fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bluźnierczy sojusz. Bogdan Góralczyk do László Lengyela

Bogdan Góralczyk
Bogdan Góralczyk jest profesorem w Centrum Europejskim UW, byłym ambasadorem, w tym przez wiele lat dyplomatą na Węgrzech
Rzeczpospolita/ Robert Gardziński
Nie wolno być naiwnymi, nie wolno dać się okradać, nie wolno pozwolić na to, by rządziły nami interesy wąskich grup.

Drogi Laci!

Ten tekst, który napisałeś, bardziej przypomina polityczny manifest aniżeli publicystyczny tekst. Czuje się w nim, że jesteś wielkim fanem Europy, wolności, liberalnego kanonu wartości, a nawet federacyjnej Europy, którą ostatnio niemal zdjęliśmy z porządku dziennego. Ten świat bardzo się zmienił i nie tylko Orbán czy Kaczyński, jakbyś chciał, są odpowiedzialni za to, co się teraz dzieje nad brzegami Wisły i Dunaju. Dlatego ja nieco inaczej nakreśliłbym obecną sytuację.

Kto jest odpowiedzialny?

Kiedyś zbyt mocno uwierzyliśmy w liberalną demokrację, utożsamianą też z kryteriami kopenhaskimi. Ze względu na poprzednie zniewolenie najwyższą wartością dla nas była tylko wolność. Teraz okazało się, że jednak nie wszystko jest możliwe. Szczególnie że w tamtym pakiecie tkwił nurt neoliberalny w gospodarce i wraz z nim obietnica raju na ziemi, a więc tego, że będziemy coraz bogatsi, a rynek jako sprawiedliwy sędzia rozwiąże nasze problemy i zaprowadzi do krainy szczęśliwości.

Już podczas poprzedniego wielkiego kryzysu z 2008 r. stało się jasne, że niewidzialna ręka rynku nie jest wcale taka czysta i sprawiedliwa, jak pierwotnie sądziliśmy. Pojawił się nowy problem na horyzoncie: różnice dochodowe. Okazało się, że bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni zostali pozostawieni samym sobie. Dużo racji ma więc ekonomiczny noblista Joseph Stiglitz, parafrazując znaną formułę Abrahama Lincolna: narodziła się demokracja i gospodarka „jednego procenta, przez jeden procent dla jednego procenta".

Drugi, jeszcze poważniejszy czynnik był taki, iż dwa inne nasze ówczesne filary, tj. liberalna demokracja oraz Unia Europejska, też wcale nie okazały się być bezbłędne. Uruchomiliśmy elitarny projekt prowadzony przez elity, na dodatek coraz bardziej zajęte tylko sobą, na klasę średnią i prosty lud patrząc z góry. Co gorsza, elitę władzy połączono z elitą pieniądza, co tak bardzo uderzało na Węgrzech premiera Gyurcsányego.

Tym samym, przykro to przyznać, to my sami, pozwoliliśmy, by Orbán i Kaczyński wkroczyli na scenę, no i w efekcie zrujnowali liberalną demokrację. Teraz narzekamy. Tyle tylko, że liberałowie nie za bardzo umieją otwarcie mówić o swoich własnych błędach, na co słusznie zwrócił uwagę polski politolog Jan Zielonka w książce „Kontrrewolucja. Liberalna Europa w odwrocie". Teraz też tylko reagujemy, nic nowego nie inicjując.

Ivan Krastev i Stephen Holmes w książce „Światło, które zgasło. Jak Zachód zawiódł swoich wyznawców" wyjaśniają i pokazują, że to my też byliśmy na zapleczu tego, co ujawniło się jako złoty wiek populizmu. My także jesteśmy odpowiedzialni za to, co się obecnie dzieje. Orbán czy Kaczyński tylko wykorzystują możliwości, jakie im daliśmy.

Nie jesteśmy sierotami

Tak, masz rację Laci, że kiedyś my Polacy i Węgrzy staliśmy w pierwszym szeregu w konkursie o to, kto jest najpiękniejszą europejską panną w regionie. Teraz natomiast też jesteśmy liderami – w wyścigu, kto odwróci się najdalej od Europy, co oczywiście smutne i bolesne. Tyle tylko, że wcale nie jesteśmy jedynymi. Pojawiły się bowiem globalne wyzwania i sprzeczności o wiele większe i głębsze niż tylko te, których doświadczamy u nas.

W tym kontekście warto zapytać o czynnik Trumpa (czy to już jego koniec?), o przyczyny brexitu, czy postawić pytanie: co by się stało, gdyby przegrał Emmanuel Macron? Przyjdzie pani Marine Le Pen?

Stoimy przed jakimś wielkim progiem, który jeszcze nam urósł wraz z pandemią. Kapitalizm jest w kryzysie, podobnie jak liberalna demokracja, która albo upadła (co jest już faktem u was nad Dunajem, choć jeszcze nie do końca w Polsce, gdzie utrzymuje się silne społeczeństwo obywatelskie, no i funkcjonują niezależne media), albo boryka się z polaryzacją i potężnymi wyzwaniami (jak w USA i Europie Zachodniej).

Nie tylko trzeba wiele naprawić, a na pewno zrobić to inaczej niż dotąd i jak to próbowaliśmy urządzać po zmianie systemu. Wiele wskazuje na to, że teraz trzeba mieć w zanadrzu nie tylko rynek i wolność, ale coś więcej, bo oto gdzieś daleko wyłaniają się Chiny i wschodnioazjatycki, zdominowany przez państwo i autokratyczny kapitalizm, na który Viktor Orbán już poważnie spogląda, natomiast władze w Warszawie się wahają.

Jako przekonani demokraci nie chcemy żyć w systemie autorytarnym. Co więc robić?

Stoimy przed nowym zakrętem i zmianą, które zafunduje nam nowe pokolenie, albowiem nasz czas już, jakby nie patrzeć, minął. Pozostało nam doradztwo dla nich. A najważniejsza rada, jaką obecnie możemy dać, brzmi: nie wolno wam być naiwnymi, nie wolno dać się okradać, nie wolno pozwolić na to, by rządziły nami tylko interesy wąskich grup. Jeśli bowiem tak będzie, jak jest dziś, to z całą pewnością nie będziemy jedną, zwartą społecznością, a przez to nie zaliczymy się do grona wygranych. Otwarte pytanie: tylko kto przeniesie nas na drugi brzeg?

Niniejsza wymiana poglądów ukazała się na łamach jedynego na Węgrzech opozycyjnego dziennika „Népszava"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA