fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zabierz Batmanowi maskę

materiały prasowe
Może i minął rok, ale niesmak jednak pozostał. Tym większy, im głębszy ćwierć wieku wcześniej ogarnął mnie zachwyt. Założę się, że nie ja jeden wpadłem w tę pułapkę, przecież w połowie lat 90. były nas na całym świecie miliony. Mieliśmy po kilka lat i rodzice musieli nam wcześniej wytłumaczyć, że kino to taki jakby ogromny telewizor, że kiedy zacznie się film, to zgaśnie światło, i żeby koniecznie nie zapomnieć o wcześniejszym skorzystaniu z toalety, bo potem może już być z tym ciężko. Że też żaden socjolog tego nie zbadał. Założę się, że musi istnieć coś takiego jak „pokolenie Simby", generacja ludzi wychowanych na „Królu Lwie". Ludzi, którzy latami na widok pędzącego stada antylop budzili się z krzykiem ze snu, dla których zdrada już zawsze będzie Skazą.

Za to specjaliści od marketingu tę akurat lekcję odrobili celująco. Dodali do siebie dwie liczby i wyszło im, że krąg życia wykonał już pełen obrót, innymi słowy – pokolenie Simby weszło w wiek Mufasy i może mieć już własne dzieci. I że pewnie będziemy chcieli przeżyć z nimi tę przygodę jeszcze raz. W grę wchodziło coś więcej niż nostalgia; jeżeli w popkulturze i poukładanym przez nią świecie może dojść do czegoś w rodzaju inicjacji, to czymś takim był właśnie ten film. Animowanym rytuałem przejścia.

Był, bo po dwudziestu pięciu latach stał się cyfrowo wyliniałym przypisem do historii kinowych efektów specjalnych. Niby nic się nie zmieniło, może i głos podłożyli inni aktorzy, ale przecież wypowiadali niemal dokładnie te same kwestie co ćwierć wieku temu. Śpiewali te same piosenki, opowieść toczyła się tym samym torem. Ale czy na pewno? Co z tego, że zdarzenia te same, skoro ich bohaterowie sprawiali wrażenie, jakby tylko byli w nie zamies...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA