fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Uczelnie wyższe: Feudałowie bez odpowiedzialności

Fotorzepa, Sławomir Mielnik
Spora część polskiej kadry akademickiej tkwi głęboko mentalnie w PRL, a konstytucja dla nauki wicepremiera Jarosława Gowina doskonale konserwuje stare układy – pisze naukowiec.

Do parlamentu trafiła właśnie ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce wraz z pakietem zmian dodatkowych. Jej twórcy twierdzą, że zostały zaakceptowane przez większą część środowiska akademickiego. To samo w sobie powinno dać do myślenia, jeśli istniejące patologie, m.in. tzw. feudalizm akademicki, są tego środowiska wytworem. Zauważyć należy, że nie zmieniono znacząco modelu kariery naukowej, np. pozostawiono habilitację czy belwederskie profesury. A za ich pomocą, podobnie jak dzięki sprawowaniu kontroli nad pieniędzmi, feudałowie akademiccy od lat konserwują obecny system. Tak więc rzeczywistych efektów tej twórczości legislacyjnej raczej nie będzie, poza zwiększeniem obciążenia dla budżetu państwa.

Głosowanie portfelami

W projekcie ustawy proponuje się m.in. wzrost środków przeznaczanych na naukę i szkolnictwo wyższe nawet o 50 proc., do poziomu bliskiego wydatkom na obronność. Planuje się określenie minimalnego zasadniczego wynagrodzenia profesora na poziomie odpowiadającym 150 proc. średniej pensji w gospodarce (ok. 7000 zł brutto). Ma być ono powiększane, jak za PRL, też o różne dodatki, raczej już niespotykane w sektorze prywatnym. Na przykład liczony procentowo (1 rok = 1 proc.) dodatek za wysługę lat, dodatki funkcyjne, zadaniowe, motywacyjne etc., a do tego jeszcze premie. Nie bez powodu np. wśród profesorów nauk technicznych można spotkać się z powiedzeniem, że trzeba być wyjątkowym nieudacznikiem, aby nie zarabiać 20 tys. miesięcznie.

Dobrymi przykładami takiego podejścia są opisywane w mediach nieprawidłowości, gdzie dyrektorzy instytutów badawczych Polskiej Akademii Nauk przez lata wypłacali sobie kilkusettysięczne wynagrodzenia, łamiąc m.in. tzw. ustawę kominową. Afery te są zwyczajowo wyciszane, a władze PAN tradycyjnie nie poczuwają się do odpowiedzialności. Wszak według nich PAN i jej instytuty naukowe nie mają ze sobą nic wspólnego.

Wróćmy jednak do kosztów. Jak zatem widać, aspiracje płacowe polskich uczonych sięgają poziomu kadry kierowniczej w firmach, a nawet członków zarządów spółek giełdowych. W przeciwieństwie jednak do gospodarki, gdzie o wynagrodzeniach decydują z reguły prywatni właściciele, tzw. pracownicy nauki są w Polsce w większości opłacani z pieniędzy publicznych. W biznesie z reguły rozlicza się za wyniki, w polskiej nauce osoby na kierowniczych stanowiskach w praktyce takiej odpowiedzialności nie ponoszą.

Przyjrzyjmy się więc, co w zamian dostają podatnicy, którzy to wszystko finansują.

Po pierwsze, od zmiany ustroju nastąpił dramatyczny wzrost liczby studentów. W efekcie transfer gigantycznych środków do kieszeni pracowników nauki został sfinansowany w sporej części przez mniej zamożną część społeczeństwa. A przydatność większości dyplomów brutalnie zweryfikował rynek – niektórzy mówią nawet o oszustwie na skalę całego pokolenia.

Po drugie, jak twierdzi wielu, pozycję Polski w światowej nauce dobrze pokazują rankingi uczelni. Dla przypomnienia: z kilkuset szkół wyższych, które mamy, z reguły mniej niż dziesięć mieści się w tysiącu najlepszych światowych uczelni, z czego mniej więcej trzy czasem łapią się do pierwszej pięćsetki.

Po trzecie, od lat 90. praktycznie każdy kolejny rząd przeznaczał znaczne środki na „stymulowanie współpracy na styku nauki i gospodarki”. Efektem są jedynie wydane pieniądze, a rzeczywistej współpracy jak nie było, tak nie ma. Bliższe przyjrzenie się sprawie pokazuje, że zinstytucjonalizowana nauka polska ma bardzo niewiele do zaoferowania biznesowi, a spora część kadry akademickiej tkwi głęboko mentalnie w PRL. Danie im więcej pieniędzy tylko umocni ten stan rzeczy.

Brak kontroli i nadzoru

Prawie każdy naukowiec, który próbował działać inaczej, spotykał się ze zdecydowaną reakcją akademickich feudałów. Znamienne są przykłady rektorów, którzy próbowali reformować uczelnie – jeśli robili to zbyt głęboko, z reguły ich rządy kończyły się na jednej kadencji. Najbardziej nagłośniony przykład to chyba przypadek Uniwersytetu Wrocławskiego i prof. Leszka Pacholskiego, ale są też inne.

W swoim artykule pt. „Polskie uniwersytety są chore” na łamach „Rzeczpospolitej” w listopadzie 2017 r. opisałem mechanizmy „totalnego” działania establishmentu akademickiego wobec innych niepokornych, do których doszło nawet mimo istnienia na świecie mechanizmów skutecznego rozwiązywania takich konfliktów. Nie słychać, aby osoby odpowiedzialne za takie działania poniosły kiedyś konsekwencje.

Przykładem może być prof. Sławomir Zadrożny, dyrektor Instytutu Badań Systemowych PAN, który właśnie przymierza się do rozpoczynającej się wkrótce kolejnej kadencji na tym stanowisku. Za jego dotychczasowych rządów doszło do zniszczenia samofinansującego się unikalnego centrum badawczego, uwikłano Instytut w liczne spory sądowe i dopuszczono w mojej ocenie do sięgającego milionów złotych uszczerbku w budżecie tego Instytutu. A wszystko w sytuacji, kiedy były i są liczne możliwości uniknięcia eskalacji konfliktu i ugodowego zażegnania sporów.

W sektorze prywatnym, gdzie jest odpowiedni nadzór nad działaniami zarządzających, byłoby to raczej nie do pomyślenia. Ale w nauce nie widać aktywności organów kontrolnych – państwo zwyczajnie nie działa. A przy wyborze osoby na stanowiska kierownicze można zignorować nawet taki pokaz „kompetencji” menedżerskich jak w podanym przykładzie. Ostatecznie wybranego dyrektora zatwierdza prezes PAN – prof. Jerzy Duszyński, który w tym roku też może ubiegać się o kolejną kadencję.

W nauce polskiej są też wspaniali i rzetelni ludzie, prawdziwi naukowcy, a nie tzw. pracownicy nauki. Wielu z nich sporo zawdzięczam. Nie zmienia to faktu, że znaczna część środowiska akademickiego jest zdecydowanie bierna mimo posiadania możliwości działania. Na potrzebę odpowiedzialnego i prawego działania wskazywał m.in. prof. Leszek Pacholski w swoim głośnym artykule „Prokurator nas nie wyręczy”, ale niestety niewielu znalazł naśladowców. A Polska Akademia Nauk jest kolejnym przykładem „państwa w państwie”, gdzie – jak się okazuje – nawet minister w randze wicepremiera wiele zdziałać nie może.

Kopanie się z koniem

Premier Gowin, jak jego poprzednicy, kilkakrotnie mówił o feudalizmie akademickim jako jednej z głównych bolączek nauki polskiej. Po przeszło dwóch latach w MNiSW zna też dobrze jej inne problemy. Podobnie jak możliwe rozwiązania. Patrząc na proponowaną legislację, stwierdzić należy, że niestety z tej wiedzy nie korzysta. Przykładami mogą być choćby model kariery akademickiej i finansowania działalności naukowej, brak reformy PAN i, co chyba najważniejsze, brak odpowiedzialności feudałów akademickich za swoje działanie.

Podczas któregoś z naszych spotkań jeden z jego wiceministrów stwierdził, że wraz ze swoim pryncypałem nie zamierzają kopać się z koniem. Mój dziadek, przedwojenny ułan z Pułku Ułanów Krechowieckich, też mówił, że koń to zwierzę niebezpieczne, zarówno z tyłu (bo kopie), jak i z przodu (bo gryzie). Ale zaraz potem pokazywał, jak się go dosiada i ujeżdża. A trzeba wiedzieć, że piękną postawę na koniu miał jeszcze po siedemdziesiątce.

No ale takie działanie poza kompetencjami wymaga jeszcze zdecydowania i pomysłowości. Twórcy pakietu legislacji zamiast rzeczywistych zmian wybrali konserwowanie starych układów. I to takich, które mentalnie, a często i faktycznie, tkwią jeszcze w PRL. W efekcie będziemy inwestować m.in. w marmurowy i pozłacany żłób. I finansować zapasionego wałacha, którego próby cwałowania budzić będą jedynie śmiech i politowanie.

Dr Kamil Kulesza po powrocie z University of Cambridge, założył i kierował Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów działającym w ramach PAN. Jego działalność była finansowana przez firmy i instytucje, dla których CZMIS prowadził badania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA