Z politycznym romansem PO i Nowoczesnej jest bowiem tak, jak z Kubusiem Puchatkiem, który im bardziej zaglądał do norki Królika, tym bardziej Królika w środku nie było. To wypisz wymaluj sytuacja relacji między Ryszardem Petru, Grzegorzem Schetyną i ich zaciężnymi armiami – im bardziej się jednoczą, tym bardziej są podzieleni.

Łatwo zrozumieć motywy, jakie kierowały Schetyną, który – w trakcie rozmów o jakiejś formie współpracy PO i Nowoczesnej w czasie wyborów samorządowych – postanowił zaskoczyć sojusznika, który jest jednocześnie rywalem, przejmując inicjatywę i ogłaszając kandydaturę Rafała Trzaskowskiego na prezydenta Warszawy.
 
Przewodniczący PO tym jednym posunięciem zyskuje sporo. Po pierwsze: stwarza warunki do tego, by jak najszybciej PO w Warszawie przestała mieć twarz Hanny Gronkiewicz-Waltz. Po drugie: trochę prowokuje PiS do wystawienia w stolicy Patryka Jakiego (w starciu z bardziej doświadczonym działaczem PiS – pokroju Stanisława Karczewskiego – PO na pewno będzie grała argumentem, że w odróżnieniu od rywala stawia na nowe pokolenie polityków). A Jaki – jak się wydaje – ma zbyt duży elektorat negatywny w stolicy, aby mieć szansę na wygraną. Po trzecie wreszcie – i to jest pewnie w rozgrywce Schetyny najważniejsze – pokazuje i Nowoczesnej, i elektoratowi obu partii, kto naprawdę rządzi po tej stronie sceny politycznej. Stawką tej rozgrywki jest więc przede wszystkim zagwarantowanie sobie honorowego tytułu lidera opozycji, który wprawdzie władzy nie da, ale pozwoli pozostać wpływowym politykiem w oczekiwaniu na lepsze czasy.
 
Ryszard Petru prowadzi zresztą tę samą grę, ale obecnie ma znacznie słabsze karty, więc próbuje podczepić swoją Nowoczesną pod PO, co miałoby uchronić jego partię przed bolesną porażką w wyborach samorządowych. Cel Petru najlepiej wyraża jego propozycja, by po zjednoczeniu Nowoczesna wystawiła kandydata na prezydenta w co trzecim większym mieście. Sam pomysł, by przy wyborze kandydatów kierować się ich partyjnymi legitymacjami pokazuje, że – wbrew górnolotnym deklaracjom – celem podstawowym nie jest zatrzymanie PiS, lecz wykrojenie dla siebie na tyle dużego kawałka tortu, aby móc spokojnie dotrwać do wyborów parlamentarnych.
 
Gra polityczna jaką toczy między sobą PO i Nowoczesna jest zatem zrozumiała – ale jednocześnie jest całkowicie niespójna z narracją o strasznym PiS, której trzymają się obie partie. Jeśli bowiem politycy obu ugrupowań rzeczywiście wierzą, że demokracja w Polsce jest zagrożona – to powinni ogłosić natychmiastowe zawieszenie broni. Po co bowiem bić się o lepsze miejsce w kolejce po tort – skoro PiS za chwilę zamknie cukiernię? Skoro zaś tego nie robią – to znaczy, że wygłaszane przez nich jeremiady o końcu demokracji i dyktaturze PiS są jedynie elementem politycznej retoryki – takim jak regularne ogłaszanie przez Antoniego Macierewicza zdobycia kolejnego, niezbitego już dowodu na to, że w Smoleńsku doszło do zamachu. To działa na pewną część elektoratu – ale większość wzrusza ramionami. Bo skoro jest tak  źle – to czemu jest tak dobrze, że można sobie pozwolić na pozycyjną wojnę z sojusznikiem w walce z PiS?
 
Rozgrywki po stronie liberalnej opozycji coraz bardziej przypominają sytuację na prawicy w latach 90-tych. Wtedy też politycy prawicy straszyli demonami: postkomunizmem, cywilizacją śmierci, krwiożerczymi liberałami – a jednocześnie najbardziej zacięte boje toczyli sami ze sobą.
 
Tymczasem trudno uwierzyć w grozę sytuacji, gdy do rangi najważniejszego problemu urasta dylemat: czy z przeciwnikiem ma walczyć Iksiński czy Igrekowski. Tak było wtedy, tak jest i dziś.