fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Rewolucja obyczajowa nie jest nieuchronna

Rzeczpospolita
Jesteśmy jednym z ostatnich miejsc świata Zachodu, w których udaje się powstrzymywać głębokie cywilizacyjne i moralne zmiany. Żeby ten status obronić, konieczna jest jednak racjonalna, a niekiedy zimna polityka.

To nie Zjednoczona Prawica, nie prezydent, nie Konfederacja czy Kaja Godek i nawet nie partia Razem do spółki z Margot rozpoczęły w Polsce ostry spór światopoglądowy. On jest w naszym kraju obecny od dawna i choć długo rozgrzewał raczej polityków i publicystów niż wyborców, to było pewne, że w końcu zapłonie na całego.

Nie trzeba było być prorokiem, żeby to przewidzieć. Wystarczyło uważnie obserwować to, co działo się poza Polską, w krajach, które długo uchodziły za bastiony konserwatyzmu i katolicyzmu. Irlandia i Malta już zostały mentalnie i kulturowo skolonizowane, tam wprowadzono już zarówno związki partnerskie osób tej samej płci, jak i adopcje dzieci przez pary homoseksualne, a także – to w Irlandii – zmieniono całkowicie zakazujące aborcji prawo. Proces rewolucyjnej zmiany zajął kilka, najwyżej kilkanaście lat, więc przebiegał błyskawicznie, a zmiany często wprowadzane były przez polityków uważanych za prawicowych.

Jeśli ktoś był przekonany, że do Polski ów proces nie dotrze, że przetestowane w procesie zmiany opinii publicznej rozwiązania nie zostaną zastosowane także w odniesieniu do naszego kraju, że zwolennicy globalnego liberalnego status quo dopuszczą do sytuacji, w której w centrum Europy znajduje się kraj kontestujący zmiany dokonujące się w jedynie słusznym kierunku, to musiał być naiwny. I teraz, także na skutek błędnych decyzji sztabu wyborczego Andrzeja Dudy, który sięgnął po spór obyczajowy, wkroczyliśmy w nową, już ostrą fazę konfliktu. Pierwsze świątynie są profanowane, agresja stała się narzędziem promowania obyczajowej zmiany, a Kościół – choć widać, że próbuje się opierać – jest wciągany w coraz ostrzejszą polityczną grę i zupełnie sobie z nią nie radzi, posługując się niekiedy anachronicznym, niezrozumiałym językiem i stylem argumentacji. Prawica zaś, choć ma w naszym kraju pełnię władzy, a w kwestiach obyczajowych wbrew pozorom znajduje zrozumienie także u wyborców opozycyjnych, zamiast prowadzić spójną, realistyczną politykę zaczyna uprawiać medialną partyzantkę, która niewiele lub zgoła nic nie zmienia, a za to rozwściecza ideowych adwersarzy i zwiększa ich determinację.

Barbarzyńcy u władzy

Prowadzanie dobrej, realistycznej polityki wymaga – to sprawa oczywista – trafnej diagnozy sytuacji. Nie chodzi o doraźne sugestie, badania statystyczne, ale o ocenę na płaszczyźnie zarówno politologicznej, jak i filozoficznej oraz religijnej. Kilkadziesiąt lat temu w swoim fundamentalnym dziele „Dziedzictwo cnoty" nawrócony na katolicyzm znakomity filozof Alasdair MacIntyre wskazywał, że znajdujemy się w sytuacji analogicznej do momentu upadku Imperium Rzymskiego, a ściślej najazdu barbarzyńców. Jest jednak niezwykle istotna różnica, „tym razem barbarzyńcy nie gromadzą się u naszych bram; oni od pewnego czasu sprawują nad nami władzę". I niekoniecznie są to politycy (wtedy sytuacja byłaby prostsza). Rzecz w tym, że obcy naszej tradycji i cywilizacji sposób myślenia o moralności, obowiązkach społecznych, zakorzenieniu czy wreszcie małżeństwie i człowieku stał się powszechny. Ogromna większość ludzi Zachodu, w tym Polaków, nawet jeśli nominalnie pozostaje jeszcze chrześcijanami, to myśli już i odczuwa w kategoriach postchrześcijańskich, a niekiedy nieświadomie antychrześcijańskich, a szerzej także antyklasycznych, obcych całej tradycji myślowej Zachodu.

Kluczowym elementem tej zmiany wcale nie jest moralność, ale coś o wiele bardziej fundamentalnego, a mianowicie koncepcja prawdy. Cywilizacja Zachodu oparta jest na kategorii Prawdy. Grecy czy Rzymianie mogli ją rozumieć inaczej niż Żydzi, chrześcijanie mogli się spierać o nią z neoplatonikami czy arystotelikami, ale obie strony były przekonane, że jakaś Prawda istnieje i że człowiek – mimo wielu problemów z tym związanych – może do niej dotrzeć, a gdy dotrze, to na niej powinien oprzeć swoje myślenie i działanie. Tego fundamentu jednak już nie ma. Prawda przestała mieć znaczenie w debacie publicznej, w polityce, a nawet w części filozofii. Ideałem są pragmatyzm, utylitaryzm, interes, sukces czy wreszcie najprostsze zaspokojenie emocji, ale nie prawda.

Kilkadziesiąt lat temu przestrzegał przed tym św. Jan Paweł II w encyklice „Centessimus annus". „Dziś zwykło się twierdzić, że filozofią i postawą odpowiadającą demokratycznym formom polityki są agnostycyzm i sceptyczny relatywizm, ci zaś, którzy żywią przekonanie, że znają prawdę, i zdecydowanie za nią idą, nie są, z demokratycznego punktu widzenia, godni zaufania, nie godzą się bowiem z tym, że o prawdzie decyduje większość, czy też, że prawda się zmienia w zależności od zmiennej równowagi politycznej. W związku z tym należy zauważyć, że w sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm" – wskazywał papież.

Kilka lat później w encyklice „Veritatis splendor" uzupełniał: „Po upadku w wielu krajach ideologii, które wiązały politykę z totalitarną wizją świata – przede wszystkim marksizmu – pojawia się dzisiaj nie mniej poważna groźba zanegowania podstawowych praw osoby ludzkiej i ponownego wchłonięcia przez politykę nawet potrzeb religijnych, zakorzenionych w sercu każdej ludzkiej istoty: jest to groźba sprzymierzenia się demokracji z relatywizmem etycznym, który pozbawia życie społeczności cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu, w sposób radykalny, zdolność rozpoznawania prawdy".

Współczesna debata – na co zwrócił uwagę w niezmiernie ważnym tekście o końcu katolickiego imaginarium Marcin Kędzierski z Klubu Jagiellońskiego – zawłaszczyła także język chrześcijański. Znaczenie kluczowych terminów tradycyjnej moralności zostało podmienione, tak by w niczym nie przypominały już one swoich pierwowzorów. I tak wolność znaczy obecnie samowolę, miłość emocje, a nie odpowiedzialność za drugą osobę, prawda to w najlepszym razie autentyzm i zgodność ze swoimi popędami itd., itp. Nie ma już miejsca w potocznej rozmowie na pytanie o najgłębsze cele jakiegoś działania, bo myślenie w kategoriach celowości zostało zastąpione samorealizacją, a i to na krótką metę. W efekcie nie ma już możliwości – przy zachowaniu współczesnego języka – zakomunikowania, dlaczego małżeństwo jest nierozerwalne, dlaczego każdy akt seksualny (także homoseksualny) poza małżeństwem jest grzechem, dlaczego tak antykoncepcja, jak i akty homoseksualne są z perspektywy teologicznej niedopuszczalne. Język skorelowany z systemem myślenia i rzeczywistością się rozpadł, przestał cokolwiek znaczyć, stał się skansenem.

Polska oaza

Opisane powyżej zjawiska dotykają Polskę w takim samym zakresie jak inne kraje. Jeśli zaś wciąż nie dokonały się u nas tak głębokie zmiany polityczne, jak w krajach zachodu Europy, to wynika to nie tyle z tego, że jesteśmy jakąś oazą naturalnego konserwatyzmu i tradycyjnego katolicyzmu na pustyni liberalnego rozpasania, ile ze specyfiki polskiej tradycji politycznej. I nie mówię o odległych historycznie czasach, ale ostatnim półwieczu. Otóż tak się składa, że polska lewica (zarówno ta postkomunistyczna, jak i postsolidarnościowa) była raczej umiarkowana w kwestiach obyczajowych, a także w stosunku do Kościoła i religii. SLD pielęgnowało wprawdzie wątki antyklerykalne, ale gdy przychodziło co do czego, świetnie dogadywało się z Kościołem, ustępowało i nie eskalowało światopoglądowych sporów. Lewica postsolidarnościowa, nawet gdy spierała się o kształt Kościoła, gdy snuła czarne wizje jego przyszłości, to i tak – idąc za Adamem Michnikiem – przyjmowała, że nie da się kształtować nowoczesnej Polski bez katolicyzmu i wiary.

Kościół zatem, nawet jeśli bywał przeciwnikiem, był jednak równocześnie sojusznikiem. Jeśli do tego dodać naturalny konserwatyzm sporej części środowisk prawniczych, czego najlepszym przykładem są wyroki Trybunału Konstytucyjnego (dwóch różnych jego składów) odrzucające aborcje z przyczyn społecznych i uznające klauzulę sumienia, a także liczne inne wzmacniające konserwatywne raczej status quo wyroki sądowe, to obraz polskiej sytuacji staje się pełny. To właśnie dlatego, a nie z powodu wielkiego znaczenia konserwatystów w naszej polityce, udało się zachować w miarę konserwatywny system prawny.

Trzeba mieć jednak świadomość, że jako państwo jesteśmy z takim myśleniem o aborcji czy małżeństwie w mniejszości w naszej przestrzeni kulturowej i politycznej. Zarówno konserwatyści, jak i lewica, a także większość opinii publicznej krajów Zachodu, uznają naszą postawę za anachroniczną, by nie powiedzieć wprost nieakceptowalną. I dotyczy to zarówno lidera brytyjskiej Partii Konserwatywnej Borisa Johnsona, ulubionego prezydenta polskich prawicowców Donalda Trumpa, jak i hiszpańskich oraz niemieckich chadeków, o holenderskich czy belgijskich nie wspominając. Polska w tym globalnym sporze wewnątrz cywilizacji zachodniej jest w mniejszości, a naprzeciwko niej stoją nie tylko wielkie państwa, ale także globalne korporacje.

Błędy Zjednoczonej Prawicy, wojna wypowiedziana środowisku prawniczemu, nieprzemyślane i mocno naginające prawo zmiany w Trybunale Konstytucyjnym i Sądzie Najwyższym sprawiły też, że trudno za gwaranta moralnego status quo uznać środowisko prawnicze, zrażone do linii prezentowanej przez obecną władzę. Kościół, który sam nie potrafi poradzić sobie z gigantycznym kryzysem wizerunkowym, a przede wszystkim moralnym, traci wiarygodność w sporach moralnych, a politycy, którzy za wszelką cenę (także za cenę prawdy) próbują bronić dobrego wizerunku instytucji, a niekiedy już tylko dobrego samopoczucia hierarchów, tylko przyspieszają ten proces. Brakuje nam jasnych gwarantów stopowania przemian obyczajowych. W takiej sytuacji wykorzystywanie kwestii światopoglądowych i moralnych w kampanii czy dla umacniania własnej pozycji jest zwyczajnie mało odpowiedzialne. Do trudnego starcia trzeba się przygotować, a nie wywoływać je pokrzykiwaniem, że nie oddamy nawet guzika od munduru.

Kilka sensownych ruchów

Diagnoza, którą przedstawiam, wcale nie jest wezwaniem do wywieszania białej flagi. Rewolucja obyczajowa, jak każda inna, nie jest nieuchronna, a determinizm dziejowy nie istnieje. Tyle tylko, że aby zatrzymać pewne procesy, trzeba realistycznej polityki, a nie partyzantki. Realizm oznacza jasne zarysowanie granic sporu, ustalenie odpowiedniego dla niego języka, a także odnalezienie mechanizmów prawnych, które mogą zatrzymać, a może odwrócić zmiany. W przypadku sporu, który w znaczącym stopniu toczy się w przestrzeni kultury, konieczne zaś jest jeszcze stosowanie licznych mechanizmów tzw. miękkiej siły, a także uzdrawianie sytuacji, które są skutecznie wykorzystywane do podminowania moralnego status quo.

Mechanizmem, który wywalił w powietrze „katolicką Irlandię", były skrywane przez lata skandale seksualne i związane z przemocą w Kościele. Duchowni i politycy przez lata uznawali je za ataki na katolicką Irlandię, ignorowali sygnały dotyczące homoseksualnych powiązań części duchownych, aż wreszcie wszystko wybuchło. Czy w Polsce może być inaczej? Czy u nas media długo będą tolerowały sytuację, w której jednym z kluczowych głosów potępiających LGBT+ jest biskup, którego seminarium zlikwidowano na polecenie Watykanu, bo on sam nie był w stanie zrobić porządku z jego rektorem nawiedzającym kluby gejowskie (a który, dodajmy, nadal jest kapłanem i wykładowcą)? Jak długo nie będą wychodzić informacje na temat innego hierarchy, który swoich kleryków wita słowami „moje drogie bąbelki"? Jak długo opinia publiczna, coraz bardziej zlaicyzowana, będzie tolerować tuszowanie – i to również przez instytucje państwowe – skali procederu systemowego ukrywania pewnych problemów?

Zatrzymanie procesu zmian wymaga także wytrwałej pracy prawnej. Lewica dzięki rozmaitym fundacjom, instytucjom ją wykonuje, po prawej stronie jest tylko Ordo Iuris, które samotnie próbuje przygotowywać analizy, projekty zmian prawa, wykorzystania nowych jego zapisów itd. Nie widać także szkoleń dla sędziów, prokuratorów, którzy mogliby poznawać konserwatywną (a może lepiej powiedzieć: tradycyjną) interpretację pewnych zapisów, brakuje badań naukowych przygotowujących młodych prawników do orzekania w sprawach, które niebawem się pojawią. To wymaga instytucji, w których trwałaby stała praca, a nie amatorskich zrywów. Trzeba jasnego zdiagnozowania, co jest obecnie najpilniejsze, jakie zmiany są do zaakceptowania i co jest rzeczywistym zagrożeniem.

Z tej perspektywy ograniczenie skali rozwodów wydaje się istotniejsze niż polemika z wciąż podejmowanym przez mniejszość postulatem adopcji dzieci przez pary gejowskie. To jednak trzeba zrobić dziś, a na walkę z tym drugim trzeba się przygotować na później. Nieustanne debatowanie o tym tylko oswaja ludzi z tematem. Eutanazja także nie jest w Polsce zagrożeniem, ale wydaje się, że aby jej uniknąć, trzeba zamykać eugeniczne furtki, a takie wciąż w polskim prawie istnieją, by przypomnieć tylko krytykowany także przez prof. Andrzeja Zolla wyjątek eugeniczny aborcji. Prawica, która tak jednoznacznie wypowiada się przeciw eutanazji i piętnuje eugenikę, już dawno powinna zmienić w tej kwestii prawo. Miałoby to także to znaczenie, że zamykałoby dyskusje na temat eugeniki dzieci już narodzonych. Tak się jednak nie dzieje, bo to wymaga decyzji, a nie tylko słów.

Istotne wydaje się trafne odnalezienie zapisów, które można zmienić, tak by nie były źródłem nierówności i nie stanowiły dyskryminacji. Tak jest z zapisem dotyczącym zmiany płci, która wymaga (w dużym uproszczeniu) wytoczenia procesu swoim rodzicom. I naprawdę nie trzeba być rewolucyjnym postępowcem, by uznać, że jeśli państwo rzeczywiście udostępnia taką możliwość swoim obywatelom, to nie powinno stawiać wymogu uderzającego w godność rodziny. Nie widać też powodu, by nie ułatwić pewnych kwestii życiowych osobom mieszkającym razem (bez wprowadzania do systemu prawnego związków partnerskich). Oczywiście można powiedzieć, nie bez racji, że to nigdy nie wystarczy stronie, która chce rewolucji obyczajowej, ale niewątpliwie rozwiąże realne niekiedy problemy.

I wreszcie kwestia ostatnia. Jeśli Polska chce przynajmniej zachować swoje własne stanowisko w świecie zachodnim, konieczna jest do tego współpraca międzynarodowa. Bez niej, bez szukania sojuszników – zarówno w regionie Międzymorza, jak i w pewnych kwestiach gdzie indziej – nie da się obronić własnych wartości. Historia rozliczy zaś polityków nie z tego, czy głośno krzyczeli, ale z tego, czy udało im się postawić tamę rewolucji obyczajowej. To zaś wymaga polityki, a nie partyzantki.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA