fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Wielki konflikt w NATO. Polska była zakładnikiem

Adobe stock
Gra wewnątrz NATO zagrażała bezpieczeństwu Polski i państw bałtyckich. Dotyczący naszego regionu element konfliktu został zażegnany. Za jaką cenę? - Jak się dowiadujemy, USA mogły obiecać Turcji przesunięcie na jej teren części żołnierzy, którzy mają być wycofani z Niemiec.

Najważniejszymi uczestnikami tej gry są czołowe państwa sojuszu, Turcja i Francja, a toczy się ona między innymi o to, jakie stanowisko w sprawach wojen w pobliżu granic NATO zajmą Stany Zjednoczone. Polska i państwa bałtyckie były zakładnikami rozgrywki. Już nie są. Jak się okazało w tym tygodniu, Turcja nie blokuje już planów obronnych sojuszu dla naszych krajów.

SZANTAŻ TURCJI

Pod koniec zeszłego roku blokowała te plany na poziomie politycznym, na szczycie NATO w Londynie w grudniu 2019 z tego zrezygnowała. Ale raczej nieoczekiwanie wróciła do blokowania w tym roku na poziomie wojskowym (wymagana jest zaś akceptacja przez wszystkie państwa członkowskie na obu poziomach, politycznym i wojskowym).

Turcja stawiała warunek: uzna te plany dla krajów flanki wschodniej, jeżeli inni członkowie NATO uznają organizację Kurdów syryjskich YPG za terrorystyczną (Turcja uważa, że to filia PKK, organizacji tureckich Kurdów, a tę za terrorystyczną uznaje i wielu innych, z USA i UE na czele). Trudny warunek do przełknięcia przez opinię publiczną w wielu krajach Zachodu, bo organizacje syryjskich Kurdów i Kurdyjek są tam postrzegane jako główni pogromcy terrorystów-dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego.

CZY ZAPŁACILI KURDOWIE? RACZEJ NIE

Mało informacji wycieka z NATO na ten temat. We wtorek trochę wyciekło: Linas Linkevičius, minister spraw zagranicznych Litwy, czyli kraju bezpośrednio zainteresowanego, powiedział AFP, francuskiej agencji prasowej o znaczeniu międzynarodowym, że sprawa została rozwiązana i plany obronne zostały przyjęte. „Turcja działała konstruktywnie, mocno broniąc swoich interesów, jak zwykle czyni” - dodał Linkevičius. Ale żadnych detali nie podał, także w wypowiedzi dla litewskiej agencji BNS.

Spytałem szefa litewskiego MSZ, za jaką cenę Turcja zdecydowała się przestać wetować plany obronne dla Polski i państw bałtyckich? - Przykro mi, nie ujawniamy szczegółów. To tajne informacje - odpowiedział rp.pl minister Linkevičius poprzez komunikator.

Czy zatem Polska, Litwa i inni członkowie NATO uznali syryjskich Kurdów z YPG za terrorystów? Rp.pl nie udało się tego potwierdzić oficjalnie w żadnym źródle, nie tylko w Polsce. Rzeczniczka polskiego MSZ odpowiedziała mi dzisiaj, że ze względu na „niejawny charakter dokumentu, nie komentujemy publicznie ani jego treści, ani procesu uzgodnienia”.

Nawet nieoficjalnie jest z tym kłopot.

Ale wszystko na to wskazuje, że nie uznaliśmy organizacji syryjskich Kurdów za terrorystyczną. Wynika to też z kontekstu rozmów, które prowadziłem z moimi źródłami, w tym tureckimi. Tak sugerują również niektóre media zachodnie. 

KONCESJE ZE STRONY AMERYKANÓW

Co w takim razie mogłoby Turków przekonać do odstąpienia od weta planów obronnych tak ważnych dla Polski?

Przerzucenie części żołnierzy amerykańskich z Niemiec do Turcji - to jedna z możliwości, o której usłyszałem anonimowo ze źródeł z Brukseli. Prezydent Donald Trump nakazał w czerwcu wycofanie mniej więcej jednej czwartej wojsk stacjonujących nad Renem i wspomniał, że część trafi w inne regiony świata, my najbardziej interesowaliśmy się Polską, ale to nie byłby główny kierunek. Mimo determinacji amerykańskiego przywódcy do wycofania może nie dojść, więcej dowiemy się po listopadowych wyborach w USA.

Ankara groziła wetem chcąc uzyskać koncesje od Amerykanów, z którymi nie mogła się dogadać, zwłaszcza w sprawie wojny w północnej Syrii. USA na Bliskim Wschodzie dosyć często zresztą współpracują z tymi, których Turcy traktują jak wrogów, ale Kurdowie to przypadek szczególny, bo ich autonomia - czy nawet quasipaństwo - w północnej Syrii byłaby zalążkiem tego, co Ankara uważa za egzystencjalne, trwałe zagrożenie: państwo kurdyjskie u swoich granic. 

Po języku, którego używają teraz Amerykanie do opisu wydarzeń na Bliskim Wschodzie, można próbować zrozumieć, co Turcja uzyskała. Parę godzin przed ujawnieniem przez litewskiego ministra, że weta już nie ma, odbyła się telekonferencja z amerykańskimi dyplomatami, w której się uczestniczyłem, a nawet przesłałem wcześniej pytanie w interesującej nas sprawie - ale nie padła odpowiedź. Padło tam natomiast stwierdzenie, że z Turcją „dobrze się [Amerykanom] współpracuje” w Syrii.

KWESTIA LIBIJSKA

Ważne dla Turków jest też to, jak USA oceniają wojnę w Libii - to ona jest bowiem w tej chwili największym powodem konfliktu wewnątrz sojuszu. Rozgrywa się on między Turcją właśnie, która popiera zbrojnie rząd w Trypolisie (uznawany przez ONZ), oraz Francją, której przypisuje się wspieranie próbującego obalić ten rząd generała Chalifę Haftara. Dzięki tureckiemu wsparciu Trypolis nie wpadł w ręce Haftara i losy wojny nagle zaczęły się odwracać.

W kwestii libijskiej Amerykanie długo zachowywali się dystans do walczących stron, ostatnio jednak najwyraźniej uznali jedną za mniejsze zło, tę wspartą, skutecznie, przez Ankarę. A w każdym razie dyplomacja amerykańska uznała, że to nie Turcy doprowadzili do eskalacji wojny w Libii - nie doszłoby do niej, gdyby nie wcześniejsza interwencja rosyjska po stronie gen. Haftara.

TURCJA „PODAJE SIĘ ZA CZŁONKA NATO”

Zupełnie inaczej sytuację ocenia Francja. Prezydent Emmanuel Macron w ostatnich dniach kilkakrotnie potępiał Turcję za jej działania w Libii, pojawiła się sugestia, że to działania przestępcze.

Francuski przywódca uznał w poniedziałek Turcję za państwo, które „podaje się za członka NATO”. Trudno o ostrzejsze słowa. Dwa dni później ze względu na narastający konflikt z Turcją Francja zawiesiła udział w natowskiej misji u wybrzeży Libii. Zdaniem Paryża w pierwszej połowie czerwca doszło do incydentu na Morzu Śródziemnym: tureckie okręty uniemożliwiły francuskiej korwecie skontrolowanie, czy podejrzany statek nie przewozi objętej embargiem broni.

Turcja i Francja to po USA najsilniejsi militarnie członkowie NATO, jeszcze tylko Wielka Brytania ma takie znaczenie. Emmanuel Macron mówiąc w sławnym listopadowym wywiadzie dla tygodnika „The Economist” o śmierci mózgowej NATO miał na myśli między innymi „kwestię turecką”: nieskoordynowane z sojusznikami „agresywne działania” jednego z członków paktu, Turcji, w kluczowym regionie.

„STARE KOLONIALNE” METODY FRANCJI

Oprócz Syrii i Libii oba kraje dzieli sprawa złóż surowców pod wschodnią częścią Morza Śródziemnego, które Turcy chcą wydobywać pod wodami o spornym statusie. Ankara odpowiedziała w tym tygodniu na ostre zarzuty Paryża: a wy próbujecie odtworzyć w Afryce Północnej „stare kolonialne” reguły.

W sprawie Libii Paryż ma jednak kłopot. Rząd w Trypolisie, któremu na ratunek przybyła Turcja, jest uznawany przez ONZ. Po drugie drugą stronę, gen. Haftara, wspiera Rosja - wróg NATO. (Haftar ma za sobą też Egipt i Zjednoczone Emiraty Arabskie). To nie jest najlepsze towarzystwo dla państwa o ambicjach przewodzenia części Zachodu. Jawnie po stronie rządu w Trypolisie stoi inne ważne zachodnie państwo - Włochy.

Dlatego Francja zapiera się, że wcale nie wspiera Haftara, lecz tylko zależy jej na pokojowym rozwiązaniu. Jednak prawie nikt w to nie wierzy. Łagodna wersja jest taka, że wspiera go francuski wywiad i resort obrony (plus ewentualnie koncerny), a dyplomacja i Pałac Elizejski zachowuje dystans. Haftar w trudnych chwilach odwiedza jednak swoich sojuszników - lata do Moskwy, Kairu. Także do Paryża. Był tam w marcu, gdy zaczęły się problemy ze zdobyciem Trypolisu. Gospodarze tytułowali go marszałkiem.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA