fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Rewolucji w Brukseli nie będzie

Kolejka do głosowania przed francuską ambasadą w Berlinie. We Francji frekwencja była znacznie wyższa niż w poprzednich wyborach
AFP
W kilku państwach Unii wybory do Parlamentu Europejskiego mogą wywrócić krajową scenę polityczną. W Strasburgu jednak niewiele się zmieni.

W 2014 r. Parlament Europejski zdołał narzucić przywódcom „28" swojego kandydata na szefa Komisji Europejskiej, najważniejsze stanowisko w europejskiej centrali. Został nim Jean-Claude Juncker, bo lansowała go największa frakcja w strasburskim zgromadzeniu, chadecka Europejska Partia Ludowa (EPP).

Ten system z tzw. spitzenkandidatem – bezprecedensowy sukces eurodeputowanych w walce o władzę – wcale nie musi się jednak powtórzyć. Desygnowany przez EPP Manfred Weber nie tylko nigdy nie kierował rządem czy ministerstwem, ale byłby też pierwszym od Waltera Hallsteina Niemcem na tym stanowisku, co mniejsze kraje Unii przyjmują z rezerwą.

Przede wszystkim jednak – jak wynika z ostatnich sondaży przeprowadzonych dla PE – pula deputowanych EPP spadnie z 217 do 180, i to przy założeniu, że Fidesz pozostanie w szeregach europejskich chadeków.

Już w poniedziałek Weber chce zwołać spotkanie przywódców tzw. proeuropejskich frakcji, aby – jak to zrobił przed pięciu laty Juncker – narzucić swoją kandydaturę przywódcom UE. Ponieważ jednak także frakcja Socjalistów i Demokratów (S&D) musi się liczyć z ograniczeniem swojego klubu z 186 do 149 posłów, dotychczasowy duopol chadecko-socjalistyczny, który od wielu lat rozdawał karty w Brukseli, w żaden sposób nie będzie miał większości w 751-osobowym parlamencie. Musi więc szukać wsparcia liberalnej ALDE, która dzięki sojuszowi z En Marche! nieco (z 68 do 76) zwiększy swój stan posiadania.

Problem jednak w tym, że francuski prezydent Emmanuel Macron już zapowiedział, iż nie zgodzi się na system spitzenkandidatów. Poważne ambicje ma też Frans Timmermans, lansowany przez S&D na następcę Junckera. Szefem KE najpewniej nie zostanie, ale w szerszej grze mógł uzyskać niektóre z czterech pozostałych stanowisk do obsadzenia: szefa PE czy przedstawiciela ds. zagranicznych Unii (na prezesa Europejskiego Banku Centralnego czy przewodniczącego Rady Europejskiej raczej nie ma szans).

To wszystko stawia Webera w trudniej sytuacji, bo budowa przez EPP większościowej koalicji z bardziej radykalną frakcją Zielonych albo Europejskimi Reformatorami i Konserwatystami (ECR), do których należy m.in. PiS, raczej nie wchodzi w grę.

Teoretycznie podział głównych stanowisk w Unii mógłby zostać rozstrzygnięty na szczycie w Brukseli już we wtorek albo przynajmniej na kolejnym takim spotkaniu w połowie czerwca. Ale wiele wskazuje też na to, że stanie się to dopiero po wakacjach, tak skomplikowana jest to układanka. W każdym razie zdecydują o tym przywódcy państw, którzy są przecież wybrani w wyborach krajowych, nie europejskich.

W Polsce kampania przed niedzielnym głosowaniem była traktowana jako preludium do jesiennych wyborów do Sejmu i Senatu. Ale podobny układ jest też w innych krajach Unii. We Włoszech Matteo Salvini liczy, że z 30 proc. poparcia Liga wyjdzie zdecydowanie zwycięsko z tej rozgrywki, spychając koalicyjny Ruch Pięciu Gwiazd do defensywy. Wówczas najpewniej doszłoby do przedterminowych wyborów parlamentarnych i próby budowy wokół Ligi nowej, prawicowej większości m.in. z udziałem Forza Italia.

W Niemczech spodziewany sukces radykałów z prawicy (AfD) i lewicy (Zieloni, Die Linke) oraz porażka socjaldemokratów znacząco zwiększy prawdopodobieństwo rozpadu koalicji CDU/CSU-SPD i kresu 14-letnich rządów Angeli Merkel.

We Francji porażka En Marche! w starciu ze Zjednoczeniem Narodowym Marine Le Pen definitywnie zepchnie do defensywy Macrona i otworzy możliwość powrotu do wielkiej polityki gaullistowskich Republikanów. Mogliby oni zostać uznani za jedyny skuteczny ratunek przed przejęciem władzy przez skrajną prawicę w wyborach prezydenckich 2022 r.

W Wielkiej Brytanii spodziewany sukces Partii Brexitu Nigela Farage'a już przyczynił się do dymisji Theresy May. Jeśli się potwierdzi, może przesądzić o przejęciu przywództwa konserwatystów i Downing Street przez radykalnego zwolennika rozwodu z Unią jak Boris Johnson.

W tych dniach do urn zostało wezwanych 427 mln obywateli, najwięcej na świecie po Indiach. Ale 40 lat po pierwszych powszechnych wyborach do europarlamentu wciąż chodzi de facto o serię narodowych głosowań, a nie jedną, kontynentalną rozgrywkę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA