fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tomasz Terlikowski: Wierność Kościołowi jest odwagą

Fotorzepa, Rafał Guz
Te trzy lata z Jezusem to był naprawdę dobry czas. Poznałem fajnych ludzi, chodziłem po wodzie, widziałem jak rozmnażano chleb. Ale teraz nadszedł czas na rozstanie. Uświadomiła mi to ta pani, która zapytała mnie, czy znam tego człowieka. Jasne, że nie znałem. To był znak, który uświadomił mi, że czas zacząć nowe życie. W szczerości i autentyczności, aby rzeczywiście się zrealizować".

Tak mógłby wyglądać wpis na Facebooku św. Piotra Apostoła tuż po jego trzykrotnym zaparciu się Pana. I od razu zebrałby tysiące lajków, gratulacji, uznania za zerwanie z hipokryzją itd. On jednak, co warto przypomnieć, zachował się inaczej. Najpierw gorzko zapłakał, potem uciekł – pewnie ze wstydu – w pracę, a wreszcie powrócił do Pana, trzykrotnie wyznał miłość, całe życie pokutował (według tradycji na jego twarzy wyżłobione były ślady od łez). Nie był bezgrzeszny, czasem stawał się hipokrytą, upadał nadal z porywczości, słabości, a czasem lęku. Ale wstawał i szedł dalej. Nie chwalił się tym, że upadł.

Taka refleksja naszła mnie po lekturze kilku tekstów o odchodzących kapłanach i komentarzy pod nimi. Oczywiście nie zabrakło tam słów niechęci czy zdziwienia, ale dominował nastrój zachwytu. Gratulacjom, wyrazom uznania za odwagę nie było końca, i to nawet gdy ksiądz postanowił oznajmić, że odchodzi do „Justyny", podczas mszy świętej. Nie, nie zamierzam oceniać tych kapłanów, każde odejście jest dramatem osobistym, i to niezależnie od tego, co się o nim opowiada. Nie wymaga także komentarza samo odejście, bo zawsze zdarzało się, że ludzie zawodzili i odchodzili. Naprawdę szokujące jest co innego – dominująca w uzasadnieniach odejść i wpisach pod nimi etyka autentyczności, emocji.

Według tej etyki najważniejsze jest to, czy czujemy, czy jesteśmy w tym, co robimy, autentyczni, czy postępujemy zgodnie z uczuciami, czy realizujemy to, co nam się wydaje. Jeśli tak, to zdaje nam się, że jesteśmy odważni, bo postępujemy zgodnie z naszymi emocjami, a nie z obiektywnym prawem moralnym, zadaniami naszego stanu czy zwykłą ludzką odpowiedzialnością i uczciwością. Problem polega tylko na tym, że naprawdę odwagą jest trwanie w powołaniu, gdy nie jest ono proste, gdy wali nam się na głowę świat, gdy instytucja jest do bani, a my właśnie się zakochaliśmy. I nie ma znaczenia, czy chodzi o celibat, małżeństwo czy samotność. Odwagą nie jest postępowanie zgodne emocjami, ale trwanie w wierności, a czasem powracanie do niej, gdy – co jest rzeczą ludzką – upadniemy.

Warto też przypomnieć, że Bóg nigdy nie powołuje nas do złamania przyjętych przed Nim zobowiązań. Jeśli przyjąłem sakrament małżeństwa lub kapłaństwa, to Bóg przez Kościół potwierdził Swoją wolą mój wybór i nie będzie mnie wzywał do jego złamania, do niewierności. Jeśli wydaje mi się, że jest inaczej to... wydaje mi się. I moje subiektywne uczucia muszę poddać obiektywnym zasadom nauczanym przez Kościół.

Zaskakuje mnie także kompletne odrzucenie krzyża przez część duchownych. I nie chodzi o teologię krzyża, o piękne słowa, ale o krzyż wpisany w każdy styl życia. Tak się składa, że to, iż celibat jest trudny dla dojrzałego mężczyzny, nie oznacza i nie powinno oznaczać usprawiedliwienia dla jego złamania. Dlaczego? Bo celibat jest i ma być krzyżem. Cierpienie bezżenności, pragnienie małżeństwa jest w niego wpisane. Jeśli kapłan nie odczuwa braku, nie cierpi, nie pragnie żony i dzieci, to żadna to rezygnacja, żadne poświęcenie. A psychologicznie, jeśli dojrzały mężczyzna nie doświadcza pragnienia małżeństwa i kobiety, to albo jest niedojrzały, albo homoseksualny. Obie rzeczy dyskwalifikują do kapłaństwa.

To prawdy absolutnie w Kościele podstawowe. I aż dziw, że nawet księża zdają się o nich zapominać. Taka jest miara kryzysu.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA