fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Migalski: Elektorat PiS nie jest "ciemną masą"

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Wśród dużej części polityków opozycji oraz publicystów i komentatorów jej sprzyjających powszechne jest przekonanie o nieracjonalności wyborców PiS. O tym, że to ogłupiona przez telewizję Jacka Kurskiego zmanipulowana masa i żadne sensowne argumenty do niej nie trafiają. To nie tylko pogląd nieprawdziwy, ale – co być może nawet ważniejsze dla liderów opozycji – także uniemożliwiający pokonanie PiS.

Elektorat partii rządzącej rzeczywiście jest nadreprezentowany wśród mieszkańców wsi, z niższym wykształceniem i takimż poziomem dochodów, natomiast jest niedoreprezentowany wśród wyborców z dużych miast, posiadających wyższe wykształcenie i żyjących na wyższym poziomie konsumpcji. Ale nie oznacza to, że decyzje tego elektoratu są nieracjonalne. Wprost przeciwnie – są na wskroś racjonalne! Głosuje on bowiem na formację, która przekazuje mu poważne transfery społeczne oraz dostarcza takich komunikatów, które pozwalają mu poczuć się lepiej, niż za poprzednich rządów. Co w tym nieracjonalnego i niemądrego? To postępowanie charakteryzujące się trafną analizą swojego stanu posiadania oraz właściwym odczytaniem tego, które z ugrupowań obecnych na politycznym rynku gwarantuje poprawę ich losu.

Właśnie te dwa wymiary są ważne dla wyborców PiS – materialny i symboliczny. Ten pierwszy jest oczywisty – na posunięciach władzy przez ostatnie cztery lata wyraźnie skorzystali i chcieli kontynuacji owych rządów. Zwłaszcza, że w niektórych kwestiach (np. wobec programu „500+”) opozycja nie mówiła jasnym i jednym głosem. Władza Jarosława Kaczyńskiego się tym wyborcom opłaca i dlatego jak najbardziej racjonalnie pragnęli przedłużenia rządów jego partii.

Ale także w drugim wymiarze racjonalnie poparli PiS. Nikt z tej partii nie nazywał ich bydłem, przekupną masą, ciemnym motłochem (a takie wypowiedzi zdarzały się liderom opinii sprzyjającym opozycji). Elektorat PiS, któremu w codziennym życiu nie zawsze dobrze się powodzi, usłyszał od partii rządzącej wiele miłych słów, ale co jeszcze ważniejsze – mógł ją zobaczyć w walce o symbole dla niego najbardziej święte: flagę państwową, monstrancję, pamięć historyczną, wspólnotę narodową. Rządy Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego w bardzo ostentacyjny czasami sposób walczyły ze zjawiskami, które bolą dużą część polskich wyborców: z określeniami „polskie obozy śmierci”, z postępującą laicyzacją, przekłamaniami historycznymi, rozpadem rodziny. Podkreślam: rządy PiS robiły to z przesadą i raczej bezskutecznie, ale Polacy zauważyli same wysiłki, a niekoniecznie brak realnych efektów.

Wielu wyborców PiS dostało zatem od tej partii tego, czego można oczekiwać od władzy – większej ilości pieniędzy oraz obrony ważnych dla siebie wartości i spraw. Dlatego trwali przy tym ugrupowaniu i przedłużyli mu mandat społeczny. Wiara w to, że stało się to dzięki topornej i wulgarnej propagandzie mediów państwowych, jest zaklinaniem rzeczywistości. Jackowi Kurskiemu udała się jedna tylko rzecz: przekonanie i opozycji i władzy, że PiS trwa dzięki działaniom jego telewizji. To jednak nieprawda – być może ma ona wpływ na jakiś procent wyborców, ale na tych, którzy albo już są przekonanymi pisowcami, albo…nie chodzą na wybory! Jeśli bowiem argumentuje się, że przecież do wielu gospodarstw domowych dociera tylko TVP i że to ludzie niewykształceni i dlatego podatni na jej propagandę, to analizy socjologiczne w oczywisty sposób wśród takich obywateli znajdują tych, którzy na wybory nie chodzą.

Zdecydowana większość elektoratu PiS nie jest ogłupiałą przez rządową propagandę ciemną masą. Jest racjonalnie postępującymi wyborcami, którzy dostają od tej partii tego, czego chcą: poprawę bytu materialnego oraz rewolucji godności. Pierwszy aspekt jest zauważany nawet przez krytyków władzy – przyznają oni, że to się dokonuje i powinno być kontynuowane przez następców PiS. Elektorat PiS, ujmując to nieco złośliwie, jest jak klienci „chwilówek”. Tym jednak różniący się od tych realnych, że wiedzący, iż rachunki za ich pożyczki będą spłacali inni. Nie jest to sympatyczne, ale na pewno nie jest nieracjonalne.

Mniejsze zrozumienie wykazuje się dla drugiej kwestii – dostarczenia wielu milionom ludzi powodów do godności, uznania, Platońskiego „thymos” (tym pojęciem w tłumaczeniu wzrastającej popularności populistów posługuje się w swojej nowej książce F. Fukuyama). A jest ona bardzo ważna, wręcz kluczowa. Wyborcy PiS, dzięki działaniom i retoryce (przede wszystkim retoryce) rządu podnieśli głowy i czują się dumni z siebie. Najczęściej jako Polacy, ale także jako zwykli obywatele. Rządy Zjednoczonej Prawicy dostarczyły im powodów (czasami prawdziwych, częściej fałszywych) do poczucia dumy, do zadowolenia z siebie, do porzucenia zawstydzenia. Najłatwiej było to osiągnąć poprzez działania narodowotwórcze, czyli walkę o „dobre imię” Polski na świecie, politykę historyczną, retorykę uprawianą przez polską dyplomację itp. Bardzo często te działania były pozorne i budowane na piasku, ale w odbiorze społecznym nie było to widoczne. Wyborcy PiS mieli podstawy do ulokowania w tej partii swojej sympatii za działania zmierzające (w ich opinii skutecznie) do realizacji ich poczucia dumy narodowej.

Były też działania mniej szlachetne, jak napuszczanie na elity, szczucie na środowiska opiniotwórcze, ataki na tych, którym się powiodło. Tu PiS  wielokrotnie przekraczało granicę wyznaczoną przez warunki liberalnej demokracji, ale nie przeszkadzało to temu, że elektorat PiS mógł poczuć się lepiej. Tak, nie było to sympatyczne i przyjemne, ale miało swoje racjonalne podstawy. Jeśli dotychczasowe elity „okazały się” skompromitowane, to niepotrzebny był zatem wstyd wobec nich. Jeśli elit nie ma, to każdy może być elitą. Oto zysk, jaki odczuł przeciętny wyborca PiS. Tak, to uczucie niskie, ale nie nieracjonalne.

Jeśli zatem opozycja nadal tkwić będzie w swej moralnej wyższości wobec ogłupiałego elektoratu PiS, to nie tylko nie zdoła trafnie odczytać rzeczywistości, lecz na zawsze pozostanie tak, gdzie jest teraz – czyli właśnie w ławach opozycji. Wyborcy, którzy zapewnili zwycięstwo Kaczyńskiemu nie są jego więźniami (przynajmniej nie wszyscy). On dał im to, czego chcieli (materialnie i symbolicznie), a oni dali mu władzę. Jeśli dostrzegą na horyzoncie jakieś inne partie, od których będą mogli dostać to samo, to być może podążą za nimi. A przynajmniej o tym pomyślą. Na pewno jednak nie oddadzą swojego głosu na ugrupowania, których liderzy (jawnie bądź skrycie) uważają ich za ciemny, ogłupiony i nieracjonalny motłoch.     

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA