fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Józef Tkaczuk wiecznie żywy

Na murach Woli (na zdjęciu) i w RPA: Tkaczuk Wszechobecny
Wikipedia
Józef Tkaczuk żyje i ma się dobrze, choć dzisiaj nie z pomocą farby, lecz wlepki, co i tak jest staromodnym rozwiązaniem w czasach, gdy karierę robią raczej internetowe memy.

Łza się zakręciła, bo wróciły czasy wczesnej młodości, kiedy nie było żadnych parkomatów i można było bezkarnie stawiać samochód, gdzie się chciało. To właśnie wtedy sławę zyskało hasło: „Tu byłem. Józef Tkaczuk". Kto zacz? W latach 80. pracował on jako woźny i stróż nocny w warszawskiej szkole podstawowej nr 15 na Saskiej Kępie. Był zwolennikiem sztywnego przestrzegania regulaminu szkolnego, co miał wynieść z doświadczeń w SB: bała się go nawet dyrekcja. Zwykł też wojować z uczniami: jak na przerwie nie można było biegać, to nie można było biegać i tyle, więc złapanych i winnych prowadził do dyrektorki szkoły. Rekwirował piłki, skoro gra także była zabroniona. I za byle co gonił z miotłą. W podzięce uczniowie nazwali go Turek (miał sumiaste wąsy i lśniącą łysinę), a w końcu na drzwiach pakamery napisali znamienną inskrypcję.

On się wściekł, więc oni tym bardziej malowali wymyślone hasło na szkolnych ścianach, w szatniach i toaletach. Potem z użyciem farb i węgla, a nawet gwoździ, nazwisko Tkaczuka utrwalano na domach, przystankach, murach, przejściach podziemnych i innych miejscach Warszawy. Z czasem wyjechało w świat: widziano je na wieży Eiffla i w paryskim metrze, na nowojorskiej ulicy i Statui Wolności, nawet na piramidach w Egipcie i w alpejskiej grocie na wysokości 4 tys. metrów. Na tkaczukowe graffiti natrafiono także na dworcu autobusowym w Kapsztadzie! Wydawnictwo Pascal zanotowało w swoim przewodniku: „Najdalej na południe wysunięty koniuszek Polski. Na słupku z godłem – oczywiście Józef Tkaczuk". Bohaterowi poświęcano teksty dziennikarskie i antropiologiczne prace naukowe.

Trzeba dodać, że hasło ewoluowało. Z początku było to „Józek Tkaczuk. Turek", występowało także jako „Józef Tkaczuk walczy", „Józef Tkaczuk Front" czy angielskie „Józef Tkaczuk superstar". Przed wyborami prezydenckimi pojawiły się graffiti „Józef Tkaczuk – prezydentem"; zresztą w czasie wyborów parlamentarnych w 1993 roku miał własne plakaty jako reprezentant fikcyjnej listy nr 68. Wszystkie mutacje uległy jednak tej jednej: „Tu byłem. Józef Tkaczuk", przy której czasem obok nazwiska domalowywano literę „R" w kółeczku jako „znak towarowy zastrzeżony". Nie ustrzegło to przed wykorzystaniem Tkaczuka w reklamie: przed dekadą wykorzystała go marka papierosów („Gdzie jest Józef Tkaczuk? Wyszedł po papierosy"), a rok temu operator GSM pokazał w filmie popiersie Józefa Tkaczuka.

* * *

Tkaczuk wciąż żyje i ma się dobrze, choć dzisiaj już nie z pomocą farby, lecz wlepki, co i tak jest dość staromodnym rozwiązaniem, bo zmieniły się czasy i formy wyrazu: dzisiaj karierę robią raczej e-hasła widoczne na ekranach komputerów, a nie murach i parkomatach. Tak było z „Winą Tuska", bo taki komentarz do każdej, nawet błahej sprawy, niekoniecznie związanej z polityką, stał się przebojem wirtualnego świata za czasów premierostwa pana Donalda. Polska reprezentacja przegrała mecz? Rada Polityki Pieniężnej nie zmniejszyła stóp procentowych? Będzie grzmiało i lało? Wina Tuska. Że komuś się nie podoba? Wina Tuska! Swoją drogą, tak nośnego hasła nie doczekał się żaden polityk, choć powszechnie kontestowanych było wielu, w tym przede wszystkim Jarosław Kaczyński. Co prawda czasy przełomu wypracowały zakrzyk „Balcerowicz musi odejść!", a za komuny popularne było również „Jaruzelski do Moskwy", ale powszechnej kariery na murach nie zrobiły. Politykę za PRL prezentowały „Telewizja kłamie", „Precz z komuną", o samej „Solidarności" nie mówiąc, ale one nie miały kontekstu personalnego.

– Hasło to taki worek na żale – tłumaczy antropolog Roch Sulima. Wedle profesora, który napisał książkę „Antropologia codzienności" o napisach z murów, dokonała się ich funkcjonalizacja. Za jego czasów pisało się „Więcej jazzu" albo „Dziwny jest ten świat", lecz poezję codzienności zabrała reklama, która zawładnęła potocznymi metaforami, więc po co powielać – za darmo! – znane slogany? Zostały zatem wymyślone frazy stanowiące „rodzaj plemiennego zachowania, słowny identyfikator". Zwykle oparte na echolalii, czyli bezwiednym powtarzaniu zasłyszanych słów przez kolejne osoby, przez co rozchodziły się samoczynnie. I nie zawsze wiadomo, z jakim pierwotnym sensem (lub bezsensem). Tak było właśnie z Tkaczukiem, ale także – przypomina profesor – w latach 50. z nauczycielem historii w warszawskim liceum Reytana, niejakim Ławnikiem, zagorzałym komunistą. Uczczono go wówczas skrótem ŁH, czyli „Ławnik ch...", który był potem powszechnie umieszczany na murach bez pierwotnego znaczenia.

Ciekawe, że identyczny błąd ortograficzny został zawarty w haśle „HWDP" (w rozwinięciu: „Ch... w d... policji"), które wciąż widać w wielu miejscach – wymalowane na klatkach schodowych i przystankach, koszulkach i bluzach specjalnej linii ubrań, a nawet... ciałach jako tatuaże – choć sława wyraźnie już przebrzmiała. Pomysłodawcą skrótu był Wilku, raper z Warszawy, który w ten sposób wyraził swoje uczucia żywione wobec policji – na wzór anglojęzycznego ACAB, czyli „All Cops Are Bastards". Petycję podchwycili potem inni przeciwnicy systemu i dalej samo poszło, choć policja starała się obrócić to w żart i podczas kampanii społecznej oznajmiła: „Hamujemy Wszelkie Działania Przestępcze" – na marne. Brzydkie słowo bez błędu pisał z kolei performer z Gdańska, który reklamową indoktrynację puentował na billboardach, dopisując: „I ch..." w pełnym brzmieniu. Akcja szybko rozrosła się poza przekaz reklamowy: napisy „I ch..." można było znaleźć przy tabliczkach urzędów, sklepach i murach.

* * *

W latach 90. tym samym tropem, co propagatorzy Tkaczuka, poszedł autor napisu „Tu byłem. Tony Halik", jednak w przypadku podróżnika – autora popularnego programu „Pieprz i wanilia", pokazującego zakamarki tego świata – nie brzmiało już tak absurdalnie jak wtedy, gdy dotyczyło to zwykłego woźnego. Na podobnej zasadzie wśród grotołazów funkcjonowało hasło „Byłem tu. M. Pulina", które widnieje w trudno dostępnych jaskiniach na całym świecie. To z kolei pamiątka po Marianie Pulinie, nieżyjącym już geografie z Wrocławia, profesorze Uniwersytetu Śląskiego i innych europejskich uczelni, który brał udział w licznych wyprawach naukowych. Sława osiągnięta przez te inskrypcje nie była jednak wielka, bo branżowa. A i tak warto pamiętać, że tego typy hasła to klisza zaczerpnięta z zagranicy, bo przecież nie tylko Polacy mają swoich bohaterów.

W Ameryce był nim James J. Kilroy. W czasie wojny pracował jako kontroler w stoczni w Bostonie, który liczył nity w okrętach. Kiedy okazało się, że robotnicy oszukują go, zaczął podpisywać się „Kilroy was here" („Kilroy tu był") przy policzonych nitach. Zwrot – dzięki usłużnym kolegom z wojska – wydostał się na świat: wydrapywano go wszędzie, gdzie się dało, podczas II wojny światowej, co ponoć wzbudziło nawet ciekawość Hitlera i Stalina, a także długo później. Kilroy również podróżował po świecie: był pod Łukiem Triumfalnym, na Mont Evereście, a także – głosi legenda – na Księżycu. Kiedy próbowano go odszukać, zgłosiło się 40 mężczyzn, ale o tym autentycznym świadczyli koledzy. W nagrodę za zdobytą popularność Kilroy dostał... tramwaj, który postawił w ogródku i oddał dzieciom do zabawy.

Ciekawe, czy i tam dotarł Józef Tkaczuk. Jeśli nie, zapewne to wina Tuska!

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA