawdę nie zostało zakończone. Jest ono uznawane dalej za toczące się".

A więc jednak to, co ostateczne, nie jest ostateczne. Interpretacja przeprowadzona w wywiadzie prowadzi nas do wniosku, który jest w sposób oczywisty wnioskiem contra legem. Argumentu dr. hab. Zaradkiewicza nie ratuje fakt, że niektóre zwykłe orzeczenia sądowe, choć są ostateczne, mogą zostać wzruszone. Ostateczność, o której mowa w konstytucji, powinna być rozumiana zgodnie z zasadą autonomii wykładni terminów ustawy zasadniczej jako ostateczność i niewzruszalność wyroków TK, właśnie dlatego że żadnej procedury ich wzruszalności konstytucja nie przewiduje.

Dr hab. Zaradkiewicz ma chyba świadomość słabości pierwszego argumentu, dlatego sięga do kluczowego argumentu z teorii prawa. Orzeczenie musi być nie tyle ostateczne, ile musi być przede wszystkim orzeczeniem. W tym miejscu następuje odwołanie do koncepcji teoretyczno-prawnej orzeczeń nieistniejących. Są to orzeczenia, których poziom wadliwości jest tak rażący, że nie tylko są one nieważne, ale w ogóle nie istnieją. Należy więc rozumieć z wywodu przedstawionego w wywiadzie, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego może być tak bardzo wadliwy, że aż nieistniejący. W związku z tym zapewne może być zlekceważony.

Twierdzenie polityczne

Argument z wyroków nieistniejących jest paradoksalnie chyba jeszcze słabszy niż argument z nieostateczności. Po pierwsze, koncepcja wyroków nieistniejących jest tylko teoretyczną koncepcją. Art. 87 konstytucji, zawierający zamknięty katalog źródeł prawa obowiązującego w naszym kraju, nie wymienia konstrukcji teoretycznoprawnych jako źródła prawa. Nie może więc koncepcja teoretyczna przeważyć nad jednoznacznym brzmieniem przepisu konstytucji. Nie może w szczególności koncepcja taka stanowić podstawy dla wyprowadzenia nieistniejącej w prawie kompetencji do kontroli ostatecznego i niewzruszalnego wyroku TK, zwłaszcza jeśli tak jak dr hab. Zaradkiewicz wyznaje się przywiązanie do art. 7 konstytucji i wynikającej z niego zasady legalizmu.

Po drugie, teoretyczne przykłady wadliwości powodującej nieistnienie rozstrzygnięcia prawnego podawane w literaturze obejmują przykłady pijaka, który wdarł się do siedziby organu i zaczął przystawiać pieczątki na dokumencie. Nie wydaje mi się, aby sposób procedowania polskiego sądu konstytucyjnego w jakimś zakresie przypominał taką sytuację. Orzeczenie Trybunału zrealizowało co najmniej tzw. substrat materialny czynności wyrokowania, co decyduje o istnieniu wyroku.

Po trzecie wreszcie, nawet jeśli wyrok jest tak wadliwy, że aż nieistniejący, to ktoś musi stwierdzić to nieistnienie. Fundamentalną zasadą prawa jest przeciwdziałanie anarchii. Sytuacja, w której bez ustalonej procedury ktoś rości sobie prawo do oceny, czy stopień wadliwości orzeczenia TK jest tak dalece idący, że orzeczenie to nie istnieje, prowadzi do anarchii. W rzeczywistości nie jest niczym innym jak rażącym naruszeniem przepisu art. 190 ust. 1 konstytucji, który jak wskazano, jednoznacznie przydaje orzeczeniom TK walor ostateczności. Ponownie więc wywiad zawiera konkluzję contra legem.

Słabość argumentów przedstawionych w rozmowie może prowadzić tylko do jednego wniosku. Orzeczenie, którego publikacji odmawia premier Rzeczypospolitej Polskiej, nie zostało wydane przez pijanego szaleńca, który postanowił zabawić się w urzędnika. Zostało wydane przez legalnie wybranych sędziów najwyższego organu sądowniczego naszego kraju i w efekcie procedury opartej na konstytucji. Twierdzenie, że taki wyrok jest wyrokiem nieistniejącym, nie jest twierdzeniem prawniczym, ale twierdzeniem politycznym. Może dlatego wywiad z dr. hab. Zaradkiewiczem został opublikowany w dodatku „Rzecz o Polityce".

Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowcą w Katedrze Filozofii Prawa i Nauki o Państwie Wydział Prawa i Administracji UW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA