fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Rzeszowski kod znał tylko jeden kandydat

Ewa Leniart, Konrad Fijołek, Marcin Warchoł, Grzegorz Braun  Rzeszów
Kandydaci w wyborach na prezydenta Rzeszowa: Ewa Leniart, Konrad Fijołek, Marcin Warchoł, Grzegorz Braun podczas debaty w CWK w Jasionce
PAP/Darek Delmanowicz
Przykład prezydenta Tadeusza Ferenca pokazuje, że mieszkańcy Rzeszowa skrupulatnie oddzielają wielką politykę od polityki miejskiej. Ta ostatnia może będzie górą w tych wyborach.

Kiedy na murze domu zakonnego sióstr Serafitek na rzeszowskim Zalesiu pojawiły się plakaty Marcina Warchoła, kandydata Solidarnej Polski, był to znak, że nadchodzi czas wyboru następcy Tadeusza Ferenca.

Plakaty zniknęły w nocy. A w mieście po zmroku rozpoczęły się manewry zwolenników poszczególnych kandydatów, usuwających wizerunki konkurentów. W okolicach świąt Wielkiejnocy nikt nawet nie przypuszczał, że ta typowa samorządowa, leniwa kampania przerodzi się w wielkie ogólnopolskie widowisko, z ogromnym zainteresowaniem mediów, licznymi debatami w stacjach tv. A w majówkę będzie można spotkać spacerujących po mieście najważniejszych polityków rządu i opozycji.

Finisz kampanii przypadł na długi weekend związany z Bożym Ciałem. Do Rzeszowa znowu zaczęli ściągać czołowi politycy, z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Prezes PiS przed rzeszowską filharmonią, zachwalając zalety swojej kandydatki Ewy Leniart, obecnej wojewody podkarpackiej, określił start jej kontrkandydata na prawicy Marcina Warchoła jako „partykularne przedsięwzięcie jednej niewielkiej partii".

W stolicy Podkarpacia, bastionie prawicy, prawicowi kandydaci przegrywają z politycznie nijakim, choć popieranym przez opozycję Konradem Fijołkiem. Radny, od dekad zaangażowany w sprawy miasta, całkiem dobrze radzi sobie z bardziej doświadczonymi kontrkandydatami podczas licznych debat. Samorządowiec swoją powściągliwością w odpowiedzi na ataki „mało rzeszowskich" konkurentów zyskuje tylko sympatię mieszkańców.

Tydzień przed wyborami sondaże dają Fijołkowi 46 proc. poparcia i zaledwie 4 pkt proc. dzielą go od rozstrzygnięcia wyborów na swoją korzyść już w I turze.

Daleko za nim jest Ewa Leniart. 25 proc. poparcia pokazuje, że w prawicowym Rzeszowie nie udało się jej zjednać sympatii mieszkańców. Mimo że była na początku traktowana jako faworytka, okazało się, że nie potrafiła przekonać, że jako prezydent bardziej niż o interesy PiS będzie dbała o interesy miasta. Dla wielu Leniart jest pasem transmisyjnym poleceń z Warszawy. Podczas debat bardziej słyszalne w jej głosie były akcenty programowe PiS niż autorska wizja rozwoju miasta.

Przegranym tej batalii może być też Marcin Warchoł, który w kampanię zainwestował sporo. Przez chwilę wydawało się nawet, że ma atuty, żeby powalczyć o fotel prezydenta.

W okolicach świąt Wielkanocnych to jego billboardy jako pierwsze zalały całe miasto. Rozmach był imponujący. Sprawiało to wrażenie, jakby Warchoł był jedynym poważnym kandydatem na prezydenta. Jego atutem miało być też poparcie, jakie udzielił mu Tadeusz Ferenc, namaszczając go na swojego następcę, po tym jak niespodziewanie ustąpił ze stanowiska ze względu na zły stan zdrowia. Prezydent, który cieszył się przed dwie dekady wielkim poparciem w Rzeszowie, miał utorować kandydatowi SP drogę do ratusza. Mit o skuteczności namaszczania następców szybko jednak runął.

Warchołowi nie pomógł nawet ściągnięty na finiszu kampanii zespół Boys, przy którym kandydat SP pląsał, przypominając nieco Aleksandra Kwaśniewskiego sprzed lat. Przeciwnicy szybko zaczęli mu wyciągać jego dość luźny – mimo deklaracji– związek z Rzeszowem. Polityk pochodzi ze Stalowej Woli. Ze stolicy Podkarpacia z sukcesem startował na posła. Kiedy pomylił podczas jednych z wystąpień dzielnice Staromieście ze Staroniwą wśród mieszkańców popularny stał się dowcip: „Dlaczego Warchoł ciągle chodzi po Rzeszowie z Ferencem? – Bo sam zgubiłby się w mieście".

Marcin Warchoł również nie złamał rzeszowskiego kodu, otrzymując w sondażu ok. 13 proc. poparcia.

Grzegorz Braun z Konfederacji nigdy nie był w Rzeszowie traktowany jako poważny kandydat na prezydenta. Start w wyborach to bardziej element politycznej strategii niż chęci zaangażowania się w sprawy miasta. W 2019 r. Braun startował już na prezydenta Gdańska, po śmierci Pawła Adamowicza. Będąc jedynym kontrkandydatem Aleksandry Dulkiewicz, zdobył 12 proc. I pewnie podobny wynik uzyska w Rzeszowie. Chociaż w 2019 r., startując w Rzeszowie na posła, zyskał 25 tys. głosów, najwięcej pośród wszystkich kandydatów.

Wiele wskazuje na to, że prezydentem Rzeszowa zostanie Konrad Fijołek, radny, samorządowiec od dwóch dekad. Człowiek, który nie wyróżnił się niczym szczególnym ani podczas swojej kariery samorządowej, ani w trakcie kampanii wyborczej.

Przyczyna wysokiego poparcia dla radnego wcale nie leży w tym, że uzyskał taktyczne poparcie całej opozycji. Fijołek, w odróżnieniu od pozostałych kandydatów, zna rzeszowski kod. Mówi językiem rzeszowian, zachowuje się w dość typowy dla miejscowych powściągliwy sposób. W jego kampanii nie ma wystudiowanych uśmiechów, szumnych okrzyków, blichtru. Zna miasto i – jak mówi jeden z moich rozmówców – wie, w którym parku i na której ławce są niedokręcone śrubki. To jest jego największy atut. Żaden inny z kandydatów nie jest tak autentyczny. Wystudiowane problemy, hasłowo prezentowane obietnice nie są przekonujące. I w tym Fijołek zdecydowanie odróżnia się od trójki konkurentów. I w tym tkwi jego siła.

Kiedy przyszedł na rzeszowski rynek ogłosić start w wyborach na prezydenta, towarzyszyła mu rodzina, znajomi, a nawet dyrektorka jego szkoły. Wszyscy, tak jak on, byli stąd. I stało się jasne, kto jest autentycznym kandydatem z tego miasta.

Kampania wyborcza rozgrzała eksperckie głowy. Snuto rozważania, na ile ważne z perspektywy ogólnopolskiej są wybory w Rzeszowie. Większość analiz okazała się błędna. Rzeszów wcale nie był areną starcia dużych politycznych graczy. Był starciem wielkiej polityki z polityką lokalną, która biegnie po zupełnie innej płaszczyźnie. Wiele wskazuje na to, że samorząd znowu będzie górą w tym starciu. Tak jak górą był przez ostatnie 20 lat, kiedy kandydat z postkomunistycznym rodowodem nie dawał szans rywalom.

Czy prawica mogła wygrać w Rzeszowie? Tak – zrobiono jednak dwa błędy. Pierwszy – nie udało się wystawić jednego kandydata, i drugi, ważniejszy – nie był nim rzeszowski samorządowiec, który powalczyłby z przeciętnym radnym na takiej samej płaszczyźnie. Bez angażowania wielkiej polityki i myślenia partyjnego.

Jarosław Kaczyński nie poznał kodu do serc mieszkańców, chociaż nie było to takie trudne. Przykład Ferenca wskazuje, że prawicowy Rzeszów skrupulatnie oddziela wielką politykę od polityki miejskiej. A sympatie polityczne nie mają prostego przełożenia na wybory lokalne. Fijołek był jedynym kandydatem samorządowym mówiącym językiem mieszkańców, a prawica zamiast uczynić podobnie – wystawiła dwóch rasowych polityków. Skutek zobaczymy już w niedzielę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA