fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bierzyński: Prawica i Kościół: bracia syjamscy

YouTube
Na dwa tygodnie przed wyborami kampania gwałtownie przyspieszyła. Leszek Jażdżewski pamiętnym przemówieniem na Uniwersytecie Warszawskim uruchomił lawinę wydarzeń, które mogą zmienić jej bieg i zdecydować o zwycięstwie. W pierwszym momencie jego nie przebierające w słowach wystąpienie wyglądało na gotowy pretekst do rozpętania światopoglądowej wojny. Dziś wydaje się przynętą w pułapce, w którą dał się złapać Jarosław Kaczyński. Gwałtowne zmiany akcji tej kampanii w ostatnich dniach przypominają emocjonujący thriller.

Trzeba przyznać, że cios wymierzony był celnie. Grzegorz Schetyna zdystansował się od Pawła Rabieja. Rafał Trzaskowski musiał się tłumaczyć a w koalicji zawrzało. Niestety, sukces okazał się pozorny. Według polityków Koalicji, na dłuższą metę zamiast ją osłabić, Kaczyński osiągnął przeciwny skutek. Schetyna został zmuszony by potraktować swoich partnerów politycznych poważnie: „po raz pierwszy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać” mówi prominentny polityk KE. Skutek był przeciwny do zamierzonego. Schetyna uświadomił sobie, że musi wykonać ucieczkę do przodu, znaleźć wspólne postulaty i zaproponować Polakom oparty na nich pozytywny program. Po raz pierwszy dotychczasową przewidywalną i nieskuteczną kampanię negatywną – anty pis, zastąpiły hasła odnoszące się do przyszłości. Na pierwszy plan: odejście od węgla i polityka ochrony zdrowia. W efekcie z pierwszej potyczki Koalicja wyszła obronną ręką ze znacznie atrakcyjniejszą dla wyborców ofertą.

Kolejnym krokiem kampanii miało być, zapowiadane jako przełomowe, przemówienie Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. Przewodniczący Komisji Europejskiej zawsze budzi w Polsce ogromne zainteresowanie. Jego głos słuchany jest uważnie zarówno przez zwolenników jak i przeciwników byłego premiera. Tymczasem show Tuskowi skradł szerzej wcześniej nieznany działacz liberalnych stowarzyszeń, naczelny niszowego Liberte. Leszek Jażdżewski wygłosił mocne antyklerykalne przemówienie, w którym nie szczędził hierarchom mocnych słów a polityków porównał do świń tarzających się w błocie.

Kaczyński powtórzył poprzedni manewr. Okazja do kolejnego ataku wydawała się o tyle atrakcyjna, że stosunkowo łatwo było odpowiedzialnością za słowa Jażdżewskiego obarczyć głównego wroga – Donalda Tuska. Wszak przemawiali po sobie, w tej samej Sali. Propaganda wykorzystała każdy gest - kto klaskał, kto kogo poklepał po ramieniu. Wszyscy byli winni bezczeszczenia świętości Kościoła. „Kto podnosi rękę na Kościół ten podnosi rękę na Polskę.” Kolejny lejtmotyw kampanii gotowy.

I w pierwszych dniach po tym wystąpieniu wydawało się, że Kaczyński może tym razem postawić na swoim. Scenariusz powtórzył się z dużą dokładnością. Grzegorz Schetyna znów musiał odciąć się od Jażdżewskiego. Kosiniak-Kamysz nie krył oburzenia. Wobec zmasowanego ataku propagandy prawicy duża część liberalno-demokratycznych komentatorów skrytykowała szefa Liberte: „dał do ręki pałkę Kaczyńskiemu”. „Tego sporu nie sposób wygrać”.

Po raz kolejny sprawdziło się jednak stare porzekadło o sztuce polityki. W polityce wygrywa ten kto robi mniej błędów. Upojony wydawałoby się łatwym zwycięstwem PiS popełnił błąd, który diametralnie zmienił nastroje społeczne a pewny sukces zamienił w porażkę. Oto bowiem minister spraw wewnętrznych z dumą ogłosił na Twitterze, że policja zatrzymała Elżbietę Podleśną, autorkę grafiki przedstawiającej Maryję w tęczowej aureoli. Kobieta została zatrzymana po dokładnej rewizji mieszkania, klasycznie, według najgorzej kojarzonych wzorów, o 6.00 nad ranem, gdy policja zapukała do jej drzwi. Obraza uczuć religijnych – sankcja do 2 lat więzienia. Nietrudno było przewidzieć reakcję. Media społecznościowe zostały zalane zdjęciami zakazanego wizerunku. W kolejce do aresztowania ustawiło się tysiące osób. W tak prosty sposób światopoglądowa krucjata Kaczyńskiego w obronie wartości, religii i Kościoła została ośmieszona. Zatrzymanie Podleśnej z jednej strony wywołało szok: żyjemy w państwie religijnym, z drugiej lęk: to może dotyczyć każdego, także mnie. Słowa Jażdżewskiego przestały brzmieć jak obrazoburczy atak. W nowym kontekście zabrzmiały jako złowroga przepowiednia. Jak widać nadgorliwość własnych działaczy może być bardziej niebezpieczna niż niezdyscyplinowanie przeciwników. Nastroje społeczne zaczęły przechylać się na niekorzyść władzy. Sprawa tęczowej Maryi była kroplą, która przeważyła szalę.

PiS najwyraźniej nie zauważył tej zmiany. Partyjni działacze z prezesem na czele dalej prowadzili krucjatę w obronie obrażanej wiary, prześladowanych katolików i atakowanego Kościoła. Do soboty mieli jeszcze szanse by odrobić straty. W sobotę przez Polskę przeszedł Armagedon. Premiera filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” całkowicie zmienia sytuację. Parę milionów Polaków zobaczyło na własne oczy jak Kościół chroni pedofili w swych szeregach zapewniając im bezkarność a w proceder ten zamieszani są jego najwyżsi dostojnicy.

Krzyku ofiar nie dało się zignorować. Kaczyński stał się zakładnikiem własnej kampanii. Słowa o ręce podniesionej na Kościół obróciły się przeciw niemu. Po filmie Sekielskich trudno Kościoła bronić. To przegrana sprawa. Nie można się też wycofać. Klasyczny pat. Kaczyński lawiruje. Z jednej strony broni Kościoła: „Czy czyny nielicznych księży mają upoważniać do ataku na Kościół? Ataku na katolików? Nie proszę państwa! To nie jest żadna podstawa.” Z drugiej próbuje przejąć inicjatywę zapowiedzią drastycznego zaostrzenia kar dla pedofilów. „Będą dotyczyły wszystkich i księży, i celebrytów”. „Bezwzględnie karani za pedofilię będą wszyscy, szczególnie surowo ci, którym powierzono opiekę nad dziećmi, również księża”. To desperacka deklaracja. Po pierwsze nie rozwiązuje problemu, bo najcięższym zarzutem filmu nie są przypadki pedofilii w Kościele, lecz fakt systematycznego, wieloletniego i świadomego ich ukrywania przez biskupów. Po drugie deklaracja ta otwiera szerokie pole do krytyki. Czy policja aresztuje 24 biskupów ukrywających przypadki pedofilii, których nazwiska umieszczono w dokumencie fundacji „Nie lękajcie się”, którą dostał papież Franciszek? Czy zrobi to z taką samą gorliwością jak w przypadku „obrazy uczuć religijnych” za pomocą tęczy? Czy prokuratura postawi biskupom zarzuty z artykułu 240 kk - karalne niezawiadomienie o czynie zabronionym? Czy w poszukiwaniu dowodów przeszukane zostaną kurie, gdzie w archiwach przechowywane są dokumenty kościelne opisujące przypadki pedofilii? Jeśli tak się nie stanie to deklaracje prezesa pozostaną pustym sloganem wyborczym a w szczerość jego intencji nikt nie uwierzy.

 PiS nie podejmie realnych kroków przeciw Kościołowi. To pewne. Po pierwsze nie może się narazić na wojnę z najbliższym sprzymierzeńcem. Po drugie byłoby to zaprzeczenie głównej narracji politycznej partii. Po trzecie dałoby pole do, nie tylko do skutecznego ataku rosnącej prawicowej konkurencji w postaci radykalnych narodowców spod znaku Konfederacji, ale co gorsza, mogłoby przyczynić się do rozłamu w samej partii. Na to Kaczyński pozwolić sobie nie może. Dlatego srogie deklaracje pozostaną na papierze. Niezrealizowane będą piętą achillesową prawicy i linią ataku opozycji do dnia wyborów.

Prawica i Kościół katolicki są zrośnięte nicią wzajemnych interesów jak bracia syjamscy. Poparcie Kościoła, które walnie przyczyniło się do zwycięstwa Kaczyńskiego w poprzednich wyborach może stać się przyczyną jego klęski w następnych.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA