fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

II RP czciła powstańców styczniowych

Schronisko dla weteranów powstania styczniowego w Krakowie. Jan Nożykowski, Józef Nowak, Walenty Będkowski, Tomasz Pawłowski i Karol Humowiecki, którzy ongiś poszli na Moskala z flintą, patrzą ze zdumieniem i nieufnością na świat, w którym zaroiło się od bolszewików, messerschmittów, aut, promieni Roentgena i plakatów z Mary Pickford
NAC
II Rzeczpospolita otoczyła weteranów powstania styczniowego fantastyczną, zwłaszcza jak na młode i ubogie państwo, opieką. W zamian mieli być wdzięczni, wierni i bez skazy.

Najłatwiej sporządzić zestawienie buchalteryjne wszystkich gestów i dobrodziejstw. Pięć albo sześć domów opieki (prócz Warszawy i Krakowa – Lwów, Wilno, Włocławek), dziesiątki przyznanych Krzyżów Walecznych i (nie przypadkiem zresztą restytuowanego w rocznicę wybuchu powstania) Virtuti Militari, a wreszcie utworzone w roku 1930 specjalnie z myślą o dekorowaniu weteranów Medal i Krzyż Niepodległości.

Emerytury wojskowe i honorowe stopnie oficerskie, surduty mundurowe z grubego śliwkowego sukna i letni wypoczynek w najlepszych ziemiańskich domach, herbatka u Marszałka i krówki w domu sierot. II Rzeczpospolita zadbała o swoich ojców założycieli – i omal nie zagłaskała ich na śmierć.

Stała za tym wola jednego człowieka – Józefa Piłsudskiego – i powszechna już niemal w tym czasie pamięć. Poczucie zaciągniętego zobowiązania i niewyrażona wprost, ale silna, potrzeba posiadania wspólnych dla całego społeczeństwa, nadających się do powszechnego uwielbienia bohaterów. Bojowcy 1905 roku byli zbyt bliscy, zbyt okopceni prochem i zbyt socjalistyczni. Legionistów zaczęto z czasem czcić bez umiaru – ale w roku 1918 pewnej części Polaków pozostawali obcy, jeśli nie wrodzy, a części znacznie większej – nieznani.

Reytan i Kościuszko zakrzepli na dobre w złoconych matejkowskich ramach. Ale byli jeszcze ci z partii leśnej – w Kongresówce żyjący pod nadzorem policyjnym, w Galicji – w kilku zrzeszeniach weteranów (już w 1869 roku zawiązała się we Lwowie Bratnia Pomoc Sybiraków), a najpełniej – w literaturze.

Dzieje opieki nad weteranami w II Rzeczypospolitej zaczynają się od rocznicowego rozkazu naczelnika państwa wydanego w 56. rocznicę branki, 21 stycznia 1919 roku. „Dla nas, żołnierzy wolnej Polski, powstańcy 1863 są i pozostaną ostatnimi żołnierzami Polski (...) Wydaję rozkaz zaliczenia ich do szeregów Wojska (...) i witam ich jako Ojców i Kolegów" – napisze w swoim stylu Piłsudski, przyznając ojcom i kolegom prawo noszenia munduru.

W ślad za tym rozkazem pójdą kolejne instrukcje, rozporządzenia, przepisy i ustawy, za sprawą których opiekę nad weteranami uznać można – obok kolei, COP, Gdyni czy szkolnictwa – za jedną z wizytówek II RP.

Herbatka i czamara

Historia munduru dobrze zresztą pokazuje, jak szczegółowo usiłowano sprawy weteranów od początku uporządkować, za nic mając trud Juliusza Kossaka, który już wiosną 1863 roku projektował kolejne „fezy i garibaldyjki". W przeddzień Bitwy Warszawskiej 1920 roku Ministerstwo Spraw Wojskowych wydaje „Przepis ubioru weteranów 1863 r.". „Lewy brzeg czamary [stroju podobnego do kontusza – red.] zachodzi na prawo od linii środka piersi na 6 cm w stanie, a 11 cm u góry, od stanu zaś ku dołowi ścięty ukośnie aż do 14 cm na brzegu dolnym" – pisał anonimowy niespełniony krawiec w randze majora.

W dwa lata później zlitowano się nad weteranami i archaiczną już czamarę zastąpiono surdutem („Z tyłu surdut powinien być rozcięty i posiadać w stanie 2 guziki mundurowe i 2 w zakładkach kieszeniowych, obrębionych wypustką karmazynową"). Niezmieniony pozostał za to orzeł na rogatywce – ze złoconymi cyframi „1863" i literą „W" (pierwszą literą słowa „weteran") wyróżniał się z daleka.

Jakie dystynkcje naszyć na granatowy surdut? Już w grudniu 1919 roku Sejm odrębną ustawą nadał wszystkim powstańcom szeregowym i podoficerom stopień „podporucznika Wojsk Polskich", oficerów zaś awansował na wyższy stopień. A na piersi – odznaczenia: 22 stycznia 1920 roku naczelnik państwa nadał Krzyż Srebrny Virtuti Militari aż 59 weteranom.

W półtora roku później na stokach Cytadeli, w miejscu i w rocznicę stracenia Romualda Traugutta z towarzyszami, Virtuti odznaczeni zostaną m.in. Benedykt Dybowski – żyjący jeszcze komisarz rządu na Litwie i Białorusi, i historyk Aleksander Kraushar. Dekorowano weteranów Restitutą, czyli Orderem Odrodzenia Polski, oraz Krzyżem Walecznych i po dziesiątkach głodnych lat przyznano im uposażenia: 2 sierpnia 1919 roku Sejm przyjął ustawę o „stałej pensji dla weteranów powstania 1831 i 1863". Wcale hojnej – 3000 marek rocznie nawet dla szeregowych.

W kolejnych latach sejmy zatroszczyły się również o weteranów Wiosny Ludów, o wdowy po powstańcach, o honorowe pierwszeństwo przy przyznawaniu stypendiów rządowych dzieciom – i może przede wszystkim nie zapominały o indeksacji. Budżetem to nie wstrząsnęło – według szacunków Antoniego Lenkiewicza w roku 1918 żyło jeszcze około 4,5 tysiąca weteranów, potem jednak ich liczba raptownie zmalała: w 1932 było ich około 400, u schyłku II RP – tylko 53.

Większość z nich była już w zbyt podeszłym wieku, by, nawet z rentą w kieszeni, zadbać o siebie. A kto spędził kilkanaście lat na katordze, zwykle nie miał jak założyć rodziny. Powstawały więc, pod auspicjami ministerstw i żywą protekcją Aleksandry Piłsudskiej, kolejne domy opieki oraz koordynujące pomoc towarzystwa opieki wzajemnej: już w 1921 roku zawiązało się najbardziej znane Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy Uczestników Powstania, w 1929 – Towarzystwo Przyjaciół Weteranów 1863 r.; zazdrośnie strzegło swojej autonomii Towarzystwo Weteranów Kresowych, a pomniejszych kół, straży i zrzeszeń doliczyć się można kilkunastu.

A kiedy już uregulowano kwestię sukna, zasiłków, orderów i kwater na cmentarzach – działalność ruszyła pełną parą. Do domów weteranów prowadzono maluchy z domów sierot i harcerzy, spieszyły tam panie z Przysposobienia Wojskowego Kobiet. Weterani przekazywali swoje sztandary gimnazjom i szkołom kadetów – ba, styczniowi bohaterowie stali się patronami aż pięciu pułków Wojska Polskiego, od piechociarzy w Lidzie (76. Lidzki PP im. Ludwika Narbutta) po ułanów z Wołynia (19. Pułk Ułanów Wołyńskich im. gen. Edmunda Różyckiego).

Weterani w surdutach maszerowali do teatru bądź przywożono im do domu opieki kinematograf, komisje lekarskie dbały o zakup ciepłej odzieży i wyjazdy na letniska do dworów; przede wszystkim zaś zadbano o uroczystości. Były spotkania, były rauty (na tym zorganizowanym „pod czynnym kierownictwem Pani Premierowej Bartlowej" zebrano aż 6 tys. zł dla Schroniska Weteranów na Pradze!).

Ale też, przede wszystkim, były rocznice. Najważniejsza – 70., w roku 1933, pod patronatem prezydenta Mościckiego i, naturalnie, Marszałka (w komitecie organizacyjnym utworzono aż sześć sekcji, w tym „pochodową" i „wystawową"), ale też poprzednie i kolejne: z mszą, coraz krótszą defiladą (ta w 1938 roku miała trwać „nie więcej jak 10 minut") i obowiązkową herbatką w Belwederze.

Entuzjaści teorii o „konstruowaniu tradycji" skłonni są twierdzić, że nie ma czegoś takiego jak „czysta" pamięć społeczna, że każdy właściwie kult czy obyczaj można stworzyć z niczego w pokolenie czy dwa, dodając mu w dodatku patynę dawności. To doktrynerska przesada, ale na pewno podniosła pamięć powstania styczniowego, a co za tym idzie – kult jego weteranów, pojawiła się nie od razu i dopiero za sprawą kilku wzajemnie oddziałujących na siebie czynników.

Przede wszystkim trzeba było jakoś oswoić, na poziomie doświadczenia indywidualnego i zbiorowego, straszliwą traumę, jaką była ostateczna już, jak się wydawało, klęska nadziei na niepodległość i wachlarz Murawjowowskich represji. Ci powstańcy, którzy uniknęli śmierci i kazamatów, nie mieli już wiele do powiedzenia w polityce, choć działali na swoją miarę: Zygmunt Miłkowski, szerzej znany jako Teodor Tomasz Jeż, zakładał na emigracji Skarb Narodowy, Agaton Giller snuł spiski w Paryżu i w Stanach, a Bronisław Szwarce bawił i uczył, jak umiał, młodego Ziuka Piłsudskiego na zesłaniu.

Musiało jednak dorosnąć nowe pokolenie – pisarzy szukających tematów i emocji oraz działaczy potrzebujących antenatów i autorytetów. Musiało minąć 25 lat, by Orzeszkowa wprowadziła do literatury motyw powstańczej mogiły – i ciekawe, że dopiero mniej więcej w tym czasie odnajdujemy pierwsze relacje o podobnej, na poły konspiracyjnej, trosce o groby i miejsca potyczek powstańczych w zaborze rosyjskim. Czy podjęto takie starania za sprawą „Nad Niemnem", czy po prostu chętniej zdradzano się z nimi, skoro zostały nobilitowane przez wysoką literaturę?

Blask pioruna, czarny katafalk

Nie sposób dzisiaj tego dojść: wiemy, że wtedy na serio podjęty został motyw oceny powstania, że rosnąć zaczął jego kult. Świetne tego świadectwo daje tyrada bohaterki „Nocy i dni" Barbary Niechcic, niespecjalnie na co dzień zainteresowanej historiozofią: „Wasze herby zaczynają się nie od jakichś tam wojen za Bolesława Krzywoustego, ale od tego, czyście byli w powstaniu, czy nie!" – wścieka się (jak zwykle) na Bogumiła, by po chwili zaatakować z jeszcze większym żarem: „Co lepsze u nas w kraju to wymarło, poginęło albo poszło na Sybir, a prawdziwym panem jest ten, kto był w powstaniu i stracił wszystko!". Dla pani Barbary oczywista jest ta nowa, dokonująca się na przekór wszystkim dotychczasowym hierarchiom, nobilitacja – która zresztą, dodajmy, pozwoli jej bodaj na chwilę uwolnić się od kompleksów...

Ćwierć wieku później do tradycji powstania odwoływać się już będą bez mała wszystkie, prócz endeków, nurty: Józef Piłsudski w roku 1912 publikuje, na podstawie swoich wykładów dla kadry Związku Strzeleckiego, broszurę o „Roku 1863", równocześnie zaś w galicyjskich kościołach organizowane są szczególne uroczystości: „Ciemnym styczniowym rankiem [w rzeszowskiej farze] odbywało się nabożeństwo poświęcone powstańcom. Czarny katafalk, przy nim srebrne orły i w piramidę ustawione muzealne giwery (...) W wyobraźni chłopców, w większości pochodzących z okolicznych wsi, wydarzenia powstańcze urastały do rangi dostojnego mitu, jakichś »dziadów« narodowych" – wspominał własne dzieciństwo jeden z nestorów filologii polskiej Julian Krzyżanowski.

Tyle że Piłsudski był w tym najbardziej konsekwentny: to on na zesłaniu i na wygnaniu zaczytywać się będzie we wszystkich ocalałych relacjach powstańczych, rekonstruując na ich podstawie zarówno etos, jak i taktykę walki leśnej, to on będzie ściągać do Zakopanego autora „Wiernej rzeki" na długie nocne Polaków rozmowy.

To jego ludzie, działacze lwowskiego Strzelca, zorganizują na chwilę przed wybuchem wojny, pod koniec czerwca 1914 roku, uroczysty pogrzeb ostatniego sekretarza Rządu Narodowego Józefa Kajetana Janowskiego, na którym Komendant wygłosi jedno ze swoich najwspanialszych, moich zdaniem, przemówień – także dlatego, że wolnych od taniej pociechy.

„Nie myśl, przyszły żołnierzu Polski, że twoja jutrzenka ma być pięknym i różowym zaraniem szczęścia – zwraca się do legionistów, którzy za sześć tygodni przejdą granicę pod Miechowem. – Twoja jutrzenka to blask pioruna na czarnej chmurze. Twój grób – bezimienny, być może. Znajdziesz go w lesie nieznanym lub na śmietnisku więziennym, jak przed pół wiekiem oni znajdowali: nasi świadkowie, którym ten, kogo dziś chowamy, przewodził".

Wuj Klemens i kłamcy

Znamienne jednak, że tak czczeni, otoczeni takim kultem, pozostawali jednak – za sprawą swego podeszłego wieku, ale też przyznanej im najwyższej, sakralizującej nieledwie roli – właściwie nieobecni, poza dyskursem, poza opowieścią o toczącym się życiu II RP. Dzisiejsza pamięć o weteranach powstania styczniowego odwołuje się do obiegowej prawdy o „powszechnym szacunku", w artykułach i opracowaniach powracają frazy o dzieciach całujących sędziwych starców w rękę, o ustępowaniu im miejsc, ale nawet na tym poziomie ogólności brak zazwyczaj odwołań do konkretnych wspomnień czy relacji, wspomina się o tym w trybie prawdy obiegowej i bezosobowej, niczym o „niespóźniających się przed wojną pociągach".

A przecież tak było naprawdę: pociągi się nie spóźniały (w każdym razie nie tak jak pod lizakiem minister Wasiak), a dzieci podziwiały powstańców. „Od małego dziecka uczono mnie zdejmować czapkę na widok weterana 1863 roku. Niektórych, jak Aleksandra Kraus- hara, Bolesława Limanowskiego czy Siehenia, znałem z widzenia. Kiedyś u znajomych matka pokazała mi dziewięćdziesięcioletniego starca ze wspaniałą, długą, siwą brodą i szepnęła do ucha: »Pamiętaj, synku, pan Rudomina-Dusiacki był w powstaniu dowódcą partii na Litwie«" – pisze Jan Nowak-Jeziorański na pierwszych stronach „Kuriera z Warszawy". Na prowincji było tak samo: „W Piotrkowie wszyscy znali pana [Walentego] Koleczkę i wszyscy mówili »Dzień dobry«. A on grzecznie każdemu się kłaniał" – wspomina Jerzy Rytych.

Tyle że były to najwyraźniej sytuacje tak skonwencjonalizowane, a zarazem tak podniosłe, że nie stały się – z kilkoma wyjątkami – ani przedmiotem wspomnień, ani tworzywem dla literatury. Na dziesiątkach zachowanych zdjęć, w zamierzeniu bezpretensjonalnych migawek z domu opieki czy spotkania z przedszkolakami, weterani wyglądają zawsze tak samo.

Siedzą sztywno w swoich krzesłach, snadź wystraszeni perspektywą znalezienia się na dagerotypie, wpatrzeni w obiektyw z obawą, którą zwykliśmy przypisywać włościanom (inna rzecz, że często są nimi z rodowodu, jak 91-letni w chwili, gdy opisano go w prasie, Kaliszek Antoni, pastuch z powiatu łukowskiego, co przyłączył się do oddziału, po czym dzielnie walczył pod Żyrzynem i Kockiem): z uderzająco staroświeckimi brodami, czasem w binoklach, czasem z rożkiem przy uchu, czasem z krzywo, jak Aleksander Uchnast, przyciętym wąsem. „Pałuby" – powiedziałby Irzykowski, my zaś możemy to ująć inaczej: nie orlęta, lecz puchacze Niepodległej.

Znamienne, że literatura dwudziestolecia, z kilkoma znamiennymi wyjątkami, w ogóle nie udźwignęła (czy próbowała?) wątku weterana. W pokoleniu świadków, a następnie pogrobowców, pisali o nich – z czcią na emigracji, półgębkiem pod cenzurą, czasem z ironiczną szarżą w Galicji – właściwie wszyscy: od Asnyka i Norwida przez Orzeszkową i Prusa po Sienkiewicza i – oczywiście – Żeromskiego. Kamienie litograficzne wycierały się od tłuczenia odbitek Grottgera, Jacek Malczewski próbował wszystkich możliwych trupich zieleni i nadfioletów, by odmalować śniegi Sybiru.

A w międzywojniu? Najodważniejsze, a przynajmniej najbardziej oryginalne, ujęcie motywu weterana, jakie przychodzi mi do głowy, to zapomniane trochę słowa młodego Jana Lechonia:

Z sześćdziesiątego roku siwym weteranem,
Kiedy w świetle się lampy blask dzienny rozpłynie
I głośniej cyka zegar w nakryciu swem szklanem,
Rozmawiać lubię czasem o szarej godzinie.

Ma dla mnie jakiś urok rozkosznie leniwy
Poduszek białych sterta na łóżku w izdebce,
Kot szary cicho mruczy lub mleko wychłepce,
Figurki z porcelany gadają mi dziwy.

Weteran mój powiada, że liczne brał rany,
Że w bitwie padł pod konia pokłuty lancami,
A wtenczas, jak mgłą, oczy zachodzą mu łzami;
Wiem, że w czasie tej bitwy spał w karczmie pijany.

I cieszę się, że jeśli w nim także się zbudzi
Nieufność dla tych cudów, co co dzień mu kłamię,
Pozwoli, bym mu łzy swe wypłakał na ramię,
A jutro znów w niezwykłych zabawim się ludzi.

Zasiądziem. Stół włóczkową przykryty serwetą,
Raz po raz cyka zegar w nakryciu swem szklanem.
I czujem się: staruszek – prawdziwym ułanem,
Ja, biedny, głupi kłamca – prawdziwym poetą.

Nietrudno zresztą dostrzec w tym wierszu zgrabną, kokieteryjną przewrotkę: autor zastrzega się wprawdzie, że jego przewagi poetyckie są równie fałszywe jak zasługi starca, jeśli jednak zważyć, jak zgrabnie nanizane są te strofy, i pamiętać, że opublikował je noszony na rękach skamandryta, to ho, ho – wygląda na to, że i staruszek mimo niechlujnej powierzchowności i słabości do kilku głębszych ma za sobą tak naprawdę niejedną szarżę!

Nawet jednak jeśli tak jest, można uznać strofy Lechonia za próbę podjęcia gry z nazbyt już ucukrowanym tematem. Obok niego, rzecz jasna, przywołana już powyżej Maria Dąbrowska. „Noce i dnie", ukazujące się w latach 30., to do dziś najbardziej ambitna próba ukazania w prozie rodowodów inteligencji polskiej przełomu wieków, a powstanie styczniowe przywoływane jest przecież w powieści stale jako wzorzec, przestroga, punkt wyjścia, formacyjny element biografii Bogumiła Niechcica i innych.

Mało tego: ważną, chociaż epizodyczną, postacią jest przecież u Dąbrowskiej wuj Klemens, krewny Bogumiła. Na wpół obłąkany od ciosu kozacką piką w czoło, sprawiający nie lada kłopot Barbarze starzec jest jedną z najpoważniejszych prób zmierzenia się z tragizmem i realiami losu weterana.

Ale kto prócz Lechonia i Dąbrowskiej pisał w II RP o weteranach i powstańcach? Nazwiska przywoływane przez pracowitych historyków literatury naprawdę niewiele dziś mówią nawet specjalistom: Piotr Choynowski, Tadeusz Łopalewski, Julian Wołoszynowski, autorzy niewznawianych powieści historycznych. Do tego garść laurek: na okładce „Pieśni dzieci polskich" Or-Ota do kolan staruszka w mundurowym surducie garną się dzieci. Speszeni i spłoszeni poeci obchodzili temat na palcach.

Nie napisali o weteranach nic autorzy tworzący w tonacji serio. Co prawda czas mierzenia się z tragedią i groteską starości nadejdzie dopiero po wojnie – odważy się na to Beckett, w Polsce – Różewicz, przejmujący esej napisze Ryszard Przybylski – ale dlaczego nikomu nie przemknęło bodaj przez myśl, jakim wyzwaniem musi być dla 80-latków postawienie ich w magnezjowym świetle lamp błyskowych i wtłoczenie w rolę, od której nie ma ucieczki?

Preferans wśród pająków

Do końca życia mieli już być wdzięczni, wierni i bez skazy. W każdy wtorek i piątek – dziatwa z przedszkola, w każdą środę – panie z PWK, zażywne kapitanowe w toczkach, zadające te same pytania o wnuki, których nie ma, w każdy czwartek – kinematograf. Czy naprawdę nikt nie zauważył, że jest to cienko omaszczona wersja domu starców, z całym jego bezbrzeżnym smutkiem?

W kilku kartkowanych przeze mnie broszurach powraca ten sam widok: czterech starców przy stole z kartami, upozowanych tak, że gdyby klisza była wyraźniejsza, policzyłbym im trefle, i podpis: „Przy preferansie" (Księga pamiątkowa „Żywe pomniki bohaterstwa – ostatni z 1863 roku", Warszawa 1934). Czy nikt nie zauważył, jak sytuacja ta bliska jest znanej (choć, nie da się ukryć, moskalskiej) wizji Swidrygajłowa ze „Zbrodni i kary": „Proszę sobie wyobrazić, że raptem zamiast tego wszystkiego będzie jedna izdebka, coś jak wiejska łaźnia, zakopcona – a we wszystkich kątach – pająki; i oto masz pan całą wieczność"?

Czas stanął dla nich, żeby już nigdy nie ruszyć, aż do chwili, kiedy dopadnie ich w końcu kamica nerkowa czy zapalenie płuc. „Nieinteresujący się już żadną grą z powodu swego bardzo podeszłego wieku 98-letni weteran Wojtkiewicz co wtorku zaczyna opowiadać swą niekończącą się epopeję sybirską" – pisze, siląc się na jowialność, Władysław Dunin-Wąsowicz.

Generał Antoni Szylling, sam już sędziwy, w pamiętnikach opublikowanych dopiero w 2007 roku postawi kropkę nad i, wspominając 100-letniego blisko porucznika Lisieckiego, weterana osiadłego przy koszarach w Modlinie: „Stale widywałem go na wszystkich uroczystościach oddziałowych. Był człowiekiem nieskomplikowanym: przy biesiadnym stole wygłaszał zawsze ten sam wierszyk z dalekiej przeszłości i nieźle golił, a ręka trzęsła się i błądziła po stole, póki nie chwyciła pełnego kielicha".

Mógłby ich może z tej niewoli wyzwolić okrutny żart: ale na żart nikt sobie nie pozwalał. Nie tylko figlarni skamandryci, facecjonista Fiszer czy wbijający cienkie ostrza Gombrowicz; nawet odważny i okrutny Witkacy, który nie oszczędzał nikogo, nie podniósł pióra na świętych starców.

Na imieninach marszałka Piłsudskiego obchodzonych w 70. rocznicę powstania, w roku 1933, grono 80-latków składa dziękczynny adres 66-letniemu, ale trawionemu już chorobą, nad wiek wyniszczonemu trudami życia, więc na oko rówieśnemu im mężczyźnie: „Każdy weteran pamięta dobrze, że mundur, który nosi, zawdzięcza Tobie – Panie Marszałku, który jesteś spadkobiercą naszej idei, a nam – Ojcem" – mówi prezes Stowarzyszenia Weteranów Franciszek Stankiewicz.

Czy nikt nie dostrzegł tkwiącego w tej sytuacji ładunku groteski, tego, że w scenie tej Ojczyzna staje się wymarzoną przez wielu Synczyzną?

Może i dostrzegł, ale zachował tę myśl dla siebie. „Subwersywna historia II Rzeczypospolitej" nie została jeszcze napisana i pytanie, czy kiedykolwiek uda się ją odtworzyć z pojedynczych ech. „Zmarł biedaczysko na ciężką cholerę/ wczoraj marszałek, dziś trup/ Nic mu nie pomógł wyjazd na Maderę/ dziś zimny kryje go grób" – potrafili wyśpiewywać na korytarzach wychowankowie endeckiego konwiktu księży marianów na warszawskich Bielanach w dwa dni po śmierci Piłsudskiego – czy to możliwe, żeby nikt ni razu nie zadrwił z puchaczy?

Na szczęście sami weterani powstania styczniowego potrafili – część przynajmniej – patrzeć na siebie z przymrużeniem oka i przywoływać również nieheroiczne fragmenty swoich biografii. Znamienne jednak, że czynili to niemal wyłącznie w kręgu rodzinnym lub w relacjach nieprzeznaczonych do publikacji, tłumacząc się przed przyszłym czytelnikiem z „szargania świętości". A przecież ile warte są choćby wspomnienia z zesłania Władysława Zapałowskiego, rewidenta Rządu Narodowego na województwo krakowskie!

Ot – obiad dla wypuszczonych z wagonów zesłańców na dworcu w Dyneburgu, podczas którego, gdy sobie podchmielono, „w jednej chwili stoły były rozebrane i wyrzucone, przygodna orkiestra, złożona z wygnańców, zajęła jeden kąt w sali, odezwały się siarczyste tony mazura i wszyscy młodzi puścili się w tany parami. Oryginalny to był mazur – aż do śmierci go nie zapomnę! Kilkadziesiąt par, samych mężczyzn – a ci, co zastępowali kobiety, poprzewiązywali rękawy surdutów białemi serwetkami. (...) Oficer prowadzący kilkakrotnie przychodził i tłumaczył, że czas jechać – wszystko na nic wobec rozbawionych i podnieconych trunkiem więźniów".

Rewident Zapałowski miał wyjątkowe oko do nieheroicznych szczegółów, czy opisywał więzienie etapowe w Koszarach Titowskich pod Moskwą, gdzie do zwyczajowych wieczornych rozrywek zesłańców należało przebieranie się za Cyganów lub niedźwiedników, czy swego woźnicę podczas podróży „etapem", który traktował przejazd przez zapadłe wsie jako świetną okazję do dodatkowego zarobku, błagając polskiego szlachcica i buntowszczyka, by ten zechciał pokazać się miejscowym jako niezwykłe kuriozum („mnie priedłagajut po kopiejeczce z ryła!") – ale relacji utrzymanych w podobnym tonie ratującej przed rozpaczą groteski zachowało się kilkanaście: przed kilku laty zestawiła je badaczka Agnieszka Bąbel.

Konwicki i Kaczmarski

W potocznej pamięci zbiorowej jednak – cisza. Biografista amator Marcin Marynicz opublikował kilka miesięcy temu oparte na solidnej podstawie źródłowej dociekania, z których wynikałoby, że jeden z najczęściej bodaj fotografowanych kombatantów Mamert Wandalli, niestrudzony uczestnik gimnazjalnych i harcerskich wieczornic, matuzalem, zmarły dopiero w okupowanej przez szkopów Warszawie, w dniach powstania liczył sobie siedem wiosen i najpewniej został brutalnie obity kijami przez kozacki patrol. Zobaczymy, co napiszą o nim historycy z cenzusem, gdy na kartach niezrównanego Polskiego Słownika Biograficznego przyjdzie czas na literę „W".

W literaturze wątek powstania styczniowego wrócił na serio dopiero w PRL. Dla jednych autorów – bo dystans stał się bezpieczniejszy i zdrowszy, nie paraliżowała już obecność „puchaczy Niepodległej". Innych popychała ku temu wątkowi nostalgia, jeszcze innych, przede wszystkim może Władysława Terleckiego – ezopowy płaszcz pozwalający w miarę otwarcie zmierzyć się z tematem przesłuchań, gry śledczych, zdrady. Na przełomie XX i XXI wieku o powstańcach styczniowych pisali, jak przed wiekiem, najwybitniejsi, od Rylskiego po Konwickiego, od Iwaszkiewicza (niezrównany „Heydenreich"!) po Jarosława Klejnockiego.

Pisali już bez podnóżka, bez paraliżującej estymy, ale ze świadomością, że to temat węzeł. Nie zadrwili z weteranów nawet najgorsi, płatni szydercy czasów stalinowskich. Być może to tylko moja podejrzliwość sprawia, że w świetnej, zjadliwej prozie poetyckiej Herberta o dziadziusiu („Był dobry. Kochał kanarki, dzieci i długie msze. Jadał ślazowe cukierki. Wszyscy mówili: dziadek ma złote serce. Aż raz to serce zaszło mgłą. Dziadek umarł. Porzucił to dobre, zatroskane ciało i stał się upiorem") doszukuję się próby odreagowania podniosłych akademii szkolnych w przedwojennym Lwowie.

Ale i tak zachowuję przekonanie, że sprawiedliwość weteranom – ich tragedii i ich samotności – zdołał w pełni oddać jeden tylko poeta: zapomniany dziś trochę Mieczysław Jastrun, którego wiersz „Dziady" większość zna za sprawą wykonujących jeszcze ten utwór wspólnie – ale nam się wydarzyło! – Przemysława Gintrowskiego, Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego:

Powracają z pooranym czołem
Z wyplutymi na gwiazdy zębami
Szyje zgięte Polarnym Kołem
W oczach mroźnej pustyni firmament

Niby dziadom białym wołopasom,
Długie rosną im brody śniegowe
Tak rozeszli się ze swoim czasem
Że stracili dawny wzrok i mowę

Proszą tylko o chleb i o wódkę
Zaszywają się w kąty mieszkania
Słychać gulgot i dziąseł mlaskania
Tak, historia długa, życie krótkie.

—współpraca Małgorzata Urbańska

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA