fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Krzysztof Rak: Ostateczny kres imperium

Krzysztof Rak
Fotorzepa, Jerzy Dudek
W interesie potęg zachodnich i Chin jest, by Rosja pozostawała jak najdłużej mocarstwem surowcowym na ich peryferiach i nie brała udziału w globalnych grach geoekonomicznych – pisze publicysta.

Sojusz rosyjsko-chiński w gruncie rzeczy oznaczałby marginalizację Moskwy.

Aneksja Krymu była nie tylko najważniejszym wydarzeniem politycznym 2014 roku, ale również całego pozimnowojennego ćwierćwiecza. Po raz pierwszy bowiem po roku 1989 jedno z głównych mocarstw światowych dokonało agresji, a następnie aneksji zawojowanego terytorium. Rosja naruszyła w ten sposób podstawy porządku powstałego po rozpadzie Związku Sowieckiego, porządku, którego była jednym z głównych beneficjentów. Sprowokowała tym samym kres epoki pozimnowojennej, który oznaczał będzie dla niej konieczność rezygnacji z polityki postimperialnej i spadek pozycji na arenie międzynarodowej.

Wojny nie będzie

Wielu ekspertów, zarówno zachodnich jak i rosyjskich, wyrażało obawy, że agresja na Ukrainę doprowadzi do wybuchu kolejnego konfliktu globalnego. Ich wyobraźnię pobudzały bowiem podobieństwa pomiędzy dzisiejszą sytuacją międzynarodową a tą sprzed wybuchu pierwszej wojny światowej, przede zaś wszystkim magia cyfr - setna rocznica wybuchu Wielkiej Wojny.

Rosja nie wywoła jednak żadnej wielkiej wojny. Przede wszystkim z powodów ekonomicznych, ponieważ w porównaniu z mocarstwami Zachodu jest gospodarczym karzełkiem - małą, peryferyjną, niedorozwiniętą gospodarką, która na rynkach globalnych nie ma nic do zaoferowania poza surowcami i starzejącymi się technologiami wojskowymi.

Rosja, oglądana na mapie, jest największym państwem świata. Tabele ekonomiczne dowodzą jednak czegoś przeciwnego. Jeśli jako wskaźnik porównawczy weźmiemy udział w globalnym PKB (dane amerykańskiej USDA), to okaże się że Rosja w roku 2013 miała w nim tylko 2,4 proc. udziału, a UE i USA wzięte razem prawie połowę (odpowiednio 23,7 proc. i 22,8 proc.). Z taką gospodarką Moskwa może pozwolić sobie na małą wojnę z Ukrainą (0,2 proc. udziału w globalnym PKB), ale nie z którymkolwiek z mocarstw, a tym bardziej z ich koalicją, czy z Zachodem jako całością.

Napinanie muskułów i grożenie wojną to tradycyjna strategia dezinformacyjna Kremla. Ma ona na celu wystraszenie zachodniej opinii publicznej i zmuszenie do ustępstw niezorientowanych w realiach polityków. Na tym polega stara rosyjska gra – gdy Moskwa jest słaba, to udaje siłę, a gdy jest silna – słabość.

Na marginesie

Ze względu na swoją słabość Rosja nie może samodzielnie odgrywać podmiotowej roli w polityce globalnej. Musi stać się członkiem silnej geopolitycznej koalicji.

Budowana przez Putina Eurazjatycka Unia Gospodarcza (EUG) nie ma istotnego znaczenia geoekonomicznego, ponieważ jej udział w światowym PKB nie przekracza 3 proc. Zresztą wskutek agresji na Ukrainę EUG znajduje się na krawędzi upadku.

Pewnie dlatego Moskwa przekonuje, że kluczowym dla niej sojusznikiem stanie się Pekin (prawie 11 proc. udziału w światowym PKB). Tyle tylko, że w takim układzie Chiny szybko i bezwzględnie wykorzystałyby swoją przewagę nad wyraźnie słabszym partnerem. Rosja stałaby się zapleczem surowcowym Państwa Środka. W dłuższej (tzn. kilkudziesięcioletniej) perspektywie zależność od Pekinu mogłaby również doprowadzić do urzeczywistnienia historycznych pretensji Chińczyków do południowo-wschodnich terytoriów Rosji.

Jakkolwiek rosyjskie elity wysyłają sygnały, że byłyby w stanie taką zależność tolerować, to wydaje się, iż to kolejna próba wprowadzenia w błąd zachodnich polityków. Sojusz rosyjsko-chiński w gruncie rzeczy oznaczałby marginalizację Moskwy. Byłby największym w jej dziejach zwrotem, ponieważ zasadniczym kierunkiem jej ekspansji, od którego zależała jej pozycja w polityce światowej, był Zachód. To dzięki niej Moskwa stała się imperium. Odwrócenie się Rosji od Zachodu oznaczałoby powrót do zależności od mocarstwa azjatyckiego, czegoś w rodzaju powtórzenia mongolskiej niewoli w wieku XIII i XIV. Tyle że w tym wypadku poddanie się wschodnioazjatyckiej potędze miałoby charakter dobrowolny.

Mówiąc wprost: jeśli aneksja Krymu miałaby doprowadzić do podporządkowania się Moskwy Pekinowi, to okazałaby się najważniejszym wydarzeniem w historii Rosji nowożytnej. W jej efekcie doszłoby bowiem do odwrócenia biegunów rosyjskiej geostrategii o sto osiemdziesiąt stopni – zawrócenie Rosji z kursu, który wyznaczyli Iwan IV Groźny, Piotr I i Józef Stalin.

Rosja nie ma innej możliwości niż sojusz z mocarstwami zachodnioeuropejskimi. Niemcy, Francja i Włochy gotowe są na strategiczną współpracę. Mimo że Moskwa w tym układzie jest młodszym partnerem, to niewątpliwe w takiej konstelacji jest traktowana podmiotowo. Problem w tym, że agresja na Ukrainę jest nie do pogodzenia z wartościami, do których przynajmniej werbalnie wielkie znaczenie przywiązują politycy Zachodu.

Kryzys systemowy

Moskwa nie może zrezygnować z Krymu, a Zachód - zaakceptować jego aneksji. Polityka Rosji pozostaje więc w stanie zawieszenia. Kreml nie jest w stanie wyjść z tej patowej sytuacji. Względy ekonomiczne uniemożliwiają przeprowadzenie zwycięskiej wojny, a geopolityczne i prawne nie pozwalają na skonsumowanie koalicji z mocarstwami zachodnioeuropejskimi.

A zatem jedynym pewnym skutkiem wojny z Ukrainą będzie pogłębianie się systemowego kryzysu, który wymusi głębokie reformy państwa i społeczeństwa lub doprowadzi do narastania procesów gnilnych, a być może nawet do rozpadu Federacji Rosyjskiej.

Polityka zagraniczna Kremla jest bezpośrednio związana z rosyjskim modelem gospodarczym. Putin dochodząc do władzy w roku 2000 konsekwentnie budował mocarstwo surowcowe. Zgodnie z kolejnymi doktrynami wojenno-politycznymi Rosja swoją potęgę miała opierać na zyskach ze sprzedaży surowców energetycznych. Ropa i gaz to 20 proc. rosyjskiego PKB, 50 proc. budżetu i prawie 70 proc. eksportu.

Kremlowscy stratedzy popełnili jednak fatalny błąd. Uznali, że popyt na rosyjskie surowce energetyczne będzie stale wzrastał. Tymczasem hossa trwała tylko pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Zakończyła ją rewolucja łupkowa w USA, której pierwsze skutki widoczne są już dzisiaj. Stany Zjednoczone z jednego największych importerów surowców energetycznych stają się jednym z ich najważniejszych producentów. W efekcie spada globalny popyt i ceny. A to powoduje kryzys systemowy w krajach, których gospodarka oparta jest na sprzedaży ropy i gazu. To tzw. choroba holenderska. Polega ona na tym, że przynoszący wysokie zyski eksport surowców naturalnych prowadzi do nieopłacalności innych działów gospodarki narodowej (był to casus Holandii przełomu lat 60. i 70. XX wieku). To w połączeniu z cyklem koniunkturalnym na rynku surowców energetycznych wywołuje kryzys strukturalny.

Nietrudno zauważyć, że polityka Kremla jest silnie związana z koniunkturą na surowce. Jej agresywność wzrasta wraz ze zwiększaniem się poziomu zysków w handlu ropą i gazem. Tak było w trakcie agresji na Gruzję w 2008 roku i na Ukrainę w roku 2014. Tyle tylko, że po aneksji Krymu ceny ropy naftowej zaczęły gwałtownie spadać. I wiele wskazuje na to, że nie jest to chwilowe wahnięcie, ale stały koniunkturalny trend ujawniający skutki rewolucji łupkowej. A zatem agresja na Ukrainę stanowi początek końca Rosji jako mocarstwa surowcowego.

Podstawowym źródłem władzy Kremla jest kontrola nad gospodarką i zasobami. Putin i jego Drużyna, czyli skupiony wokół niego najwęższy kilkudziesięcioosobowy krąg, są w praktyce ich nieformalnymi właścicielami. Zarządzają największymi firmami państwowymi, które obracają rocznie setkami miliardów dolarów i dzielą między siebie lwią część zysków z ich działalności. Pozostałą resztę przeznaczają na państwo (np. na uzbrojenie armii) i społeczeństwo (np. na minimalne emerytury), po to, by zapewnić minimalną stabilność systemu.

Kryzys tak rozumianego systemu polityczno-gospodarczego oznacza straty dla wszystkich jego udziałowców. Drużyna, która decyduje o podziale zysków, uczyni jednak wszystko, aby zminimalizować straty własne. Główne koszta przerzuci na struktury i instytucje państwa i społeczeństwo. Krótko mówiąc, aby utrzymać kleptokrację przy życiu jej beneficjenci będą zmuszeni jeszcze bardziej okradać państwo i społeczeństwo.

Reakcją na kryzys nie będą reformy. Reforma musiałaby bowiem polegać na odejściu od modelu mocarstwa surowcowego. A to pozbawiłoby władzy i wpływów Putina i jego Drużynę. Dlatego za wszelką cenę ludzie ci będą unikać jakiejkolwiek zmiany sposobu gospodarowania.

Koniec cyklu

Kryzys polityczny w pierwszej kolejności dotknie więc rosyjską państwowość, a nie putinowski system. I będzie trwał dopóty, dopóki rosyjskie elity władzy uświadomią sobie sprzeczność pomiędzy tym systemem a państwem. A to może trwać, ponieważ wymagać będzie powstania nowej elity. Jest zatem bardzo prawdopodobne, że Rosja na długo pozostanie chorym człowiekiem Eurazji. Nie można także wykluczyć, że chroniczny kryzys doprowadzi do kolejnej smuty (zaniku władzy centralnej).

W roku 2015 obserwować będziemy wyraźne symptomy końca cyklu imperialnego Rosji. Początek tego cyklu należy umiejscowić w końcu XVI wieku w okresie panowania Iwana IV Groźnego, który rozpoczął wielką ekspansję imperialną (podbój chanatu kazańskiego, astrachańskiego oraz stopniową kolonizację Syberii) i jednocześnie przeprowadził pierwszą nieudaną, bo powstrzymaną przez Rzeczpospolitą, próbę przebicia się na Zachód (wojny o Inflanty).

Apogeum cyklu przypadło na rządy Piotra I i jego następców. Rosja zniszczyła Rzeczpospolitą, mocarstwo, z którym rywalizowała o dominację w Europie Środkowej i Wschodniej. Na jej trupie stworzyła eurazjatyckie imperium. Pokonując napoleońską Francję, stałą się potęgą, współdecydującą o porządku światowym.

Schyłek nadszedł w wieku XX. Przegrana pierwsza wojna światowa i rewolucja nadały nowy kształt imperium. Jednak nieudana stalinowska próba podboju świata na początku lat 40. XX wieku oznaczała wejście w fazę chronicznego kryzysu. Po śmierci Stalina część sowieckich elit związanych z aparatem bezpieczeństwa (Ławrientij Beria, Jurij Andropow) próbowała bezskutecznych reform. Podzwonnym tych wysiłków jest postkagiebowska putinowska kleptokracja - system sprawowania władzy z istoty rzeczy antyreformatorski i antymodernizacyjny.

Putinokracja wydaje się być końcowym stadium rosyjskiego imperializmu. Wbrew powszechnym oczekiwaniom posiada ona jednak pewien potencjał trwania. Nie ma bowiem wrogów zewnętrznych. Mocarstwa zachodnie i Chiny są zainteresowane w status quo. W ich interesie jest, by Rosja pozostawała jak najdłużej mocarstwem surowcowym na ich peryferiach i nie brała udziału w globalnych grach geoekonomicznych.

Putin nie ma, jak na razie, poważnych wrogów wewnętrznych. Niezorganizowane i niezinstytucjonalizowane społeczeństwo, ogłupiane kremlowską propagandą, nie podniesie ręki na swojego cara. Przewrót pałacowy jest mało prawdopodobny, bo potencjalni carobójcy nie mają w zanadrzu dobrego następcy, a spiskując, mogą zniszczyć system i swoją w nim pozycję.

Jeśli Putin nie popełni błędu i nie zdecyduje się na reformy, bo to one - jak zauważył Alexis de Tocqueville - są największym zagrożeniem dla trwania systemu autokratycznego, to będzie mógł trwać u władzy. Rosja może długo gnić. Dziś łatwo wyobrazić sobie kolejną kadencję Putina jako prezydenta Federacji Rosyjskiej. System będzie egzystował, a państwo rosyjskie będzie słabło. Do momentu, w którym nowe elity wyłonią nowego cara, który zdecyduje się na reformy i stworzy nowy system autokratyczny. Jego fundamentem nie będą ani struktury postsowieckie ani surowce. A co będzie? Dobre pytanie.

Autor jest historykiem filozofii. Jako ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych pracował w Kancelarii Prezydenta, Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA