fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Berlin stara się ograniczyć napływ imamów z Turcji

AFP
Wraz ze wzrostem liczby muzułmanów w Niemczech pojawia się coraz więcej pomysłów, w jaki sposób ograniczyć wpływ środowisk zagranicznych na niemieckich muzułmanów.

Nie umilkły jeszcze echa propozycji dotyczących wprowadzenia podatku na utrzymanie meczetów, a niemieckie MSW ma już gotowy kolejny projekt. Chodzi o wprowadzenie obowiązku znajomości języka niemieckiego dla działających w Niemczech imamów. Ma to ułatwić integrację społeczności muzułmańskiej w Niemczech.

Problem w tym, że gminy muzułmańskie są w większości biedne i korzystanie z bezpośrednich dotacji finansowych z krajów muzułmańskich, jak Arabia Saudyjska czy Turcja, ułatwia znacznie ich funkcjonowanie.

W dodatku większość mieszkających w Niemczech muzułmanów ma tureckie korzenie, a Ankara czuje się w obowiązku objąć ich szczególną troską. Dlatego turecka państwowa instytucja ds. religii Diyanet wysyła na swój koszt imamów do niemieckich meczetów.

Nie do wszystkich 2,5 tys. muzułmańskich świątyń, lecz podległych DITIB, największej organizacji islamskiej w Niemczech, skupiającej 960 gmin muzułmańskich. Jest tam zatrudnionych obecnie nieco ponad 1000 tureckich imamów. Zdecydowana większość z nich nie zna niemieckiego, ma znikome pojęcie o niemieckiej kulturze, polityce czy warunkach życia. Nikt nie ma złudzeń, że działalność tego rodzaju kaznodziei nie przyczynia się w żadnym stopniu do integracji społeczności muzułmańskiej.

Rząd pragnie zmienić ten stan rzeczy. Zamierza zmusić imamów do nauki niemieckiego. – Same gminy muzułmańskie skarżą się na brak znajomości niemieckiego wśród imamów, co sprawia, że mają oni mniejsze poważanie wśród młodzieży, ale nikt nie wie, jak rozwiązać ten problem – tłumaczy „Rzeczpospolitej" prof. Werner Schiffauer, znawca islamu z Uniwersytetu Viadrina. Imamów w Niemczech brakuje i ci przybywający z Turcji są jednak akceptowani. Równocześnie przybywa muzułmanów, których liczbę ocenia się po ostatniej fali imigracji na 5 mln osób.

Problem braku imamów zauważano już wcześniej. Przy czynnej pomocy władz państwowych powstały na kilku niemieckich uniwersytetach fakultety teologii islamskiej. Liczono, że wykształceni tam imamowie trafią do meczetów, gdzie pełnić będą rolę łącznika pomiędzy społecznością islamską a resztą społeczeństwa. Tak się jednak nie stało. Studia podjęło wiele kobiet, a mężczyźni, którzy je ukończyli, nie znaleźli pracy w gminach muzułmańskich, gdyż nawet dogłębna wiedza religijna nie szła u nich w parze ze znajomością życia.

Kilka miesięcy temu został nawet zamknięty fakultet teologiczny na uniwersytecie w Osnabrück, pierwszy, jaki powstał osiem lat wcześniej. Rząd namawia obecnie organizacje muzułmańskie, aby same kształciły imamów. Nie ma zamiaru jednak w tym partycypować finansowo, gdyż nie byłoby to do pogodzenia z konstytucyjną zasadą laickości państwa.

Z kolei gminy muzułmańskie mają ograniczone możliwości samofinansowania. Nie posiadają statusu instytucji prawa publicznego, takiego, jaki mają dwa największe Kościoły chrześcijańskie oraz religijna wspólnota żydowska. Umożliwiłoby to pobór przez izby skarbowe podatku na rzecz gmin muzułmańskich w taki sam sposób, jak to się dzieje w wypadku wyznań o uznanym statusie. Wysokość daniny w zależności od landu waha się między 8 a 9 proc. podatku dochodowego.

– Nie rozumiem, dlaczego władze państwowe unikają dyskusji na temat zmiany statusu gmin muzułmańskich. Bez tego wszystko zostanie tak, jak jest – mówi „Rzeczpospolitej" Ali Kizylkaya, wiceprzewodniczący Millî Görü'ş, organizacji muzułmańskiej zarządzającej 450 meczetami w Niemczech, niekorzystającej przy tym ze wsparcia finansowego Turcji. Jednak niektóre landy, jak Hamburg, Brema oraz Dolna Saksonia, zawarły porozumienia z gminami muzułmańskimi, przyznając im określone prawa dotyczące np. nauki religii muzułmańskiej w szkołach, zarządu cmentarzami czy uznania świąt muzułmańskich za dni wolne od pracy. Budzi to wiele kontrowersji, zwłaszcza że stroną porozumień jest DITIB, a więc faktycznie niemiecka filia Diyanetu.

Przy tym stosunek niemieckiego społeczeństwa do islamu jest nacechowany rosnącą nieufnością. Z badań Fundacji Bertelsmanna wynika, że 51 proc. Niemców uznaje islam za zagrożenie, a 29 proc. za zjawisko wzbogacające społeczeństwo. Równocześnie 96 proc. muzułmanów uważa się za mocno związanych z Niemcami, a 37 proc. twierdzi, że doświadczyło dyskryminacji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA