fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czy Kościół potrzebuje PiS

Fotorzepa, Radek Pasterski
Jednym z powodów upadku katolickiej Irlandii było przekonanie tamtejszego Kościoła, że do zachowania cywilizacji chrześcijańskiej wystarczy finansowa ?i prestiżowa przychylność władzy, a tę zapewni siedzenie cicho wobec problemów życia publicznego – pisze publicysta.

Zbliżająca się kampania wyborcza znów ożywia dyskusję o roli Kościoła i jego zaangażowaniu w sprawy publiczne. W prawicowej publicystyce pojawiło się przekonanie, że wobec liberalnej presji wywieranej na katolicyzm Prawo i Sprawiedliwość staje się ostatnim obrońcą cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce. Wydaje się, że taką tezę trzeba uznać za niebezpieczną.

Rzeczywiście trudno nie zauważyć trwającego od dawna stronniczego traktowania Kościoła przez liberalne media oraz ludzi bliskich liberalnej i lewicowej opozycji. Sprowadza się ono nie tylko do ciągłego i często wybiórczego krytykowania duchowieństwa, ale także jest widoczne w używanym języku. Gdy publicystka „Gazety Wyborczej" pisze, jakoby biskupi „łasili się" do polityków partii Jarosława Kaczyńskiego (Małgorzata Skowrońska, „Wie, kiedy zagrać żartem, nie unika osobistych opowieści, jest szczery. Jakim metropolitą będzie abp Grzegorz Ryś?", 15 września 2017 r.), nie jest to merytoryczna krytyka, ale sterowanie emocjami.

Najważniejsze jednak w tych praktykach publicystycznych jest polityczne utożsamienie Kościoła oraz Prawa i Sprawiedliwości. Czasem dokonuje się ono przez budowanie obrazu zależności biskupów od partii Jarosława Kaczyńskiego, a gdy potrzeba mocniej zaznaczyć antyklerykalizm, narracja idzie w stronę mowy o „dyktaturze Ewangelii". Swoistym apogeum coraz ostrzejszej stygmatyzacji stosowanej wobec ludzi Kościoła były niedawne słowa żony prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego o „e-PiS-kopacie". Jednak polityczno-religijna jedność Kościoła i PiS jest przede wszystkim medialną kreacją, za pomocą której uderza się dwóch przeciwników naraz.

Trzy pola konfliktu

Po pierwsze, pomiędzy Kościołem a PiS mamy do czynienia z konfliktem dotyczącym ochrony życia. Sprawa ta była jednym z ważnych postulatów przyciągających do partii Kaczyńskiego wyborców katolickich i konserwatywnych przed wyborami w 2015 roku i de facto została potem zupełnie zignorowana. Do dziś nie zrealizowano nawet opcji minimalistycznej, czyli zniesienia przesłanki eugenicznej jako jednego z wyjątków dopuszczających aborcję. Po drugie, Kościół ustami abp. Stanisława Gądeckiego i abp. Wojciecha Polaka sprzeciwiał się zarówno zmianom w Trybunale Konstytucyjnym, jak i rewolucyjnemu sposobowi przeprowadzania reformy sądownictwa. Jednocześnie stanowisko Kościoła nie było przecież antyreformistyczne. Po trzecie, warto przypomnieć spór o tzw. korytarze humanitarne. Polskie państwo niesie znaczną pomoc ofiarom wojennym w Syrii, ale bez wątpienia kwestia rozszerzenia tej pomocy stanęła pomiędzy polityką PiS i głosem Kościoła. Te trzy pola konfliktu nie są jednak zauważane w opozycyjnych mediach, ponieważ nie pasują do narracji.

Opiniotwórcze ośrodki rozgrywają także wypowiedzi samych księży. Opinie liberalnych duchownych krytykujących PiS nie są traktowane jako zaangażowanie polityczne, ale jako wyraz głosu rozsądku, właściwy sposób realizacji publicznej misji Kościoła. Jednocześnie piętnuje się jako karygodne zaangażowanie polityczne każdą relację duchowieństwa z obozem rządzącym. Nawet jeśli polega ona na domaganiu się realizacji fundamentalnych spraw agendy katolickiej będących w programie PiS. Wtedy jest to nazywane mieszaniem się Kościoła do państwa. I tak Kościół czyni się odpowiedzialnym, wbrew faktom, za politykę PiS, a partię Jarosława Kaczyńskiego – także wbrew faktom – traktuje się niczym politycznego reprezentanta Kościoła.

Polityczny szantaż

Czy jednak wobec liberalnej presji na rodzinę, religię i moralność nie jest rzeczywiście PiS ostatnią deską ratunku dla Kościoła? Opozycja dość mocno rozkręca w ostatnim czasie retorykę antyklerykalną. Obecność na scenie politycznej partii Roberta Biedronia jeszcze tę tendencję wzmacnia. Rzeczywiście, przyjście do władzy liberałów może dziś jawić się jako realne zagrożenie dla Kościoła. Pozostaje jednak pytanie, czy Kościół musi ulegać szantażowi, że jeśli nie PiS, to przez Polskę przejdzie antychrześcijański potop. Trwanie w uściska tego szantażu pozwala dalej dowolnie rozgrywać liberałom Kościół jako „e-PiS-kopat". A PiS przecież nie załatwił najważniejszej sprawy, fundamentu wszelkiej sprawiedliwości społecznej, jaką jest ochrona życia, choć to obiecywał. Nie wycofał się z ratyfikacji genderowej konwencji stambulskiej, która jest atakiem na rodzinę, wychowanie i religię, i którą Jarosław Kaczyński trzyma niczym pytanie straszak wymierzone w katolików – „na kogo zagłosujecie?". A przecież pojawiła się propozycja konwencji praw rodziny, która zachowuje antyprzemocowy charakter, ale nie jest atakiem na naturalne wspólnoty, w których żyją Polacy. Projekt ten zyskał przychylność podczas niedawnego spotkania katolickich episkopatów Europy Środkowej w Bratysławie. Byłoby zatem pole manewru dla polityki dobrej woli.

Czas na refleksję

Lekceważenie postulatów opinii katolickiej jest zatem coraz częstsze ze strony PiS, a wzrost napięcia co do zasad coraz wyraźniejszy. W innych sprawach – konfliktu z Unią Europejską o praworządność – PiS z dużą łatwością prowadzi politykę radykalną, często pozbawioną większego sensu. Jedyne, co część Kościoła zyskuje na rządach PiS, to ochrona przywilejów materialnych i prestiżowych. Jednak ludzi, którzy będą dbać o materialne potrzeby Kościoła, znajdzie się w wielu partiach. Na pewno są w Platformie Obywatelskiej, co jasno pokazała symbioza pomiędzy metropolitą warszawskim kard. Kazimierzem Nyczem a byłą prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz. Nie wątpię, że tacy ludzie znajdą się w Polskim Stronnictwie Ludowym, w przeszłości dawało się ich znaleźć nawet w Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jeśli PiS miałby zachowywać deklarowany konserwatyzm ze względu na jakiś domniemany korupcyjny układ z Kościołem, to biskupi powinni się zastanowić, czy chcą dalej trwać w takiej sytuacji. Dziś za sprawą liberalnych mediów biorą publiczną odpowiedzialność za rządy, które w kolejnych punktach oddalają się od stanowiska katolickiego. Razem z tymi rządami mogą tracić wiarygodność.

Chłodne spojrzenie na sytuację polityczną, na rozkład światopoglądowy elektoratu, powinien skłonić hierarchów do trzeźwej refleksji. PiS jest zakładnikiem konserwatyzmu przekonań swojego wyborcy, a jeszcze bardziej jego niechęci do liberalnej opozycji, którą sam mu zaszczepił. Nie należy się zatem spodziewać znaczących przepływów poparcia od PiS w lewo, w sytuacji gdyby Kościół zaznaczył wyraźniej swój sceptycyzm wobec partii Jarosława Kaczyńskiego. Swoboda ruchu wydaje się znacznie większa, niż by się mogło wydawać, i nie ma powodu, by Kościół kurczowo trzymał się rozgrywającej go – choć nieco inaczej od liberałów – centroprawicy.

PiS zawiódł

Zadaniem Kościoła – w porę i nie w porę, jak pisał św. Paweł – jest wskazywać, jakie są pryncypia ładu społecznego i kto chce je rzeczywiście realizować. Nie chodzi o to, by miał on agitować, ale zawsze powinien oddziaływać w taki sposób na sumienia katolików, by powstawała opinia, że z perspektywy katolickiej wybory polityczne są sprawą prywatnych preferencji. Sumienia formuje się wtedy, gdy się pokazuje, że wyznawanie wartości nie jest tylko werbalną deklaracją, ale że musi się ono przekładać na praktykę. PiS tu zawiódł. Jednym z powodów upadku katolickiej Irlandii było przekonanie tamtejszego Kościoła, że do zachowania cywilizacji chrześcijańskiej wystarczy finansowa i prestiżowa przychylność władzy, a tę zapewni siedzenie cicho wobec problemów życia publicznego.

Suwerenność Kościoła powinna polegać na odwadze, trzeźwej ocenie nastrojów społecznych i głoszeniu pryncypiów swojej nauki społecznej. Jeśli PiS zawiódł, trzeba się zwrócić ku innym, nawet mniejszym ugrupowaniom, które chcą prowadzić politykę w obronie wartości nienegocjowalnych. Tego wręcz wymaga polityczna roztropność – nie można popierać kogoś, kto nas lekceważy.

Kościół nie zawsze musi grać w polityce o całą władzę, ale zawsze musi zabiegać o zasady sprawiedliwości. Trudno sobie wyobrazić, by poparł kogoś bezpośrednio. Na pewno nie będzie to Janusz Korwin-Mikke, bożyszcze i demoralizator wielu prawicowców. Dlaczego jednak Kościół nie miałby wskazać na inne środowiska gromadzące się w imię katolickich i republikańskich zasad? Nie oznaczałoby to przekreślenia pozytywnej roli, jaką PiS może odegrać w polskiej polityce. Zresztą jak i inne partie. Mogłoby zaś oznaczać, że PiS zacząłby brać Kościół i politykę katolicką poważnie. Jeśli nie z przekonania, to bojąc się strat, jakie może ponieść.

Autor jest historykiem idei, redaktorem pisma „Christianitas", ostatnio wydał książkę „Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej na podstawie wydarzeń nowszych ?i dawniejszych"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA