fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Polska zamknięta. Protesty zamiast dialogu

Plus Minus
Nagromadzenie radykalnych protestów to sygnał poważnego kryzysu komunikacji społecznej. Nie potrafimy już normalnie protestować, bo przestaliśmy umieć ze sobą rozmawiać. Zamiast dialogu mamy krzyk, a totalna wrogość tylko podgrzewa atmosferę.

Ostatnich 12 miesięcy to czas, w którym wydarzyło się wiele niezwykle symbolicznych protestów politycznych. Jeśli spojrzymy na nie równocześnie, dostrzeżemy, że są symptomem większego i niebezpiecznego zjawiska. Okupacja sejmowej mównicy przez posłów opozycji, wielotysięczne protesty na ulicach miast przeciwko reformie sądownictwa, głodówka młodych lekarzy walczących o lepsze warunki pracy w służbie zdrowia, dramatyczny akt samospalenia Piotra Szczęsnego przed Pałacem Kultury w proteście przeciw rządom PiS czy marsz ulicami stolicy 11 listopada, którego część uczestników – prócz tych, którzy przyszli cieszyć się z odzyskanej niemal sto lat temu niepodległości – wykrzykiwali swój gniew i nienawiść do innych narodów i ras – to wszystko erupcje jakiegoś głębszego społeczno-politycznego zjawiska.

Co się stało, że nie potrafimy już „normalnie" protestować? „Normalnie", bo przecież protesty od zawsze są elementem krajobrazu polskiego społeczeństwa. Również głodówki nie są niczym nowym w naszej rzeczywistości. Marsze z radykalnymi hasłami też się zdarzały. Z historii dalszej, ale też z czasów poprzednich rządów, znamy także przypadki samospalenia. Jednak nagromadzenie takich wydarzeń w ostatnich dniach może już wskazywać na poważną chorobę naszego życia publicznego. Czy nie jest tak, że ludzie uciekają się do radykalnych form zwrócenia uwagi na swój punkt widzenia, gdyż nie widzą innego sposobu wypowiedzenia swojego zdania? Czy tam, gdzie zawodzą inne metody społecznej komunikacji, gdy erozji uległa prawdziwa debata społeczna, pozostaje tylko chwytanie się metod radykalnych? Może nie potrafimy już normalnie protestować, bo przestaliśmy umieć ze sobą rozmawiać?

Kryzys liberalnej demokracji

Radykalizacja metod artykułowania swoich poglądów jest wyrazem frustracji. Wynika z niewiary w to, że system da się zmienić normalnymi metodami odwołującymi się do reguł liberalnej demokracji. Piotr Szczęsny podpalił się prawdopodobnie dlatego, że nie wierzył w to, by cokolwiek innego sprawiło, że jego postulaty polityczne zostaną zauważone. Młodzi lekarze zaryzykowali swoje życie, walcząc o poprawę warunków pracy w służbie zdrowia, dlatego że stracili wiarę w to, że normalnymi metodami – strajkiem, negocjacjami itp. – uda im się osiągnąć swoje cele. Narodowcy szli przez Warszawę, wznosząc pełne agresji hasła odwołujące się do ideologii rasistowskich, radykalnie nacjonalistycznych, antykomunistycznych czy antysemickich, ponieważ nie widzą innego sposobu artykulacji swoich postulatów. W ich wizji świata procesy degeneracji cywilizacji, kultury – ale też czystości rasy – zaszły tak daleko, że debaty i kluby dyskusyjne nie wystarczą. Uznali więc, że trzeba swoje zdanie wykrzyczeć na ulicy, trzeba zrobić wrażenie, dać namiastkę wspólnoty w wielotysięcznym marszu. Również wakacyjne protesty, podczas których tysiące młodych Polaków wyszły na ulice, były – podobnie jak Marsz Niepodległości – wielkim aktem niewiary w proces demokratyczny. Wszak przeciwnicy ustaw o sądownictwie uznali, że tylko masowe wystąpienie przeciw projektom PiS jest w stanie wpłynąć na bieg wydarzeń, że tradycyjnie kanalizujące polityczny protest ugrupowania opozycyjne nie są w stanie tego zrobić.

Mówimy o zjawisku, które nie jest jednak typowo polskie. Podobne problemy mają społeczeństwa wielu krajów rozwiniętych. To efekt kryzysu liberalnej demokracji, która od drugiej wojny światowej zdominowała Zachód, a po upadku żelaznej kurtyny miała nas zawieść do końca historii. W Polsce mogliśmy obserwować erozję tego modelu w przyspieszonym tempie, imitując pewne zachodnie metody rozstrzygania sporów zbiorowych, które nie zdążyły się jednak wystarczająco zakorzenić i popadły w kryzys, zanim weszły nam w krew. A wstrząsy polityczne, których intensyfikację obserwujemy w ciągu ostatniej dekady, tylko ten kryzys nasilają. Dlatego warto się zastanowić nad tym, co się stało ze społeczną komunikacją i w Polsce, i w zachodnich demokracjach liberalnych.

A miało być tak pięknie

Zauroczenie liberalną demokracją, w całym zachodnim świecie, wynikało z tego, że dawała ona obietnicę organizacji państwa i społeczeństwa, które ma zdolność do rozładowywania społecznych i politycznych napięć metodami pokojowymi. Wbudowane w niego wentyle bezpieczeństwa pozwalały rozwiązywać konflikty i równoważyć polityczne racje. W XIX wieku Alexis de Tocqueville jako jeden z warunków takiego funkcjonowania liberalnej demokracji uznał istnienie społeczeństwa obywatelskiego. Nie tylko chroni ono obywateli wolnych państw przed autorytarnymi zakusami władzy, ale też jest narzędziem, dzięki któremu mogą być artykułowane rozmaite problemy, interesy i napięcia. Na tym polegał sens zrzeszania się obywateli w stowarzyszenia, działania w samorządzie, włączania się w działalność partii politycznych. Miało to zapewnić społeczny spokój. Tocqueville – dziecko oświecenia – wierzył w wielką rolę prasy czy debaty publicznej, dzięki której różne myśli mogą się rozprzestrzeniać zarówno w różnych warstwach społecznych, jak i w różnych częściach kraju.

W XX wieku teoria liberalnej demokracji poszła dalej. Jej istotą okazała się – co opisał wybitny współczesny filozof niemiecki Jürgen Habermas – właśnie społeczna komunikacja odbywająca się dzięki sferze publicznej. Jak tłumaczył znawca myśli niemieckiego filozofa Alexandre Dupeyrix, tematy i problemy wędrują ze skraju debaty publicznej bliżej centrum, zaczynają się potem pojawiać w mediach, stają się częścią programów partii politycznych itd. Tak Habermas stworzył teorię demokracji deliberatywnej, która w największym uproszczeniu polegała na przedstawianiu różnych racji i argumentów. Choć Habermas zdawał sobie sprawę ze specyfiki konkretnych uwarunkowań historycznych, obyczajowych czy kulturowych, skonstruował model idealnej sytuacji komunikacyjnej, w której obywatele, wspólnie deliberując, dochodzą do prawdy.

W takim ujęciu kluczowym składnikiem demokracji liberalnej staje się parlamentaryzm, a więc system, w którym się rozmawia.

Nie bez znaczenia była tu przejęta od Kanta wiara w siłę ludzkiego rozumu. Według innego teoretyka liberalnej demokracji Johna Rawlsa rozum nie tylko umożliwia racjonalny dyskurs między obywatelami, siłami i stronnictwami, ale też daje nadzieję na budowę społeczeństwa sprawiedliwego i równego. Jeśli będziemy postępować racjonalnie – wierzył Rawls – i będziemy się kierować ogólnymi zasadami sprawiedliwości, wspólnie zbudujemy sprawiedliwe państwo – byleby każdy postępował w taki sposób, jakby mógł się znaleźć w najgorszym miejscu drabiny społecznej; to sprawi – według Rawlsa – że nie będzie prześladowań i pojawi się idealna równość.

Podobnie sprawę ujmował włoski teoretyk polityki Giovanni Sartori. Jak pisze specjalizująca się w problematyce styku demokracji i internetu dr Maria Nowina Konopka, Sartori „przekonuje, iż demokracja to »rządy przez dyskusję« – dyskusję o normach i faktach. W związku z powyższym »demokracja polega na ustanowieniu pewnego pactum societatis, to znaczy zbioru zasad regulujących współżycie obywateli (mających równe prawa)«". Jeśli dodamy do tego wiarę Francisa Fukuyamy w historyczny tryumf liberalnej demokracji na Zachodzie, mamy pełnię wizji skutecznej społecznej komunikacji, publicznego dyskursu jako warunku liberalnej demokracji.

Kres wiary w media

W ciągu ostatnich lat na tym obrazie zaczęły się pojawiać poważne rysy. Wielką rolę odegrała tu transformacja mediów. Pierwszą rewolucją – mniej więcej pod koniec lat 90. XX wieku – było powstanie całodobowych telewizji informacyjnych. Ich pojawienie się całkowicie zmieniło politykę, która – korzystając ze stałej obecności widowni – stała się permanentnym spektaklem. Newsem przestało już być to, że polityk przyszedł do studia. Newsem było, gdy powiedział coś ostrego (by użyć modnego sformułowania – gdy kogoś „zaorał" lub „zmasakrował"). Politycy i stacje informacyjne zaczęły mieć nowy, zresztą wspólny cel – utrzymanie uwagi opinii publicznej. Dla telewizji oznaczało to widownię, a więc pieniądze, dla polityków walutę najważniejszą – darmowy rozgłos. Im więcej było na żywo polityki, tym radykalniej trzeba było się zachowywać, by zwrócić na siebie uwagę. Nie wystarczały już zwykłe relacje – wszystko musiało być ekstremalne: sporty, wyzwania, wakacje, doświadczenia itp. Ten sam trend dotyczył polityki, sposobu jej przedstawiania, a w efekcie również prowadzenia.

W ten sposób duża część mediów, walcząc o uwagę odbiorców, zorientowała się, że najważniejszym towarem nie są wcale informacje czy wiadomości, ale emocje. Zestaw uporządkowanych emocji politycznych przekładał się zaś na wyrazistą tożsamość. Zamiast zajmować się podawaniem newsów, stacje informacyjne powoli zaczęły się przekształcać w programy quasi-religijne, które zaspokajały potrzeby tożsamościowe coraz bardziej spolaryzowanych grup wyborców. Tożsamość – polityczna, ideowa, kulturowa, a niekiedy konfesyjna – stała się towarem. Prawda przestała być istotna. Dyskusja, która wybuchła w ubiegłym roku po wyborach w USA na temat fake newsów, była tylko logiczną konsekwencją tej przemiany. Prawdziwość informacji pozostawała zupełnie wtórna wobec ich słuszności, która miała wzmacniać polityczną tożsamość.

Zjawisko to miało charakter sprzężenia zwrotnego. Nowina Konopka pisze: „Jak twierdzi Winfried Schulz (niemiecka specjalista od komunikacji politycznej – red.), osoby posiadające pewne poglądy szukają informacji w mediach poglądy te reprezentujące. Praktyka rywalizacji politycznej w czasie kampanii wyborczej o urząd prezydenta w Polsce w 2015 roku potwierdza empirycznie teorię Schulza. Wtedy to zwolennicy urzędującego podówczas Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego chętnie korzystali z telewizji i radia, gdyż te prezentowały głównie kandydaturę bliską ich poglądom. Osoby, których wizja światopoglądowa nie była reprezentowana w mediach mainstreamowych, szukały innych".

To zjawisko miało jeszcze jedną poważną konsekwencję – obniżenie wiarygodności mediów. Media kłamią, media manipulują – oczywiście poza tymi, które podają informacje, pasujące do mojego światopoglądu – to coraz częstsze podejście. W 2015 roku najpopularniejszym słowem w Niemczech stało się hasło „Luegenpresse" (kłamliwa prasa). Rok później w Polsce słowem roku został „fake news". To się nie wzięło z niczego.

Świat w komórce

Na to nałożyła się rewolucja technologiczna. Rozwój internetu, a przede wszystkim powstanie mediów społecznościowych jeszcze spotęgowały to zjawisko. By zdać sobie sprawę, jak świeże są to przemiany, przypomnijmy, że mający dziś 2 miliardy użytkowników Facebook powstał zaledwie 13 lat temu, a niezwykle istotny dla polityki Twitter (ulubione medium prezydenta Donalda Trumpa) raptem 11 lat temu. Media społecznościowe nie tylko zmieniły sposób, w jaki ludzie korzystają z innych mediów, ale też równocześnie przyczyniły się do bardzo głębokich zmian w sposobie uprawiania debaty publicznej.

W zamierzeniu media społecznościowe miały zwiększyć i zdemokratyzować uczestnictwo w debacie publicznej. Facebook mógł się stać wielką szansą na realizację snów Habermasa o deliberatywnym społeczeństwie, które poszukuje racjonalności w dyskusji. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zamiast większego pluralizmu debaty powstały bańki informacyjne, w których żyją użytkownicy mediów społecznościowych. Dziś dla setek milionów ludzi na całym świecie to Facebook – który uruchamiają tuż po przebudzeniu, korzystają z niego w drodze do pracy/szkoły, przeglądają w przerwie na obiad, śledzą, wracając do domu, i jeszcze sprawdzają przed pójściem spać – jest pierwszym medium, z którego dowiadują się o wydarzeniach politycznych, kulturalnych itp.

Owszem, znajdują tam linki do rozmaitych źródeł, ale istotne jest co innego. Wbrew możliwej ofercie dotarcia do pluralistycznych źródeł informacji i zróżnicowanych punktów widzenia praktyka jest zupełnie inna. Algorytmy wykorzystywane przez media społecznościowe pokazują nam najpierw te informacje, które najbardziej odpowiadają naszym preferencjom. Analizują to, co „lajkujemy" (czyli to, co uznajemy na Facebooku za ciekawe, zabawne, istotne), co lajkują ludzie, którzy są naszymi znajomymi, czyje wpisy najczęściej komentujemy. W efekcie widzimy przede wszystkim te treści, które utwierdzają nas w naszym punkcie widzenia. Co tylko uzasadnia przytoczoną wyżej tezę Schulza: szukamy tego, z czym się zgadzamy, i znajdujemy to, z czym się zgadzamy.

Jeśli więc jestem narodowcem i mam wśród znajomych na Facebooku sporo osób, które myślą tak jak ja, jest mało prawdopodobne, że poznam inny punkt widzenia. Media społecznościowe serwują mi to, co mi się będzie podobać, z czym będę się zgadzał, zamykając mnie w bańce z innymi osobami, myślącymi tak samo jak ja. Mało tego, mając nawet całkowicie skrajne poglądy, dzięki Facebookowi mogę znaleźć ludzi, którzy je podzielają. W normalnym życiu może zmieniłbym poglądy, widząc, że wśród znajomych nikt nie uważa, że Ziemia jest płaska, lub że atak na World Trade Center był operacją amerykańskich służb specjalnych. Ale dzięki internetowi łatwo znajdę osoby myślące podobnie.

Warto tu dodać, że ani Google, ani Facebook czy Twitter nie planowały stworzenia takich baniek. Pojawiły się one jako produkt uboczny personalizowania treści w sieci, którego celem miało być po prostu lepsze dostosowywanie wyświetlanych reklam do preferencji użytkowników internetu. Mając wiedzę o tym, na jakie strony wchodzimy, ile czasu na nich spędzamy, jakie filmy oglądamy, jakie artykuły przeglądamy, komu i za co dajemy lajki, jakie słowa kluczowe pojawiają się w naszych mejlach czy wiadomościach w internetowych komunikatorach, algorytmy miały tylko zapewnić reklamodawcom skuteczne dotarcie do klientów.

Mechanizm ten jednak okazał się mieć olbrzymi wpływ na kształtowanie się debaty publicznej w internecie, a właściwie na jej deformację. Bo rewolucja mediów społecznościowych zradykalizowała dyskurs publiczny. By przebić się w internetowej masie wpisów, trzeba naprawdę docisnąć pedał gazu. Napisać coś jeszcze bardziej radykalnego, jeszcze ostrzejszego, jeszcze bardziej obrazoburczego.

A że wraz z rozwojem technologii duża część dyskursu przeniosła się do internetu, habermasowską demokrację deliberatywną zastąpiły naparzanki na Twitterze. Ostatnie miesiące pokazują, że wrogowie Zachodu tylko na to czekali. Rosja, ingerując w internetowe dyskusje na tak różne tematy, jak brexit, niepodległość Katalonii czy śmierć czarnoskórych z rąk policji w USA, zyskali łatwe narzędzia wpływania na politykę dojrzałych demokracji. Ale to już osobny temat.

Polska nie zostaje w tyle

Równocześnie zachodziło wiele procesów społecznych, które wzmacniały te zjawiska. Kryzys gospodarczy uderzył w klasę średnią, która była zapleczem stabilności liberalnych demokracji. Kryzys migracyjny poważnie podważył poczucie bezpieczeństwa setek milionów Europejczyków, którzy przestawali się czuć u siebie jak u siebie. I coraz chętniej zerkali ku skrajnościom.

W Polsce nie jest inaczej. Na to nakładają się również inne zjawiska. Swojej funkcji nie spełniają klasy społeczne, które są źródłem komunikacji i artykulacji interesów poszczególnych grup. Wbrew pozorom również związki zawodowe nie stają na wysokości zadania – gdyby wszystkie organizacje poparły postulaty rezydentów, nie musieliby podejmować dramatycznej decyzji o rozpoczęciu protestu głodowego.

Dla naszego kraju duże znaczenie miały także wydarzenia z 2015 roku, które ujawniły siłę protestu i kontestacji dotychczasowej liberalno-demokratycznej wizji transformacji i modernizacji. Rok ten nie przyniósł wyłącznie zmiany władzy, ale był początkiem swego rodzaju rewolucji, dokonywanej w imieniu tych, którzy uważali, że ich głos, ich interes czy punkt widzenia był przez ostatnie ćwierć wieku rugowany, ośmieszany czy po prostu przemilczany. Ta rewolucja godności trwa do dziś, pożerając coraz to kolejne obszary życia, które PiS definiuje jako skamieliny III RP, co prowadzi do jeszcze większego rozhuśtania nastrojów. Ale ta rewolucja wcale nie odblokowała kanałów komunikacji społecznej w Polsce. Globalne zjawiska, które zmieniają oblicze zachodniej polityki, zbyt mocno odcisnęły już na niej swoje piętno.

To więc nie PiS jest odpowiedzialny za krach publicznej debaty i radykalizację przekazu. Jest to zjawisko dużo szersze. Choć trzeba przyznać, że nowa władza po 2015 roku miała istotny wkład we wzmocnienie zjawisk negatywnie odbijających się na komunikacji polityczno-społecznej. Jednym z nich jest zarządzanie przez konflikt społeczny. Chociaż PiS często przedstawia się jako ofiara agresji z innych stron – co niejednokrotnie jest prawdą – nie sposób nie zauważyć, że jedną z metod uprawiania polityki przez tę partię jest wywoływanie kolejnych kryzysów. Gdy już się wydaje, że sytuacja na jednym odcinku jest opanowana, natychmiast rozpoczyna się ofensywa na innym. Gdy sprawa sądów wydaje się zamknięta, wrzucona zostaje nowa ordynacja wyborcza. Gdy przestajemy na jakiś czas wojować z Francuzami, zaczynamy dopominać się reparacji od Niemców. Gdy temat przycichnie, eskalujemy napięcia z Ukraińcami, po to, by znów wrócić do wojennych reparacji. I tak dalej, i tak dalej. To zaś prowadzi do radykalizacji wyborców.

W dodatku PiS zaadoptował technikę, którą wcześniej wprowadziła Platforma Obywatelska. Chodzi o egzystencjalną wrogość panującą między rządzącymi a opozycją. Obie strony uważają się za totalnych wrogów, co oznacza, że nie istnieje żadne pole dialogu między nimi. Jeśli PiS to partia, która wprowadza autorytaryzm (według PO i Nowoczesnej), a z drugiej strony jeśli Platforma i Nowoczesna są przedstawiane (przez PiS) jako kolaboranci, zdrajcy narodu i Targowica w XXI wieku, nie ma punktów stycznych, nie ma wspólnego mianownika. Jest walka dobra ze złem, w której nikt nie bierze jeńców. Przeciwnik nie ma racji, bo jest zły, nie ma więc sensu z nim dyskutować, negocjować, słuchać jego argumentów.

Jeśli więc w kraju pojawia się jakiś protest, który wspiera opozycja, rządzący nie mogą go wysłuchać, tłumaczą, że to atak polityczny, atak na fundamenty polskości, bezpieczeństwo narodowe. Opozycja zaś, która zarzuca PiS łamanie konstytucji i niszczenie demokracji, nie może nagle zejść z wysokiego c i usiąść do rozmów nad rozwiązaniem jakiegoś problemu – na przykład co można wspólnie zrobić, by zmniejszyć smog w polskich miastach. Logika wojny totalnej wyklucza nie tylko jakąkolwiek współpracę, ale też społeczną komunikację. Jeśli podstawą rządzenia PiS jest rewolucja kadrowa, gdyż warunkiem „dobrej zmiany" ma być rządzenie przez „naszych", jakiekolwiek postulaty stawiane przez nie naszych, przez „nich", są z góry odrzucane.

Czy mechanizm sam się naprawi?

Nic więc dziwnego, że zwykli obywatele tracą wiarę w to, że ich argumenty mogą zostać wysłuchane, i gotowi są uciekać się do działań radykalnych. W samych protestach nie ma nic wyjątkowego – one były, są i będą elementem demokracji, są właśnie momentem intensyfikacji społecznej komunikacji. Sęk w tym, że jeśli jej kanały na trwałe staną się niedrożne, napięcie społeczne będzie rosnąć. Ta i każda kolejna władza zamykać się będzie na interesy i racje, by po jakimś czasie będzie przegrywać pod naporem buntu. Liberalna demokracja – przy wszystkich swoich poważnych wadach i ograniczeniach – ten bunt kanalizowała.

Kryzys liberalnej demokracji to też kryzys pewnego modelu komunikacji i pokojowego rozwiązywania napięć w społeczeństwie. Najważniejsze pytanie dziś brzmi: czy Zachód powróci do wiary w mechanizmy liberalnej demokracji czy też to nowe, które obserwujemy, otworzy nowe kanały komunikacji, w jakiś sposób wyjdzie poza obsługiwanie tożsamościowych grup. Ale dziś po prawej stronie – prócz niechęci do modelu demoliberalnego – nie widać odpowiedzi na to pytanie. To jednak wcale nie oznacza, że jej nie będzie.

Na koniec warto zacytować fragment orędzia Jana Pawła II na Nowy Rok z 1983 roku: „Uwzględniając interesy różnych grup, można doprowadzić do pokojowego porozumienia przez dialog, poprzez demokratyczne przestrzeganie wolności i wypełnianie obowiązków przez wszystkich, dzięki strukturom zapewniającym współuczestnictwo oraz dzięki wielorakim instytucjom rozjemczym w sporach pomiędzy pracodawcami a pracownikami, respektując i łącząc grupy kulturowe, etniczne i religijne, tworzące naród. W przypadkach, gdy dialog pomiędzy rządem a narodem przestaje niestety istnieć, pokój społeczny jest zagrożony lub nawet całkiem zanika; powstaje jakby stan wojny". Dziś grozi nam stan wojny nie tylko między rządem a narodem, ale wewnątrz tego narodu. Warto pamiętać o tej przestrodze papieża Polaka sprzed ponad trzech dekad, nim sami się pozabijamy. ©?

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA