fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Matura listkiem figowym wyborów?

Fotorzepa/Marian Zubrzycki
A dlaczego tylko na dwa lata odkładać wybory? Przesuńmy je od razu na pięć i wszystko będzie zgodne z planem. Reelekcja bez wyborów: zdrowiej, taniej i bez ryzyka politycznego.

Jesteśmy świadkami jednego z najobrzydliwszych spektakli cynizmu politycznego. Najpierw Jarosław Kaczyński twierdzi, że nie ma żadnych powodów do niepokoju w kwestii bezpieczeństwa głosowania. Postuluje, by komisje wzięły przenośne urny wyborcze i w radosnym korowodzie chodziły po domach zbierając głosy, niczym kominiarze z kalendarzami przed świętami. Potem miłościwy Prezydent znajduje światłą, godną naprawdę wielkiego umysłu analogię chodzenia do lokali wyborczych i chodzenia do sklepu. Obaj panowie dziwnie nie dostrzegają przy tym, co dla wielu jest oczywiste, że świat nie wygląda normalnie i zwyczajnie, a do tego naprawdę trudno by było znaleźć coś, co bardziej zasługuje na miano klęski w każdym znaczeniu: zdrowotnym czy nawet egzystencjalnym, ekonomicznym, społecznym i psychologicznym. Instrument, który leży przed nosem, ale jest uparcie ignorowany z coraz bardziej widocznych cynicznych powodów politycznych.

Jest oczywiste, że tego typu wydarzenia w pierwszym odruchu społecznym konsolidują wokół władzy, szczególnie jeśli ta władza przedkłada politykę informacyjną nad wszystko. Robi wszystko, by za pomocą słów w rodzaju „tarcza”, orędzi i konferencji stworzyć inną rzeczywistość. Jednak oczywiste jest również to, że do każdego zagrożenia człowiek się przyzwyczaja i zaczyna je postrzegać dużo racjonalniej i krytycznie. Interesem politycznym jest tu rzecz jasna wykorzystanie owej konsolidacji, skonsumowaniem jej dopóki trwa. Skutki ekonomiczne są zawsze odłożone w czasie, a to one zadecydują w końcu o ocenie. Społeczeństwo karmione tezą, że „wystarczy nie kraść”, a Polska okaże się krajem dostatku, w którym można zadbać o wszystkich, którzy byli pomijani dotąd, tym bardziej zostanie niemile zaskoczone nową rzeczywistością i wtedy żadne narracje premiera Morawieckiego o winnych rajach podatkowych, nie mówiąc o „odsuniętych od żłobu” nie wystarczą. Kulminacji trzeba się tu spodziewać po wakacjach – jeśli się odbędą – i nawet jeśli pojawi się na jesieni druga fala epidemii, to reakcja społeczna będzie już daleko inna. To oczywiście nie działa na rzecz reelekcji Prezydenta Dudy i z punktu widzenia interesu władzy trzeba zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić. Albo zatem doprowadzimy do wyborów dziś, albo znajdziemy inny sposób na reelekcję.

Dziś słyszymy, że nie ma warunków do wprowadzenia jednego ze stanów nadzwyczajnych a jednocześnie, że trzeba zmieniać Konstytucję. Powstaje zatem klasyczne pytanie: dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze. Nie ma żadnej klęski, lekarze na czele z prof. Szumowskim przesadzają, ekonomiści dramatyzują, tarcza antyrakietowa z nieuzbrojonymi pershingami chroni upadające biznesy. E-szkoła działa bez zarzutu w najmniejszej polskiej wsi, a uczniowie po odrobionych lekcjach z radością oddają się grom i zabawom proponowanym przez Prezydenta.

 A przecież dlatego właśnie mamy stany nadzwyczajne, by reagować adekwatnie do sytuacji. Niewątpliwie obok zmiany Konstytucji możemy jeszcze np. renegocjować traktat akcesyjny z UE, albo warunki bycia w NATO, ale po co? Stan wyjątkowy lub klęski daje jasną i zgodną z racjonalnym widzeniem świata wykładnię mówiącą o zawieszeniu na czas trwania owej wyjątkowości lub klęski różnych aktywności państwa w tym wyborów, bo nie czas na to, a samotny ojciec z trójką dzieci pozbawiony pracy nie odda się kontemplacji problemu czy Hołownia, czy Bosak. Te wybory nie sprowadzają się – jak w skrócie myślowym wypowiadamy - do głosowania 10 maja, tak jak mecz piłkarski nie sprowadza się do wyniku. One się odbywają od lutego, od chwili ich rozpisania. Dzień 10 maja jest ich momentem kulminacyjnym, najbardziej spektakularnym i dramatycznym ale tylko momentem. Od początku marca mam nieodparte wrażenie, że wybory z miliona różnych powodów się nie odbywają lub nie wypełniają zasady „wolności i uczciwości”. Jest tak mimo różnych zaklęć jak choćby ostatnio rzecznika Pawła Fogla, który niewzruszenie twierdzi, że wybory wciąż trwają. Tłumaczyć go może tylko to, że wypowiedział te słowa 1 kwietnia lub to, że wnioskuje po aktywności urzędującego prezydenta.

Teraz narracja rządzących brzmi inaczej. Najpierw słyszeliśmy od prominentnych działaczy i różnego rodzaju pomniejszych aktywistów i beneficjentów rządów PiS-u, że epidemia osiągnie kulminację w końcu marca, a do maja – oczywiście dzięki wizjonerstwu rządu - w ogóle mało kto będzie o niej pamiętał. Matura i wybory mogą się więc odbyć. Teraz na dobry moment mamy czekać dwa lata. Piszę o maturze, bo ta, a wraz z nią tysiące siedzących w domu maturzystów, stanowi rodzaj listka figowego. Matura stała się zakładnikiem wyborów. Nie można uspokoić uczniów i nauczycieli trwających w coraz większym stresie i w coraz bardziej oczywistym absurdzie. Maturę bowiem i głosowanie dzieli kilka dni, a właściwie w ogóle nie dzieli, bo matura trwa kilka tygodni maja. Nie można, bo już chyba nawet dla tęgich umysłów rządu w rodzaju a jakże vice premiera Jacka Sasina byłoby karkołomne wyjaśnienie, że nie odwołujemy wyborów, a odwołujemy matury. Chociaż może się mylę i maturzyści mają inną odporność na covid-19, skoro bezpiecznie mogli słuchać w 30-osobowej grupie Pani Prezydentowej.  

Kiedy jednak fakty już tak głośno krzyczą, że surrealizm staje się najłagodniejszym sposobem opisu rzeczywistości, a zmęczenie i bezradność prof. Szumowskiego, który stara się nie popaść w schizofrenię, jawnie kontrastuje z zaciętą miną prezesa i plastikowym obliczem premiera, który najprostszy komunikat poprzedza preambułą o tym, że Polska – przepraszam - polski rząd jako pierwszy i najlepiej we wszechświecie zareagował na zagrożenie epidemią, pojawia się On. Jarosław Drugi. Wallenrod, buntownik, dla którego Polska przede wszystkim (luźny cytat z konwersacji z premierem Sasinem), rycerz bez skazy, ucieleśnienie apolitycznego zdrowego rozsądku, wolnościowiec z przekonania, wymachujący vetem przeciw 30-krotności jako znakiem swej niezależności i ukochanej skuteczności politycznej. Szczerze mówiąc jeszcze kilka dni temu myślałem, że w tej roli zostanie obsadzony Pan Prezydent, który już ma takie role w swym dorobku. Dopiero co przecież przeprowadził skutecznie zamianę stanowiska pracy Jacka Kurskiego. Uczynił to w imię obrony krytykowanego oblicza TVP i dzięki temu nic się w TV nie zmieniło, ale dostała kasę. I tym razem myślałem, że to właśnie Pan Prezydent stanie na czele „Społecznego ruchu na rzecz przesunięcia terminu głosowania”, stając się wyrazicielem głosu elektoratu i po raz nie wiem już który odgrywając scenę szorstkiej przyjaźni z prezesem. Myślałem, że to właśnie Prezydent uchroni Polaków od niebezpieczeństwa i przekuje sytuację dla siebie niebezpieczną w polityczną zasługę.

A jednak to nie On wypełnił tę rolą i przyznaję, wydaję mi się to uzasadnione. To Jarosław Gowin, który od lat, jeszcze zasiedlając ten sam gabinet za rządów PO, był elementem niepewnym – dla jednych – albo niezawisłym – dla drugich. Sześć, siedem lat temu stanowił przyczółek i nadzieję dla opozycyjnej wtedy prawicy, a dziś w żałosnym okrzyku „Gowin premierem” staje się wielką nadzieją bezradnej obecnej opozycji. Wprowadzenie stanu nadzwyczajnego nie daje rządzącym zbyt wiele zysków, raczej niebezpieczeństwa i niepewność. Wybory musiałyby zostać rozpisane po odwołaniu owego i dalszych 90 dniach kwarantanny ustrojowej i odbyłyby się w atmosferze bardzo świeżego wspomnienia i coraz głośniejszych wątpliwości co do przewodniej roli polskiego rządu w światowej walce z koronawirusem, a także w apogeum doła ekonomicznego. Stan nadzwyczajny otworzyłby drogę do postępowań odszkodowawczych na domiar złego w uproszczonej procedurze, co oczywiście nie zagroziłoby zrównoważonemu budżetowi, ale zawsze stanowiłoby pewien kłopot. Jak zatem rozwiązać kwadraturę koła?

Jeśli dotąd twierdziliśmy, że epidemia wygaśnie do Wielkanocy, to teraz przyjmijmy, że wirus nas szybko nie opuści. Stańmy się głosem opozycji i doprowadźmy go do wersji niemalże apokaliptycznej. Dwa lata – to jest to. Wszyscy krzykacze mówiący o zagrożeniu, o długotrwałej fali epidemii, o fali powtórnej będą zadowoleni. My z kolei zyskamy nie marne i niebezpieczne 90 dni a 730, które dają dużo większą nadzieję. 730 dni na powołanie prezesa SN, 730 dni na skazanie Igora Tulei i ostateczne zdyscyplinowanie i podporządkowanie sędziów, 730 dni na repolonizację mediów, 730 dni na inne ambicje dobrej zmiany. Przy okazji – choć to cel wcale nie najpośledniejszy – otworzymy puszkę z Konstytucją. Nie jest przy tym najważniejsze, że Ustawa Zasadnicza to nie jest jakaś ustawa. W jej istocie tkwi przymiot trwałości, nie absolutnej, ale jednak, Nie można jej zmieniać okazjonalnie na chwilkę. Zmiana kadencji jest oczywiście możliwa, ale nie może dotyczyć tej trwającej, bo równie dobrze można by było większością parlamentarną skrócić kadencję prezydentowi niewygodnemu. Ważne, że jak w przypadku niedawnego głosowania w sprawie „tarczy”, przy okazji wprowadzimy jakiegoś konika spod Troi. Cel jest piękny. Zdrowiej, taniej i bez politycznego ryzyka niezadowolenia społecznego, ale może się nie obcyndalać. Dlaczego dwa? Jeszcze 27 marca w Radiu Plus Jarosław Gowin – znany epidemiolog - uważał, że rozsądne jest przesunięcie wyborów na wiosnę za rok i deklarował konsultacje z opozycją. Dziś już uważa, że dwa razy później, powołując się na stertę ekspertyz, których wcześniej nie znał. Jednocześnie vice minister MON z Porozumienia mówi a propos majowego „w miarę bezpiecznego” (sic!) głosowania, że „przewidywanie dalsze niż na dwa tygodnie jest wróżeniem z fusów”. Oczywiście, można to zawsze tłumaczyć dynamiką sytuacji i przewidywań, ale co będzie jak wirus nie wyginie przez dwa?  Może od razu przedłużmy kadencję o 5 lat. A może jeszcze uznajmy, że to była cała pierwsza kadencja i należy się też prawo do ubiegania o następną. Jak zmieniać Konstytucje, to przecież w imię rewolucyjnej idei dobrej zmiany można zmienić wszystko. Przecież i tak „trwająca kampania wyborcza” wyraźnie pokazuje druzgocące poparcie dla Prezydenta, a jeśli nawet nie odbywają się spotkania wyborcze, to i tak wszyscy wiedzą, co myślą: Kidawa, Kosiniak a nawet Hołownia, bo – jak mówi Jacek Sasin – znamy go z TV.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się jasne, że radiowe rozważania premiera Gowina sprzed dwóch tygodni były rozpoczęciem kolejnego spektaklu kreacji bohatera bez politycznej skazy, „kłótni na prawicy”, „rozpadu koalicji” etc., które miały w efekcie po pierwsze zmiękczyć opozycję, którą postawiono w sytuacji obrzydliwego szantażu „albo podpiszecie się pod zmianą Konstytucji i oddaniem prezydentury na kolejne dwa lata, albo wyślemy Polaków na masowy spacer w poszukiwaniu skrzynek, które zresztą ostały się chyba już tylko przy urzędach pocztowych Po drugie zaś obronić się wizerunkowo przed rosnącym poczuciem surrealizmu i zagrożenia. Nawet bowiem wśród elektoratu PiS ponad 40% była przeciwna wyborom majowym w tradycyjnej formie. Wymyślono zatem wybory korespondencyjne, które miały uspokoić tych, którzy mimo wszystko nie chcieli iść do lokali wyborczych ani w nich zasiadać. Wybory korespondencyjne lub zdalne, on-line być może są alternatywą wartą przemyśleń, ale wymagają bardzo dokładnej analizy i opracowania formalnego, wreszcie długiego procesu edukacji wyborcy. Bez tego stają się parcianą improwizacją, która na każdym kroku ujawnia dziury choćby najprostszej natury organizacyjnej. W sposób oczywisty zostaje podważone to, co najważniejsze, przymioty głosowania, jego tajność i powszechność, co wprost prowadzi do zakwestionowania ich uczciwości i wolności, a także podważa legitymację wybranego. Takie wybory stają się groteskowe. Jawna i już tylko zabawna instrumentalna manipulacja datą z 10 na 17 maja w odpowiedzi na wrogie plany politycznej obstrukcji Senatu dopełnia tylko ten obraz – powtórzę, bo warto – „w miarę bezpiecznych wyborów”.

Argumentacja byłego już vice premiera odwołująca się do bezpieczeństwa jest także kompromitowana przez samego autora, który jednym tchem mówi o tym, że odpowiedzialność spada na opozycje. Trudno więc uwierzyć, że chodzi o dobro tych, którzy muszą swoimi kartkami wyborczymi dać politykom czas na uprawianie swych gier i zabaw. Jarosław Gowin jest teraz w sytuacji dla siebie charakterystycznej, do której już przywykliśmy. Jest za, ale się nie cieszy. Jest w koalicji w obronie spoistości władzy, ale jest przeciw. Jarosław Gowin jest niewątpliwie wysokiej klasy intelektualistą, ale intelekt jest kurtyzaną. Służyć może i do wychodzenia z jaskini ku światłu i do zgrabnej i obudowanej we wspaniałe teorie racjonalizacji własnych zachowań. W rezultacie zawsze liczy się system wartości.  

Dr Tomasz Kowalczuk – politolog i filozof, Uniwersytet Warszawski

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA