fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Strefy przyjazne dorosłym

Fotolia
Jak uwolnić się od towarzystwa dzieci – cudzych lub własnych.

Marcie nigdy nie przyszło do głowy, że mogłyby jej przeszkadzać dzieci. Sama wychowała troje i rozumiała, że maluchy czasem są głośne, czasem zmęczone, a czasem marudzą. Nigdy też nie przyszło jej do głowy, by na wakacyjny wyjazd wybierać te hotele, w których przyjmuje się wyłącznie dorosłych. Ale gdy kupowała wczasy na Kubie, zaproponowano jej właśnie taki hotel. – Jechałam sama z mężem, dlatego było nam wszystko jedno, czy można z dziećmi czy bez. Najważniejsza była niska cena – wspomina.

Okazało się, że to była świetna decyzja. – Wypoczęłam jak nigdy. W hotelu był spokój, nikt nie biegał wokół basenu i nie chlapał wodą – opowiada. Od tamtej pory zawsze wybiera na wakacje miejsca, do których dzieci nie mają wstępu.

Spokojna kawa na wzgórzu ciążowym

Dzieci i ryby głosu nie mają" – przez wiele lat najmłodsi uważani byli jeśli nie za intruzów, to za osoby, którymi za bardzo nie należy się przejmować. W czasach nam współczesnych sytuacja się zmieniła. Rodziny stawały się coraz mniej liczne, a statystycznie Polka rodziła zaledwie jedno dziecko. Siłą rzeczy stało się ono w pewnym momencie centrum rodzicielskiego wszechświata. Zwłaszcza, że bezstresowe wychowanie, a następnie tzw. rodzicielstwo bliskości (czyli podążanie za dziećmi) stały się dominującymi modelami wychowania.

W praktyce oznacza to, że dziecko dostaje sporo swobody, co ma mu ułatwić rozwój i uczyć samodzielności. Z drugiej strony ten pełny luz jest z pewnością męczący dla osób postronnych, dla których argument, że „to tylko dzieci" nie jest wystarczającym powodem do tego, by tolerować cudze dziecko nachalnie zaglądające do ich talerza, a także rodziców, którzy bez skrępowania zdejmują niemowlakowi pieluszkę, bo właśnie znalazła się w niej kupa.

Bo to, co dla rodziców jest naturalne, dla obcych może być ingerencją w ich własną tzw. strefę komfortu. Dlatego właśnie stopniowo pojawiają się miejsca, do których dzieci przyprowadzać nie wolno. Strefy przyjazne dorosłym.

Kiedy w 2010 r. właściciele berlińskiej Cafe Niesen zdecydowali się na udostępnienie salki tylko dla dorosłych, posypały się na nich gromy. – To wyraz wrogiego nastawienia do rodziny – komentował tę sprawę polityk liberalnej FDP Markus Loening i wzywał do bojkotu kawiarni. Z kolei socjaldemokratka Stefanie Winde oświadczyła, że pomysł właścicieli Cafe Niesen jest „nie do przyjęcia". Zwłaszcza że w Niemczech rodzi się coraz mniej dzieci, a rodzicielstwo należy promować.

Właściciele kawiarni przekonywali w mediach, że ich pomysł to odpowiedź na potrzeby niektórych klientów, którzy pragnęli „w spokoju wypić kawę, przeczytać gazetę i znaleźć stolik bez potrzeby pokonywania slalomu między dziecięcymi wózkami". Tym bardziej że kawiarnia położona jest w dzielnicy Prenzlauer Berg na wschodzie miasta. Od kilku lat okolica ta przeżywa prawdziwy „baby boom", a złośliwi przezwali ją nawet „Schwangerschaftsberg" (czyli „wzgórze ciążowe"). W tym rejonie o miejsce bez pełzających między stolikami bobasów było dość trudno.

I okazuje się, że ci, którzy wyobrazili sobie miejsca bez dzieci, mieli sporo racji. Pomysł chwycił i dziś już coraz łatwiej znaleźć miejsce, gdzie dziecko nie jest osobą mile widzianą. Na stronach internetowych poświęconych rodzicielstwu temat miejsc z zakazem wstępu dla dzieci zawsze wywołuje burzliwe dyskusje i święte oburzenie, że dziecko nie jest obywatelem drugiej kategorii. Sprawa wcale nie jest jednak tak oczywista. Bo ci, którzy są przeciwni obecności najmłodszych w hotelach czy kawiarniach, też swoje racje mają.

Bezdzietni twierdzą, że jako niemający potomstwa są dyskryminowani. W sieci można znaleźć blog Child Free Zone, którego autorka twierdzi, że są oni postrzegani jako skrajni egoiści, skupieni wyłącznie na sobie i na pracy. Przytaczane są w nim historie osób, które twierdzą, że miały kłopoty z powodu braku dziecka. To właśnie dla nich autorka gromadzi informacje o miejscach, gdzie mogą spędzić czas bez ryzyka kontaktu z małoletnimi. I bez poczucia, że nie mając dzieci, mają mniej praw niż rodzice.

I jak się okazuje, miejsc z przekreślonym na czerwono bobasem (to symbol Child Free Zone) jest coraz więcej. Najczęściej są to restauracje. Istnieją takie, do których w ogóle nie wpuszcza się dzieci, i takie, gdzie mogą być one np. do godziny 21. Ten ostatni sposób wykorzystują właściciele jednej z lokalnych restauracji w okolicach Brescii we Włoszech. Dzieci muszą ten lokal opuścić do godziny 21. Co na to Włosi? Jeden z tamtejszych dzienników przeprowadził sondaż. Aż 70 proc. ankietowanych poparło takie rozwiązanie. Działające na podobnych zasadach restauracje można też znaleźć w Londynie, Dubaju i w Nowym Jorku.

Strefy bez dzieci powstają także w liniach lotniczych. Air Asia na niektóre rejsy, na długich trasach w Azji, nie sprzedaje biletów dla osób poniżej 12. roku życia. Z kolei Singapure Airlines ma osobną strefę dla dzieci. By móc z niej korzystać, trzeba dopłacić do biletu 14 dolarów.Specjalne strefy powoli wprowadzane są także w pociągach dalekobieżnych.

Karmienie piersią, przewijanie...

Co jest złego w tym, że dziecko pojawia się w przestrzeni publicznej? Zwolennicy stref bez dzieci tłumaczą, że dzięki tym rozwiązaniom nie są przede wszystkim narażeni na piski, płacze i marudzenie znudzonych maluchów.

Problem angażuje czasem całą społeczność. Po fali skarg na hałasy dochodzące z berlińskich przedszkoli o sprawie wypowiedziała się rada miejska. Rajcowie uznali, że odgłosy dziecięcej zabawy, tzw. Kinderlaerm, nie mogą być podstawą starań o jakiekolwiek odszkodowanie.

W parze z krytyką dzieci idzie krytyka matki, która nadmiernie skoncentrowana na sobie, nie potrafi zająć dziecka tak, by nie przeszkadzało innym. W głośnym felietonie opublikowanym w „Wysokich Obcasach Extra" prof. Zbigniew Mikołejko zwraca uwagę na „matki wózkowe", które zbyt zajęte rozmową z koleżanką, puszczają swoje wrzeszczące dzieci na jego trawnik. Filozof podkreśla, że w ten sposób dziecko i matka odbierają mu prawo do spokoju.

Felieton profesora to nie jest odosobniony głos. Na osiedlach zamieszkanych przez starsze osoby wciąż pojawiają się zakazy gry w piłkę, bo towarzyszące jej odgłosy zakłócają ich zasłużony przecież odpoczynek.

Ale dzieci to problem także na nowych osiedlach, gdzie ich obecność powodować ma spadek wartości metra kwadratowego. Na jednym z osiedli warszawskiego Wilanowa zaplanowano w ubiegłym roku postawienie piaskownicy. „Sąsiedzie. Twoje mieszkanie straci na wartości. Dlaczego? Piaskownica równa się hałas i obcy pod oknem. Wybraliśmy ciche podwórko, spokojne miejsce bez obcych zaglądających nam w okna, a teraz inni chcą nam ten spokój zburzyć. Głosuj przeciwko!" – tej treści ogłoszenia pojawiły się w reakcji na te plany. Reakcje? Rozmaite. „Mnie raz postawili plac zabaw pod oknem. Wyprowadziłem się po 2 miesiącach. Co w tym śmiesznego, jak przez pół dnia (weekendy też, praca z domu to dramat) w lato przy otwartych oknach masz piski i wrzaski?" – napisał w internecie pod zdjęciem ogłoszenia jeden z użytkowników.

Inny komentarz: „Proponuję kupno domu obok cmentarza. Ciche towarzystwo za oknem gwarantowane".

Wrzaski i piski to jednak niejedyne „przestępstwa" najmłodszych. Co wrażliwszych drażni to, że dzieci się karmi. Komentarze na temat matek z „wywalonym cycem" pojawiają się w internecie regularnie. Najchętniej widziano by karmienie dzieci w toalecie, gdzie negliż i ewentualna kropla mleka tocząca się z dziecięcej buzi nie powodowałaby odruchów wymiotnych innych gości w restauracji. „Potrzeby fizjologiczne załatwia się w kiblu", „Nie chcę oglądać przekrwionego suta" – potrafią wytknąć internauci.

Sprawa wyproszenia karmiącej matki do toalety, do czego doszło w jednej z sopockich restauracji, znalazła swój finał w sądzie. Liwia Małkowska, matka sześciomiesięcznej dziewczynki, uznała, że zachowanie kelnera jest niedopuszczalne i złożyła pozew przeciwko właścicielowi lokalu. Gdański sąd orzekł jednak, że nie doszło tu do dyskryminacji.

Ale tam gdzie dziecko i jedzenie, pojawia się także kupa. W wielu miejscach są przewijaki i większość rodziców zmienia dzieciom pieluchę higienicznie, dyskretnie i w WC. Ale zdarza się, że szybko przewija się dziecko na kanapie w restauracji, co w swoim felietonie opisała jedna z dziennikarek „GW". Goście zmuszeni obserwować to znad talerza z kolacją mogli poczuć się niekomfortowo.

Z kolei w Bydgoszczy matka przewinęła dwuletnie dziecko na siedzeniu w autobusie podczas jazdy. Kierowca, który to zauważył, wyprosił kobietę z pojazdu i powiadomił policję. Zakład Komunikacji uznał, że zareagował przesadnie.

Sauna nie dla każdego

W naszym kraju także powoli tworzą się miejsca, do których nie wolno zabierać dzieci. Jest ich jednak mało i bardzo często informacje o tym, że najmłodsi nie mają czego w nich szukać, ukryte są w regulaminach na stronach internetowych.

Od trzech lat hotel Manor House SPA w Chlewiskach koło Szydłowca na Mazowszu jest obiektem wyłącznie dla dorosłych. – Wynikało to z potrzeby naszych klientów, jest coraz więcej rodzin bez dzieci, jak też osób dojrzałych, które już wychowały swoje potomstwo i same chcą wyjechać na wypoczynek – tłumaczy Dorota Tokarska, dyrektor ds. marketingu w tym hotelu.

Kobieta podkreśla, że zarówno właściciele i obsługa obiektu, jak i klienci lubią dzieci, ale są sytuacje, gdy goście chcą pobyć w strefie ciszy bez krzyków kilkulatków. – Gdy startowaliśmy z ofertą, spadła na nas fala krytyki ze strony mediów, ale goście to przyjęli bardzo dobrze – zauważa Tokarska.

Tak naprawdę dwa razy w roku, na Boże Narodzenie i Wielkanoc, można tu zabrać ze sobą dzieci. Ale gdy do obiektu przyjadą rodzice z dziećmi w okresie poza świętami, wtedy nie są przyjmowani. – Na szczęście to są incydentalne przypadki – zapewnia Tokarska. Obiekt poza świętami przyjmuje rodziców z dziećmi w wieku powyżej lat 12, traktowanymi jako dorosłe.

Ten hotel był prekursorem, w jego ślady poszły inne. – Niektóre próbowały organizować wybrane weekendy bez dzieci, ale to nie wychodziło – opowiada dyr. Tokarska. – Wiem, że podobne hotele jak nasz działają m.in. w Krynicy Górskiej i na Wybrzeżu. I pewnie takich miejsc będzie przybywać, bo jest na nie zapotrzebowanie – dodaje.

Na ogół o strefach tylko dla dorosłych nie mówi się wprost, lecz przemyca pewne ograniczenia dla najmłodszych. – Pojechałam kiedyś razem z dzieckiem do spa w Piwnicznej. Mieliśmy wykupiony pakiet zabiegów dla mamy i dziecka. Zarówno ja, jak i mój syn mieliśmy np. masaże – opowiada Iwona, mama kilkuletniego chłopca. – Nie mogłam jednak skorzystać z saun, bo jest to tzw. strefa nagości, gdzie dzieci nie mają wstępu. Nieletnim wolno korzystać z sauny w wyznaczonych godzinach. Nam one nie pasowały – opowiada kobieta.

Inne obiekty organizują np. weekendy bez dzieci. Wiele z nich poza wyznaczonymi dniami jest przyjaznych rodzinie.

Znacznie rzadziej spotyka się w Polsce restauracje tylko dla dorosłych. Właściciele w obawie przed krytyką nie wprowadzają takich zasad, choć subtelnie dają do zrozumienia, że niespecjalnie sobie życzą najmłodszych w lokalu. Dlatego też nie urządzają kącików zabaw, a w menu nie ma „pulpecików" i „zupki pomidorowej z kluseczkami".

Wyjątki od reguły oczywiście istnieją. W regulaminie rezerwacji restauracji Atelier Amaro należącej do znanego restauratora Wojciecha Modesta Amaro czytamy, że nie są przyjmowane rezerwacje dla osób z dziećmi poniżej 14. roku życia. – Taki zapis wprowadziliśmy około pięciu lat temu, pół roku po otwarciu, po mailach od klientów – opowiada Krzysztof Matej, pracownik Atelier. I tłumaczy, że restauracja ma w swoim menu pozycje nienadające się dla dzieci, jak tatar z sarniny czy inne potrawy z dziczyzny, a brakuje typowych potraw dla najmłodszych, takich jak spaghetti. Poza tym kolacje w Atelier trwają zwykle około trzech godzin, a dzieci nie są w stanie tak długo wytrzymać w spokoju. – Jeśli ktoś przyjdzie do nas z dzieckiem w wieku 13 lat, oczywiście zostanie obsłużony, bo nie jesteśmy apteką, nie zaglądamy do dokumentów – zastrzega Matej.

„Na dwie godzinki, musimy coś załatwić"

Miejsca bez dzieci wybierają nie tylko bezdzietni. Bardzo często to właśnie rodzice szukają sposobu na spędzenie czasu w sposób typowy dla dorosłych. Bo choć w Polsce wciąż pokutuje stereotyp matki Polki poświęcającej się dla potomstwa, w rzeczywistości współczesne matki mówią bez ogródek, że wychowanie to ciężka praca i niekiedy mają ochotę rzucić to wszystko, trzasnąć drzwiami i wyjść.

Dla przemęczonych rodziców powstają miejsca, w których można zostawić dziecko nawet na noc. Od dwóch lat w Gdańsku działa całodobowe prywatne przedszkole Little Harvard. Rodzice mogą w nim zostawić dziecko do późnych godzin wieczornych, a nawet w weekend. Każdy taki dyżur to wydatek rzędu 150 zł. – Ale z tej możliwości rodzice korzystają bardzo rzadko. Bywa, że przyprowadzają do nas syna czy córkę na wieczór, bo mają spotkanie służbowe, konferencję albo naradę – opowiada Marta Romanow, właścicielka przedszkola.

Zapotrzebowanie na dodatkową opiekę zdarza się kilkanaście razy w roku. – I raczej rodzice nie zostawiają u nas dziecka na noc, ale odbierają je późnym wieczorem, np. ok. 23 – mówi właścicielka Little Harvard. – Dziś wielu rodziców samotnie wychowuje dzieci albo mają współmałżonków w delegacjach, więc czasami takim rodzinom naprawdę trudno zorganizować opiekę na maluchem – dodaje.

Choć to przedszkole całodobowe, nie można zostawić w nim dziecka na kilka dni czy tydzień, tak jak psa w hotelu na zwierząt. – Na takie sytuacje absolutnie się nie godzimy – podkreśla właścicielka Little Harvard. Przyznaje, że słyszała o placówkach tygodniowych, gdzie można dziecko zostawić jak w internacie, ale jej taka działalność nie interesuje.

Z chęcią pozostawienia dziecka w przedszkolu na dłużej spotkała się natomiast dyrektorka przedszkola Lalkowo w Krakowie. W artykule w „Rzeczpospolitej", w którym pisaliśmy o całodobowych placówkach, mówiła tak: „To my oceniamy, czy rzeczywiście zachodzi potrzeba pozostawienia dziecka na noc, a zdarzały się sytuacje, gdy było to nadużywane. Najważniejsze jest dobro dziecka, dlatego czasem musieliśmy odmówić".

Dodaje, że rodzice mogą zostawić u nich dziecko na więcej niż jeden dzień. – Była taka sytuacja: konieczność wyjazdu służbowego rodziców, ale dziadkowie i ciocie na bieżąco były w kontakcie – mówi dyrektorka Lalkowa.

Podobnie jest z zakupami. W większości centrów handlowych są bawialnie dla dzieci, gdzie nieodpłatnie można zostawić dziecko na jakiś czas. Np. w Ikei do 90 minut. – Jeśli opiekunowie tak dobrze czują się na zakupach, że tracą poczucie czasu, zawiadamiamy ich telefonicznie i przypominamy, że pora odebrać pociechę – mówi Agata Czachórska, specjalista ds. komunikacji korporacyjnej Ikea Retail.

Czasem rodzice zostawiają dzieci w sklepowych kącikach zabaw na wiele godzin, traktując je niczym przechowalnie bagażu. Kilka lat temu głośnym echem na portalach i forach rodzicielskich odbił się list jednej z matek, która na takim placu zabaw zobaczyła kilkulatka leżącego na podłodze i wpatrującego się w sufit. Dziecko przebywało tam od siedmiu godzin. Nikt w tym czasie nie zmienił mu pieluchy ani nie dał jeść, a personel punktu nie mógł dodzwonić się do rodziców. – Okazuje się, że takich przypadków jest więcej. Rodzice zostawiają dziecko „na dwie godzinki, musimy coś załatwić", a zjawiają się po sześciu, ośmiu, gdy zamyka się centrum – pisała matka. Dodała, że rodzice celowo zostawiają zły numer telefonu, by nikt im głowy nie zawracał. – Przecież dziecku nic się nie stało – tłumaczą później.

W nieoficjalnych rozmowach opiekunki przyznają, że wśród dzieci, którymi się zajmują, jest też kilkoro stałych bywalców przyprowadzanych kilka razy w tygodniu zaraz po przedszkolu. W weekendy także, nawet do zamknięcia o 21. Zdarza się też, że w tzw. noc zakupów place zabaw są czynne dłużej. I wtedy również chętnych nie brakuje. ©?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA