fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Toskania, Herling i Durrell

Fotorzepa, Robert Gardziński
Powoli zaczynam rozumieć Herlinga, który mając możliwość dokonania każdego wyboru, wybrał Włochy. Przyjechał do Italii jako młody człowiek. Mógł wzorem Giedroycia wybrać Paryż w złudnej iluzji, że będzie współuczestniczył w nakręcaniu politycznego zegara, który odlicza minuta po minucie losy tego świata. Ale nie poszedł tą ścieżką.

Wybrał zielone, oszalałe od przyrody, bukoliczne Włochy, gdzie nigdy nic nie wydaje się do końca przemyślane, przepracowane ani dokończone. Gdzie fundamenty, fragmenty ścian, kawałki dachów domów są z różnej epoki. Gdzie romański cios ściga się z gotycką cegłą, a fragment rzymskiego portyku z epoki Antoniuszy staje się tylko fragmentem większego założenia architektonicznego późniejszej o 1,5 tysiąca lat renesansowej kompozycji. Gdzie kipiący od bogactwa włoski barok zderza się z kostropatym i wolnym od jakichkolwiek estetycznych ambicji, ciężkim jak wiejska stodoła frontonem XIII-wiecznego kościoła franciszkanów w Arezzo.

Pamiętam ostatnie spotkanie z Wielkim Pisarzem, niedługo przed jego śmiercią. Był pewnie ostatni raz w ojczyźnie. Siedzieliśmy we trzech z Michałem Komarem w kawiarni Muzeum Narodowego w Warszawie. Spytałem go, dlaczego Włochy, a nie Paryż czy Monachium. Odpowiedział, że Włochy to nasza druga ojczyzna i wszystko, co ważne, jest stąd. Na dodatek w losach tego kraju zapisana jest niebywała inteligencja, a każde miejsce, każdy zaułek, każda ruina niesie z sobą niezwykłe historie. Należy tylko je odnaleźć, otworzyć i zamachnąć się piórem. Historia popłynie sama...

„Czy czytał pan moją Wieżę?". Cóż miałem powiedzieć? Trafił mnie jak sztychem arcymistrza w samo serce. Gdybym miał w ręku filiżankę kawy, niewątpliwie wylałbym ją jak sztubak na pogniecione spodnie. Nie odpowiedziałem. Może dlatego, że znałem jego opowiadanie na pamięć.

Wspominam Herlinga, spoglądając na zielone, uginające się od ciężaru upału wzgórza Toskanii. W tym roku temperatura nie rozpieszcza ani turystów, ani mieszkańców lokalnych miast i wiosek. Czterdzieści kilka stopni, dzień w dzień. Liście winogron pod wpływem upału zwijają się jak płatki cynamonowej kory w zabawne tulejki.

Castello di Cennina na wzgórzu tuż nad nami aż drży od pulsującego rytmem, bijącego serca ziemi. Jak wszystko wokół jest echem rzymsko-etruskiej przeszłości. Pamięta czasy epoki, kiedy rządzili tu Tyrreńczycy. Stworzyli dojrzałą cywilizację, ale nie wytrzymali konfrontacji z Grekami. Potem pożarł ich rosnący z roku na rok jak tkanka rakowa organizm agresywnego Lacjum. Etruskowie byli przez jakiś czas jeszcze rzymskimi królami, ale początek twardej republiki liczy się od dnia obalenia ostatniego z nich, mitycznego Tarkwiniusza. Od tego czasu ich cywilizacja poddała się Rzymowi. Zastanawiam się, czy w Castello di Cennina, gdyby zajrzeć głęboko w genetykę kamieni, bylibyśmy w stanie zobaczyć przeszłość. Zakutych w żelazo legionistów, którzy przychodzą pod te mury, by nigdy nie odejść? Grubo obutych rzymskich kupców, którzy przybyli tu tylko po to, by zabrać lokalnych chłopców na klepiska aren przeznaczonych dla gladiatorów?

Czy coś ważnego wydarzyło się potem w murach Castello di Cennina? W 1167 roku piętrzący się 477 metrów nad poziomem morza zamek odnowił gibelin, hrabia Brandaglia Alberigo z Uguccione. Tylko po to, by natychmiast stał się miejscem pojedynku lokalnych potęg, Florencji i Sieny, dwóch miast, które niosły z sobą tradycje egoizmów mało ważnych i nic nieznaczących tyrreńskich miast. I jeszcze jeden konflikt, którego cień nigdy nie zostanie zatarty na tej kamienistej ziemi. Spór gwelfów i gibelinów, zwolenników cesarza i papieża, równie twardy jak ziemia toskańskich winnic. Armie obu zwaśnionych stron rozbijały mury zamku przez kolejne stulecia, łamiąc jego szańce, niszcząc kulami mury, gnębiąc mieszkańców.

Czyżby miało to trwać w nieskończoność? Nie, dziś pod zamkiem rozrasta się jak liście łopianu maleńka wioska, a w ruinach dawnej twierdzy mieszkają rodziny pasterzy. Każde z mieszkań ma osobny numer, a lokalni gospodarze są doskonale odporni na inwazję turystów. Oblepiony przez muchy usiadłem na kamiennych stopniach średniowiecznej studni. Nikt nie pomyślał, by zaproponować mi szklankę wody. Wyjąłem z kieszeni książkę. Drugi tom słynnego „Kwartetu aleksandryjskiego" Lawrence'a Durrella, jedynego z najważniejszych pisarzy angielskich XX wieku, który nigdy nie został nad Wisłą zauważony. Jakżeż inny jest Balthazar od Justyny, dręczycielki uczuć wszystkich swoich najbliższych. Jakże intelektualnie dojrzały. Jak ważny, jak podniosły. Ile w tym uroku, ale o tym innym razem.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA