fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Towarzysze wkraczają do piekła

Fotorzepa
Talent to ja mam jak Słowacki, tylko nie mam nic do powiedzenia – mawiał Julian Tuwim i podpisać się pod tymi słowy chciałoby wielu. Ale na ten przykład inny Julian, Barnes, owszem – ma. Nie wiem co prawda, jak u tego absolwenta Oksfordu ze znajomością Słowackiego, ale z pewnością ma coś do powiedzenia. Tyle że prozą.

I choć zacząłem go czytać od „Zgiełku czasu", to jednak zatrzymałem się przy „Poczuciu kresu". „Wciąż czytam dużo książek historycznych i zawsze śledziłem historię, która rozgrywała się za mojego życia – upadek komunizmu, Thatcher, zamach z 11 września" – zaczyna Barnes, by zauważyć, że jakoś nie traktujemy tego z tą samą uwagą, jak to, o czym uczyliśmy się w podręcznikach. Tu się z nim z całą mocą nie zgodzę, bo nauczony przełomem 1989 roku w Polsce, co roku w czasach studenckich, czyli na początku lat 90., jeździłem do byłego Związku Sowieckiego właśnie dlatego, że na moich oczach rozpadało się jakieś imperium i chciałem być tego fascynującego wydarzenia świadkiem. Naprawdę tak wtedy o tym myślałem.

Ale świadomość wagi wydarzeń nie uchroniła mnie przed jednym. Tu znów wrócę do autora „Poczucia kresu", piszącego, że to paradoks, lecz „historia, która rozgrywa się pod naszym nosem i powinna odznaczać się największą jasno...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA