Zgodnie z ustawą dekomunizacyjną pomniki wdzięczności dla Armii Czerwonej miały być usunięte, ale nadal można je spotkać m.in. w Rzeszowie czy Olsztynie. W jakim celu je stawiano?
Pamięć o przeszłości, uhonorowanie zasług, funkcje tożsamościowe czy legitymizacja władzy – to wszystko w tradycji europejskiej od zawsze wiąże się ze stawianiem pomników. Dokładnie tak jest w przypadku pomników wdzięczności Armii Czerwonej, to ta sama tradycja.
Wyjątkowa jest natomiast kwestia relacji polsko-rosyjskich. Jesteśmy w szczególnym momencie, bo niedawne wypowiedzi Władimira Putina o współudziale Polski w wywołaniu II wojny światowej tylko potwierdzają to, jak niesłychanie aktualny może być problem udziału Rosjan w zwycięstwie nad Adolfem Hitlerem. To stanowi dla Putina podstawowy element budowania nowego rosyjskiego patriotyzmu. Obrona pomników wdzięczności wpisuje się w tę narrację.
Co zatem z nimi robić?
Kształtują się dwa stanowiska. Pierwsze takie, że w wolnym kraju nie ma miejsca na pomniki okupantów. Drugie: że w cywilizowanych społeczeństwach dba się o pamięć i nie niszczy się pomników, które są częścią naszej historii. Kilka miesięcy temu mogliśmy obserwować, jak zmienia się nasze podejście i wartościowanie pomników ideologicznych, kiedy na aukcję trafiła rzeźba Przyjaźń autorstwa Aliny Szapocznikow. Także o niej można mówić jako o pomniku wdzięczności, bo przedstawia obejmujących się żołnierzy radzieckiego i polskiego. W 1992 r. rzeźbę w nocy wywieziono z Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie i przekazano w prywatne ręce. Teraz na aukcji została sprzedana za potężną kwotę, prawie 2 mln zł.
Od 1989 r. pomniki są systematycznie usuwane z przestrzeni publicznej.
Na początku lat 90. takie działania były skierowane przeciwko postaciom symbolicznym. Lenin, Dzierżyński, przywódcy komunistyczni – ich monumenty likwidowano najpierw, ale usuwano też pomniki wdzięczności. W Częstochowie padł w 1990 r. Za to w Warszawie pomnik Braterstwa Broni (tzw. czterech śpiących) stał długo i dopiero budowa metra pomogła władzom Warszawy w jego usunięciu (decyzja o tym, że nie wróci na dawne miejsce zapadła w 2015 r. – red.).
Ciekawie wygląda historia etapowego likwidowania pomników. Tak było w Szczecinie, gdzie początkowo odpiłowano tylko gwiazdę wieńczącą monument, co zresztą też wywołało reakcję władz rosyjskich. Pomnik długo bez tej gwiazdy stał, w końcu zlikwidowano go już w całości (został rozebrany w 2017 r.).
Nie wszystkie te monumenty stoją w eksponowanycb miejscach.
Są pomniki stawiane na cmentarzach żołnierzy radzieckich, połączone z mogiłami. Monumentalne założenia projektowali znakomici twórcy. Np. plan warszawskiego cmentarza jest dziełem Bohdana Lacherta, a rzeźba – Jerzego Jarnuszkiewicza. To są wybitne dzieła sztuki. One nie są naruszane.
Inny rodzaj to właśnie pomniki wdzięczności czy braterstwa broni sytuowane zazwyczaj w centrach miast. Powstało ich od 1945 r. prawie 500. W większości wyszły z pracowni polskich autorów, chociaż np. w Stargardzie Szczecińskim są autorstwa rosyjskich twórców. Powstawały przez cały okres PRL. Jeszcze w 1987 r. wzniesiono w Krakowie pomnik marszałka Iwana Koniewa.
Jak kształtowały one przestrzeń miejską?
Ich lokalizacja była spektakularna, wokół zmieniano nawet nazwy ulic, co podkreślało i budowało napięcie ideologiczne. Najczęściej były ustawiane w reprezentacyjnych punktach – w Lublinie na placu Litewskim, w Gdyni na skwerze Kościuszki. Zresztą ten gdyński pomnik, autorstwa Mariana Wnuka, świetnie organizował urbanistycznie przestrzeń. Pozowała do niego młoda rzeźbiarka, późniejsza żona autora. W gruncie rzeczy był to więc pomnik miłości. Niestety, w 1990 r. został usunięty. Rzeźbę przeniesiono na cmentarz, co też pokazuje, jak skomplikowane bywają losy ideologicznych pomników.
Pozostały jeszcze takie artystycznie udane pomniki?
W tej chwili to przede wszystkim pomnik w Olsztynie, dzieło Xawerego Dunikowskiego, bardzo ciekawa rzeźba jednego z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy XX wieku. Jest zresztą wpisana do rejestru zabytków, czyli właściwie nie do ruszenia.