Publicystyka

Michał Kleiber: Fake newsy i cenzura

Michał Kleiber
Fotorzepa/Jerzy Dudek
Czy naszym nieodwołalnym przeznaczeniem jest społeczeństwo postprawdy? Może niezbędna jest praca u podstaw i nauka krytycznego myślenia – pisze były prezes PAN.

Tzw. fake news, czyli wiadomości ewidentnie fałszywe bądź odwołujące się wprawdzie do rzeczywistych wydarzeń, ale później „wzbogacające" je daleko idącymi przeinaczeniami czy nadinterpretacjami – docierają do nas ze wszystkich stron. Wpływając często na drobne, ale niekiedy także na bardzo ważne sprawy. To prawda o bardzo gorzkich konsekwencjach – nie wymagająca refleksji powierzchowna atrakcyjność newsów i tempo ich docierania do odbiorów przesądzają o psychologicznej przewadze świadomie konstruowanej dezinformacji nad z reguły pozbawioną błysku sensacji prawdą i mozolnie przygotowanym jej uzasadnieniem. W dodatku zaprzeczanie nieprawdzie okazuje się często wielokrotnie mniej atrakcyjne i przechodzi zupełnie niezauważone, pozostawiając w internecie na lata daleki od rzeczywistości zapis. Dla porządku powiedzmy, że nie zajmujemy się tu nawet bardzo krytycznymi informacjami dotyczącymi udokumentowanych zjawisk czy wypowiedzi osób publicznych i podawanymi z zachowaniem podstawowych zasad medialnej bezstronności, traktując je jako uprawnioną formę publicznej debaty.

Szczególnie groźne są fake newsy mające silny podtekst polityczny. Politycy w większości krajów dostrzegli już dawno możliwości manipulowania opinią publiczną za pomocą przeinaczonych informacji. Świadomość potencjału zakłamywania rzeczywistości była w istocie jednym z motorów całej branży dezinformujących inicjatyw związanych w znacznej mierze z portalami społecznościowymi, których rola w omawianym kontekście stała się jawnie szkodliwa. Podejmowane działanie żerują na dawno rozpoznanej ludzkiej słabości – atrakcyjnie podane kłamstwo wspierane głosami poparcia ze strony rzesz internautów staje się z czasem częścią naszego własnego światopoglądu, wywołując popyt na informacje potwierdzające nasze rozbudzone przekonania.

Dziennikarstwo i fakty

Fakt, iż kolejna podobna wiadomość może mieć mało wspólnego z rzeczywistością, staje się mało ważny. Radykalizujemy się i zaczynamy wierzyć w to, co chcemy wierzyć. Rozbudzony popyt rodzi podaż coraz to nowych informacji mających z prawdą coraz mniej wspólnego, a internet wychodzi temu naprzeciw, drastycznie obniżając standardy publikacji. Pozbawione wiarygodności newsy stają się świetnym narzędziem w rękach propagandzistów, zarówno tych wpływowych, jak i tych, którzy chcieliby takimi zostać. Trwa wojna na szybkość portalowych wpisów, w których internauci ochoczo powtarzają wszystkie, także łatwe do krytycznej weryfikacji opinie. Problem pogłębia wielu zawodowych dziennikarzy, bezkrytycznie czerpiących z portali internetowych niesprawdzone informacje, bądź wykorzystujących prawdziwe fakty do skrajnie stronniczej ich interpretacji.

Martwić muszą coraz częściej używane deklaracje o „dziennikarstwie opartym na faktach" jakby nie zauważając, że jest to tautologia, w której trzy ostatnie słowa nie poszerzają znaczenia pierwszego. Powiedzieć, że istnieje jeszcze jakieś inne dziennikarstwo, to jakby powiedzieć, że istnieje życie bez tlenu. Fakty są fundamentem dziennikarstwa, a ich pozbawione uprzedzeń śledzenie i uczciwe interpretowanie musi być traktowane jako esencja tego zawodu. Mimo iż powyższych stwierdzeń zapewne nikt nie kwestionuje, stałe nawoływanie do przestrzegania tych zupełnie elementarnych zasad stało się jakby powszechne. Co oznacza, że chyba wszyscy zaczęliśmy dostrzegać problem.

A problem jest naprawdę poważny. Gdy medialne źródła, szczególnie te uważane szeroko za wiarygodne, upowszechniają pewne postawy społeczne poprzez usilne nakłanianie odbiorców do zaakceptowania określonych treści, stają się automatycznie istotnym elementem indoktrynacji. Zasadne wydaje się w tej sytuacji pytanie o nasze prawo do obrony przed zalewem takiej propagandy.

Czym różni się to bowiem od np. reklamy, będącej przecież powszechną, codzienną formą propagandy? Pokazanie jakiegoś produktu bądź usługi na tle ładnie skomponowanego obrazka szczęśliwej rodziny ma przecież wywołać w nas pozytywną emocję i nakłonić do decyzji o ich zakupie. A fakt, iż towarzyszący reklamie komentarz akcentuje w dodatku jakąś bzdurną informację o niepowtarzalnych zaletach reklamowanego produktu przestał już nas nawet dziwić czy złościć. Tymczasem fałszywe newsy wciąż budzą kontrowersje. Powodem tej różnicy w odbiorze jest zapewne fakt, iż reklama mówi o intencjach sprzedawcy niejako wprost i bez ukrywania celu, pozwalając przypisać jej pewien poziom uczciwości wobec odbiorcy. A fałszywe newsy docierają do nas jakby niepostrzeżenie, poparte mnóstwem popierających opinii bądź autorytetem przekazujących je źródeł. Opinii generowanych często w haniebny sposób - wg różnie dokonywanych szacunków aż jedna trzecia nieprawdziwych treści powstaje w internecie jako efekt płatnego trollingu, czyli celowo organizowanych prób manipulowania opinią publiczną.

Świat się budzi

Powagę sytuacji dostrzeżemy jeszcze dobitniej, uświadamiając sobie, że istotna część rozpowszechnianych w internecie informacji nosi piętno tzw. cyberbullying, czyli internetowego nękania. Zjawisko to, trudne do szybkiej oceny prawnej, ma daleko idące konsekwencje dla życia wielu osób, a dzieci w szczególności. Kogo nie przerażą docierające z USA statystyki, że pod wpływem oszczerczych informacji zamieszczanych w internecie przez szkolnych kolegów, 160 tys. dzieci opuszcza tam codziennie ze wstydu szkołę, co piąte dziecko myśli o samobójstwie, zaś co 40 wręcz podejmuje taką próbę?

Może więc, czytając bądź słuchając owych, podejrzanie mocno przyciągających uwagę informacji, warto każdorazowo zadać sobie pytanie, jak bardzo są one być może stronnicze i czy czasem nie należą one już do grupy wiadomości, z którymi w imię interesu publicznego należy prowadzić walkę? Kto jednak miałby decydować o tym, że coś jest fałszywym newsem? Są tacy, którzy myślą, że wiedzą jak się do tego zabrać.

Od pewnego czasu fałszywym newsom próbują przeciwdziałać Facebook i Google, w toku są próby wykorzystywania w tym celu sztucznej inteligencji. Wszystko na razie z umiarkowanym sukcesem – według oficjalnych deklaracji dominujących portali wykrywalność informacji, zawierającej np. elementy mowy nienawiści, wzrosła w ostatnim roku mniej więcej dwukrotnie, ale ciągle jest daleka od satysfakcjonującej. Ciekawe jest, że portale społecznościowe, do niedawna odcinające się od jakiejkolwiek odpowiedzialności za zamieszczane treści („jesteśmy jedynie właścicielami neutralnych platform wymiany poglądów"), przyznają wreszcie, że są w istocie instytucjami mediów i ponoszą tego wszelkie prawne konsekwencje.

Ilustracji czekających nas kłopotów dostarcza sytuacja w Niemczech. Od Nowego Roku weszła tam w życie regulacja dotycząca mowy nienawiści, domagająca się od administratorów portali społecznościowych usunięcia w ciągu 24 godzin fałszywych bądź nielegalnie pozyskanych informacji pod karą sięgającą 50 mln euro. Już pierwsze dni obowiązywania tego prawa wywołały szalone kontrowersje wokół dylematu godzenia prawa do wolnej wypowiedzi z ochroną przed szkodami czynionymi przez zawarty w niej ewentualnie fałsz.

Los wprowadzonej regulacji stanął już na wstępie pod poważnym znakiem zapytania. Podobnie jest we Francji – ogłoszone przez prezydenta Macrona zamierzenia legislacyjne, mające chronić liberalną demokrację przed zalewem fałszywych wiadomości, budzą kolosalne społeczne emocje i liczne argumenty na rzecz zarówno konieczności wprowadzenia takich regulacji, jak i zagrożeń z nich płynących. Z kolei brytyjska Izba Gmin przeprowadziła niedawno daleko idące parlamentarne śledztwo w sprawie „nasilającego się zjawiska fałszywych wiadomości", również szykując się do podjęcia zdecydowanych działań. 15 stycznia bieżącego roku rozpoczęła pracę powołana przez Komisję Europejską specjalna grupa ekspertów do zwalczania internetowych kłamstw. W tyle nie zostają USA, gdzie Kongres już parokrotnie wyraził swe najwyższe zaniepokojenie domniemaną ingerencją mediów społecznościowych w trakcie ostatnich wyborów prezydenckich.

Granice ingerencji

Rządy wielu innych państw zaczynają być także świadome szkód wyrządzanych przez fake newsy. Prawie wszędzie myśli się o państwowych bądź prywatnych strukturach mających je zwalczać. Wobec znanych już przypadków fałszerstw medialnych, mających ważne konsekwencje polityczne, łącznie z ich wpływem na przebieg wyborów, aktywność ta wydaje się zrozumiała.

Tyle że – powiedzmy to wprost – sprawa zaczyna mieć znamiona cenzury. Na początku sprawa wygląda zupełnie niewinne. Kto bowiem zaprotestuje przeciw utworzeniu instytucji zajmującej się prostowaniem informacji, których fałszywość będzie można udowodnić? Szybko pojawia się jednak refleksja - jak to wiarygodnie i szybko wykonać bez posądzenia o interesy władz bądź korporacji ? A nawet gdyby to się jakoś udało, jak dalej postępować z udowodnionymi kłamstwami? Przecież mniej czy bardziej nachalna propaganda jest wszędzie legalna, uprawiają ją od zawsze politycy, uprawiają ją korporacje. Często przecież w oparciu o nieprawdę. Czym więc różni się od tego zjawisko fake newsów?

Niestety, ten poważny problem nie wydaje się mieć na razie żadnego dobrego rozwiązania. Międzynarodowa Federacja Stowarzyszeń i Instytucji Bibliotekarskich (IFLA) opublikowała instrukcję, mającą pomóc ludziom rozpoznać fałszywe wiadomości. Jej główne założenia to:

1. Rozważyć źródło, aby lepiej zrozumieć możliwe cele informacji

2. Czytać treść, a nie tylko nagłówek

3. Sprawdzić wiarygodność autorów

4. Dotrzeć do innych źródeł i upewnić się, że podają te same informacje

5. Sprawdzić datę publikacji i upewnić się, że informacje są aktualne

6. Zastanowić się, czy nie mamy do czynienia z satyrą

7. Przemyśleć własne uprzedzenia mogące wpływać na nasz odbiór

8. Uzyskać potwierdzenie od osób dysponujących właściwą wiedzą

Wskazania te wyglądają rozsądnie, ale czy wiele osób zechce się do nich w praktyce stosować? Może niezbędna jest praca u podstaw i wprowadzenie zmian w całym systemie edukacji, by silniej akcentować wagę samodzielnego, krytycznego myślenia? Może nie należy porzucać myśli o karaniu świadomie upowszechniających fałszywe informacje i próbować znaleźć na to sposób, odpowiadający obowiązującym standardom prawnym?

Stoimy wobec wielkiego wyzwania, którego wymiar – to akurat można przewidywać z całą pewnością – będzie się dalej zwiększać. Potrzebna jest nam wiara, że społeczeństwo post-prawdy i powszechnej agresji nie jest naszym nieodwołalnym przeznaczeniem i Orwell nawet z wieloletnim opóźnieniem w stosunku do swej przepowiedni zawartej w książce „Rok 1984" jednak nie miał racji. Naprawdę warto poświęcić tej sprawie więcej wspólnej refleksji.

Autor jest profesorem w Polskiej Akademii Nauk, jej byłym prezesem. Był ministrem nauki.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL