fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Spodziewany zmierzch chińskiego marksizmu

AdobeStock
Jeśli ktoś sądzi, że wykorzenienie fundamentów tradycyjnych cywilizacji ze społeczeństw zżytych z nimi przez stulecia jest łatwe, polecam przykład chiński z jego drastycznością i symbolizmem zarazem. W Pekinie, przy Tiananmen, na głównej bramie Zakazanego Miasta, wisi gigantyczny portret Mao. Dla jednych to dowód triumfu zwycięskiego marksizmu, dla innych przejaw próby wkomponowania symbolu nowych wartości w długowieczną tradycję. W tej ostatniej interpretacji portret Mao na bramie pałacu to żadna nowa polityczna jakość, tylko ikonograficzny zabieg, mający wskazać na dominację nowej dynastii. Tak oto po Hanach, Tangach, Mingach i Mandżurach w siedzibie uświęconej władzy mamy nową komunistyczną dynastię i jej spadkobierców.

To oczywiście skrót, ale czyż w dzisiejszym świecie proste komunikaty się nie liczą? Inaczej sprawa wygląda z perspektywy doktrynalnej. Intensywne forsowanie marksizmu po zwycięstwie rewolucji w Chinach było postrzegane przez partyjne elity jako propagowanie nowego systemu organizacji społeczeństwa w momencie, gdy wydawało się, że świat poprzednich wartości się rozsypał. Tak to musiało zresztą wyglądać z perspektywy czasów.




Następujące po sobie klęski, koniec cesarstwa i liczne wojny, przynoszone przez Zachód agresywny kolonializm i modernizm, skorumpowanie nieudanego eksperymentu republikańskiego, a obok zwycięska rewolucja socjalistyczna, czyli skutecznie przeprowadzony zamach stanu bolszewików Lenina. Jego zwolennicy w Chinach postanowili powtórzyć ten sam scenariusz i zrobili to na tyle skutecznie, że przejęli władzę. Marksizm miał zastąpić zużytą i skorumpowaną doktrynę, którą przez wieki współtworzyły konfucjanizm, taoizm i buddyzm. Szczytem forsowania nowego projektu był tragiczny koniec lat 60. i początek 70., czyli okres tzw. rewolucji kulturalnej, czas największych dewastacji kultury i tkanki ludzkiej.

Szaleństwa epoki hunwejbinów jednak szybko minęły i od śmierci Mao mamy do czynienia z systematycznym „chłodzeniem" ideologii na rzecz racjonalnego pragmatyzmu. Dziś, 70 lat po sukcesie rewolucji, mamy coraz częstsze dowody na to, iż stary system nie umarł i jest na tyle witalny, że marksizm staje się coraz mniej potrzebny. Powoli dochodzi do głosu odradzająca się tradycja; konfucjanizm legitymuje zhierarchizowane społeczeństwo, stoi na straży obowiązku i moralności publicznej, taoizm gwarantuje stabilność i porządek społeczny, a buddyzm uczy pokory i potęguje przekaz moralny.

Na dłuższą metę marksizm wydaje się dla elit władzy wręcz niebezpieczny, bo jest doktryną buntu społecznego. Jego podstawowe kategorie: konflikt pomiędzy kapitalistą i robotnikiem, alienacja klasowa, zawłaszczanie pracy, można znakomicie odnieść do chińskiego kapitalizmu państwowego, a to może być groźne dla aktualnego systemu władzy i organizacji gospodarki. Czyż nie lepiej więc powrócić do systemów, które trzymały w karbach wielomilionowe społeczeństwo przez tysiące lat? Trudno mieć w tej sprawie wątpliwości. Dlatego spodziewam się, że chińska „czerwona" władza jeszcze za naszego życia dokona ostrej rewizji doktryny; kolor i ceremoniał pewnie pozostawi (z pobudek czysto pragmatycznych), ale kompletnie zredefiniuje politykę i aksjologię.

Cóż to oznaczać będzie dla świata? Zapewne niewiele, chińska autokracja nie upadnie, a stanie się jeszcze mocniejsza. Za to my otrzymamy dowód, że o tradycyjne fundamenty cywilizacji trzeba wyjątkowo dbać, bo zastąpienie ich – z nagła – nowymi jest nie tylko trudne do wyobrażenia, ale wręcz niemożliwe. Czyż to nie ważna lekcja dla Europy?

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA