fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Irena Lasota: W USA przywrócono równowagę między Izbą Reprezentantów a Senatem

W lewo z demokratami czy w prawo z Trumpem? Drogowskaz do lokalu wyborczego w Phoenix, w stanie Arizona
AFP
Podniecenie przedwyborcze było ogromne i wszyscy oczekiwali niespodzianek. Ale gdy wieczorem w dniu głosowania ich nie było, nikt się specjalnie nie dziwił. Najdziwniejsze było właśnie to wcześniejsze podniecenie, kampania wyborcza, jej język i towarzyszące jej zdarzenia.

Gdy piszę te słowa w nocy z wtorku na środę, głosy nie są jeszcze policzone do końca, ale wiadomo już, że demokraci będą mieli większość w Izbie Reprezentantów, a republikanie zatrzymają większość w Senacie. Prezydent Trump ogłosił już zwycięstwo, ale to samo zrobili demokraci.

Wynik wyborów wskazuje, że przywrócona będzie, w jakiejś mierze, równowaga między władzą ustawodawczą i wykonawczą. Jednym z ciekawszych wniosków z tego głosowania jest to, że gdyby oddane dziś głosy miały się, tak jak dwa lata temu, przełożyć na głosy elektorów – w wyborach prezydenckich wygrałby kandydat demokratów.

Zazwyczaj „midterms election" – czyli głosowaniom w połowie kadencji prezydenta, gdy wybiera się cała Izbę Reprezentantów (435 posłów), jedną trzecią (ze 100 senatorów) Senatu i wielu (z 50) gubernatorów – towarzyszy bardzo niska frekwencją i atmosfera nudy. Najczęściej wygrywa partia inna niż ta, z której wywodzi się prezydent, ale za prawdziwe wybory uchodzą te, w których co cztery lata wybiera się głowę państwa. Tym razem częściej się mówiło, że te wybory są referendum w sprawie Donalda Trumpa, jego polityki, słów i szerzej – jego stylu prezydentury.

Jest to ciekawe dla zażartych europejskich zwolenników czy przeciwników jednomandatowych okręgów wyborczych: każdy system wyborczy można w praktyce przekształcić w jego zaprzeczenie i zamiast na swego reprezentanta oddawać głos na partię czy na jej lidera. Wiele zależy od stylu, tradycji czy okoliczności.

Prezydentura Trumpa odbiega od klasycznej amerykańskiej. Dlatego też Partia Demokratyczna, która nie ma specjalnie spójnego programu, ani też popularnych przywódców, oparła swoją kampanią na „antytrumpizmie". Trump zaś swoją – na atakach wymierzonych w Partię Demokratyczną.

Demokraci za czasów Baracka Obamy wprowadzili w życie ustawę o opiece zdrowotnej. Trump próbował ją obalić. Aczkolwiek obecny Kongres jest mu w zasadzie posłuszny, jeden głos – nieżyjącego już senatora Johna McCaina – powstrzymał tę inicjatywę prezydenta. McCain, senator i jeden z przywódców Partii Republikańskiej, nie był specjalnym zwolennikiem ustawy Obamy, ale jak się okazało, był jeszcze mniej zwolennikiem Donalda Trumpa.

Mobilizacja głosujących jak na „wybory w połowie kadencji” była ogromna. Na zdjęciu głosowanie w Denver w Kolorado
AFP

Katalog amerykańskich rozbieżności

Można by przyjąć, że – jak się powszechnie uważa – kraj jest podzielony na zwolenników ustawy zdrowotnej, którzy również popierają Partię Demokratyczną, i jej przeciwników, którzy wolą republikanów i prezydenta Trumpa. Ale życie jest bardziej skomplikowane, a poglądy wyborców czasami bardzo dziwne. Ostatnie badania opinii publicznej pokazały, że około 60 proc. Amerykanów jest przeciwko Obamacare (tak się potocznie nazywa wspomnianą ustawę), ale i ponad 60 proc. popiera Affordable Care Act, czyli ustawę o dostępnej opiece. Problem polega na tym, że jest to ta sama ustawa, którą pod pierwszą nazwą wyszydza Trump, a pod drugą reklamują demokraci. Już na podstawie tego przykładu można wnioskować, że wyborcy kierowali się, czy kierują, bardziej ogólnymi niż szczegółowymi opiniami. Nie tylko w tej sprawie.

Prawie w każdej sprawie byli podzieleni nie tylko wedle swoich sympatii, ale też wedle tego, co uważali za fakt, a co za fikcję. Najważniejsze rozbieżności panowały i panują w następujących sprawach:

Czy Rosja miała wpływ na wybory w 2016 roku? Pośredni czy bezpośredni?

Czy Rosja, a właściwie Władimir Putin, sprzyjała wówczas kandydaturze Trumpa czy Hillary Clinton?

Czy Donald Trump poszedł na ustępstwa w stosunku do Putina, czy też, jak sam mówi, „prowadzi najbardziej antyrosyjską polityke w historii USA", chociaż, z drugiej strony bardzo kocha Putina?

Czy ma znaczenie, że kilka politycznie najbliższych Trumpowi osób siedzi w więzieniu i jest m.in. oskarżonymi o niewłaściwe kontakty z Rosjanami – wysłannikami Putina? Sprawą ewentualnych kontaktów Trumpa z Rosjanami zajmuje się prokurator specjalny Robert Mueller, którego prezydent obrzuca obelgami, oskarżeniami i którego chciałby się pozbyć. Mueller jest republikaninem, byłym szefem FBI i świetnym profesjonalistą. Już wcześniej jego działania były prowadzone z wielką dyskrecją, ale na kilka miesięcy przed wyborami zamilkł zupełnie. Dla obu stron było oczywiste, że jeśli republikanie utrzymają przewagę w Kongresie, Trumpowi uda się najprawdopodobniej usunąć Muellera, jeśli ją stracą, śledztwo może doprowadzić co najmniej do jakichś konkluzji.

– Czy Donald Trump jest rasistą i ksenofobem? Wiadomo, że te pojęcia, bardzo nieostre, są często nadużywane, co nie znaczy, że czasami nie są trafne. I w swojej kampanii prezydenckiej i po wyborach Trump wygłaszał poglądy, które wywołują w przyzwoitym (normalnym? porządnym?) człowieku co najmniej grymas niesmaku. Nie ma, moim zdaniem, sensu wgłębianie się w jego (czy jakiegokolwiek polityka) psychikę czy podświadomość, wystarczy zobaczyć, jakie reakcje jego słowa wywołują. Na pewno wiele jego słów nie wywoływało odruchów miłości bliźniego, przyjaźni czy tolerancji, z których Amerykanie są tak dumni, nawet jeśli nie są w tym doskonali.

Prezydent na swoich wiecach, gdzie przeważają jego entuzjaści, używa przezroczystego kodu. Nie mówi wprost, że Barack Obama nie urodził się w Stanach Zjednoczonych (co jest nieprawdą, ale o co Trump oskarżał go wielokrotnie), że jest muzułmaninem (co też jest nieprawdą, Obama jest chrześcijaninem), ale mówi „Barack – (bardzo długa przerwa) – H – (oklaski i śmiech) – Obama". Ma to mieć tę samą konotację, jak wtedy gdy polski publicysta Witold Gadowski mówi „Barack Hussein Obama", ale odbiór społeczny w Stanach jest bardziej krytyczny. Nietolerancja i rasizm występują w różnych formach, więc i po drugiej stronie słychać było głosy, że na przykład największym zagrożeniem ludzkości są biali mężczyźni, ale jednak Trump jest prezydentem i wedle wielu obowiązują go surowsze, a nie łagodniejsze normy.

– Czy demokraci chcą inwazji milionów nielegalnych imigrantów do USA? – jak twierdził Donald Trump. Czy on jest jedynym obrońcą granic państwowych i cywilizacji zachodniej czy chrześcijańskiej? Na przedwyborczych wiecach Trump mało mówił o sukcesach gospodarki. Z jednej strony słyszał argumenty, że dobra passa ekonomiczna jest długoterminowym efektem polityki prezydenta Obamy, z drugiej zaś twierdził, że mówienie o gospodarce jest nużące dla słuchaczy, których należy utrzymywać w podnieceniu. Mówił więc o karawanie idącej z Gwatemali i Hondurasu, zapowiadał, że rozstawi na granicy 15 tys. żołnierzy i każe im strzelać do (ewentualnie) rzucających kamienie ludzi. Zostawszy prezydentem wycofał się na razie z zapowiedzi strzelania – armia USA nie ma prawa strzelać na terytorium kraju, a i wojskowi dali odczuć, że rozkaz im się nie podoba. Karawana rzeczywiście jest w drodze, mniej liczna, niż opisuje ją Trump, ale przede wszystkim nie jest ona wynikiem polityki demokratów, skoro i za czasów Obamy nie wpuszczono i deportowano nielegalnych imigrantów. Mimo to jest ich w Stanach ponad 20 mln – co jest wynikiem nieudanej polityki, lub jej braku, obu partii politycznych. Ale przedstawianie się jako jedyny obrońca przed najazdem młodych, groźnych mężczyzn może oddziaływać na podświadomość, a nawet świadomość niektórych kobiet.

Boss musi porozmawiać

Nie wiadomo jeszcze – i może nie będzie nigdy dokładnie wiadomo, które elementy kampanii, które słowa albo obrazy wpłynęły na ten czy inny wybór. Już kilka miesięcy przed głosowaniem okazało się, że około 60 proc. potencjalnych wyborców było prawie równo rozdzielonych na stronników partii republikańskiej i demokratycznej i mieli już wyrobione zdanie więc niewiele mogło ich skłonić do zmiany. Cała energia poszła więc na przekonywanie, rekrutowanie i zastraszanie niezdecydowanych czy też obojętnych. Frekwencja okazała się być rekordowa i może mobilizacja wyborców utrzyma się jeszcze co najmniej przez dwa lata.

Największą niewiadomą jest teraz to, jak ułożą się stosunki prezydenta z Izbą Reprezentantów. Donald Trump nie miał do tej pory doświadczeń współpracy z kimkolwiek, kiedykolwiek. Zawsze był bossem, nigdy nie poddawał się kontroli, nienawidzi konkurencji i – co jest teraz bardzo ważne – nie ma doświadczenia w polityce, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wedle niektórych nie zna nawet, a na pewno nie rozumie, konstytucji amerykańskiej i pojęcia rozdziału władzy. Przez dwa lata prezydentury miał do czynienia z potulnym Kongresem, a ci, którzy się z nim nie zgadzali odeszli. Lub umarli.

Od 3 stycznia 2019 r. Donald Trump po raz pierwszy zetknie się z niezależną siłą, z którą będzie musiał się liczyć. Tu zaczną się niespodzianki.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA