Plus Minus

„Ant-Man i Osa”. Wtórne, ale jednak mistrzostwo

Courtesy of Marvel Studios
Kiedy dziesięć lat temu zadebiutował pierwszy „Iron Man", chyba nikt nie dostrzegał w nim zalążka najbardziej dochodowej franczyzy w historii kina. Dla wielu była to jedynie widowiskowa adaptacja popularnego komiksu, obsadzona gwiazdami i nakręcona bez niepotrzebnego zadęcia. Ale żeby od razu filmowa rewolucja? Maszynka do bicia finansowych rekordów? Cóż, podobno nawet w Hollywood nie spodziewano się tak wielkiego sukcesu.

Obecnie Marvel Cinematic Universe składa się z 20 filmów i opowiada o takich bohaterach jak Thor, Hulk, Czarna Pantera czy chociażby Strażnicy Galaktyki. Do tego dochodzą jeszcze liczne seriale poświęcone drugoplanowym postaciom uniwersum. Można więc śmiało założyć, że nastały złote czasy dla fanów komiksów. Ekranizacje wyśmiewanych niegdyś historyjek obrazkowych podbijają dziś światowe rankingi popularności i cieszą się estymą, o jakiej kiedyś mogły jedynie pomarzyć.

Ant-Man trzyma się na uboczu. Kto wie, być może z uwagi na swoje mikroskopijne rozmiary. Dzięki specjalnemu skafandrowi wynalezionemu przez Hanka Pyma potrafi skurczyć się do rozmiarów mrówki albo zamienić w giganta, który zawstydziłby posturą samego King Konga. Technologia umożliwia zresztą powiększanie i pomniejszanie dowolnych przedmiotów, w tym samochodów i całych budynków. Właśnie o jeden z nich – świetnie wyposażone laboratorium wielkości podręcznej walizki na kółkach – toczy się w „Ant-Man i Osa" rywalizacja.

Akcja filmu rozgrywa się przed wydarzeniami z ostatniej części „The Avengers", tuż zaś po filmie „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów". To opisane w nim wydarzenia w Berlinie spowodowały, że główny bohater stracił prawo do używania skafandra i całe dnie spędza w areszcie domowym, opiekując się ukochaną córką. Jednak Pym znów się z nim kontaktuje. Chce dotrzeć do swojej żony, od lat uwięzionej w wymiarze kwantowym. Ma już nawet sprzęt niezbędny do takiej wyprawy. Tyle że kradnie mu go – razem ze wspomnianym laboratorium – tajemnicza Ghost.

Kto widział wcześniejsze ekranizacje z tej serii, podczas projekcji „Ant-Man i Osa" poczuje się jak u siebie w domu. To produkcja nakręcona według klasycznego marvelowego schematu. Obraz bez wątpienia widowiskowy, świetnie zagrany i okraszony doskonałymi efektami specjalnymi. Niepozbawiony przy tym humoru i pomysłowych scen akcji. Trudno tu mówić jednak o jakimkolwiek zaskoczeniu. Czarny charakter jest aż do bólu sztampowy, pojawia się obowiązkowy drugoplanowy żartowniś, a w jednej ze scen miga Stan Lee, ojciec większości komiksowych bohaterów. Wtórność tej mieszanki może i przeszkadza, z drugiej strony jednak została ona przygotowana w sposób mistrzowski.

Atutem filmu – podobnie jak większości produkcji Marvela – jest znakomicie dobrana obsada aktorska. Paul Rudd w głównej roli jest wiarygodny. Przede wszystkim odpowiednio zdystansowany do swojej roli – nie popełnia błędów gwiazd konkurencyjnej serii DC Comics. Michael Douglas jako Hank Pym i Michelle Pfeiffer jako jego żona również błyszczą, z kolei Michael Pena w roli wygadanego współpracownika głównego bohatera autentycznie bawi.

Trudno też nie podziwiać twórców uniwersum za sprawność, z jaką łączą wątki z poszczególnych filmów i jak podsycają zainteresowanie fanów serią. Sekwencja umieszczona zaraz po napisach „Ant-Mana i Osy" może (ale oczywiście nie musi) zawierać podpowiedź, w jaki sposób bohaterowie „The Avengers: Wojna bez granic" poradzą sobie z Thanosem.

Efekt? Filmowe fora dyskusyjne tętnią dyskusjami, analizami i niekiedy wręcz kuriozalnymi domysłami. Ludzie tym żyją. I kiedy kolejny film trafi do kin, popędzą go zobaczyć. Co do tego nie mam wątpliwości. Marvel to dziś perfekcyjna maszynka do bicia finansowych rekordów. Jest się od kogo uczyć!

„Ant-Man i Osa" reż. Peyton Reed, dyst. Disney Polska

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL