fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Peter Burgess: Przyszłością polityki jest zdolność zarządzania strachem

materiały prasowe
Pandemia osłabiła teorie i ideologie polityczne. Realizm, bo strachu przed niewidzialnym zagrożeniem nie da się kontrolować dzięki siłom zbrojnym. Idealizm, bo gdy wybuchła zaraza, system współpracy międzynarodowej okazał się całkowicie nieprzydatny, zabrakło współdziałania - mówi Peter Burgess, filozof i politolog.

Plus Minus: Po zabójstwie czarnoskórego George'a Floyda przez białego policjanta Ameryka stanęła w ogniu. Prezydent Trump zapowiedział, że użyje armii, aby spacyfikować protesty. Demokracja w Stanach jest zagrożona?

Jest, ale nie z tego powodu. Przyczyny są inne: podcinanie demokratycznych instytucji, rozpowszechnianie fake newsów, uderzenia w system wyborczy, w prawa obywatelskie, szczególnie przez działania prokuratury. Ale Ameryka nie jest tu odosobniona. Podobne zjawisko mamy w Polsce, na Węgrzech, w zachodniej Europie. To zresztą nie jest ryzyko, ale rzeczywistość, jakiej musimy stawiać czoła. Zarówno w Stanach, jak i w Unii demokracja jest dziś słabsza, niż była choćby w latach zimnej wojny.

Nagranie ostatnich chwil George'a Floyda jest drastyczne, ale nie mniej szokująca jest reakcja amerykańskiego społeczeństwa. Skąd bierze się taka frustracja?

Szokująca jest nie tylko reakcja w Ameryce, ale i na całym świecie. Ludzie wychodzą na ulice miast Europy, Azji, Afryki, aby protestować przeciwko temu zabójstwu. Tłumaczę to załamaniem przywództwa Stanów na świecie pod rządami Donalda Trumpa. Szlachetne przesłanie Ameryki zastąpiła pewna ujmująca wulgarność. Widoczna jest także jej niezdolność do przejęcia przywództwa w walce z pandemią i wycofanie się z udziału w międzynarodowych instytucjach.

Gdy zaś idzie o skalę protestów w samej Ameryce, to wpisują się one w długi ciąg manifestacji wywodzących się jeszcze z ruchu na rzecz praw obywatelskich w latach 60. Przez ten czas nie nastąpił jakiś szczególny postęp. Natomiast możliwość robienia nagrań przez telefon i ich rozpowszechniania przez internet wyeksponowała ten problem. Kiedy byłem młody, wybuchły protesty po ujawnieniu w 1991 r. pierwszego takiego nagrania z zatrzymania w Los Angeles przez policję i brutalnego pobicia Rodneya Kinga, również Afroamerykanina. Dziś, po blisko 30 latach, widzimy powtórkę tylko w dużo większej skali.

Czym tłumaczyć, że przez tyle dekad Ameryka nie jest w stanie posunąć się do przodu w przełamaniu problemów rasizmu?

Elementem wytłumaczenia jest to, że pewien kod językowy, powierzchowna grzeczność wobec przedstawicieli mniejszości etnicznych, która obowiązuje w Stanach, przesłania problemy, których korzenie sięgają bardzo głęboko. To widać było choćby w ubiegłym tygodniu na innym nagraniu z jednego z parków w Nowym Jorku, gdy biała kobieta dzwoni na policję i twierdzi, że czarnoskóry mężczyzna grozi jej śmiercią po tym, jak zwróciła mu uwagę, aby trzymał psa na smyczy w miejscu, które stanowi schronienie dla ptaków. Używała tego typowego, burżuazyjnego, poprawnego politycznie języka, mówiła o „Afroamerykaninie", zamiast mówić o „czarnym". Tego się uczy w szkołach. Ale czy to cokolwiek zmieniało? To taki plaster nałożony na otwartą ranę.

Czy można to porównać do czasów schyłku Związku Radzieckiego, gdy choćby w sprawach narodowościowych mówiono o „człowieku sowieckim", podczas gdy za tą fasadą byli Ukraińcy, Litwini czy Gruzini, którzy o niczym innym nie marzyli niż o własnym, narodowym państwie?

Myślę, że w ZSRR ten fałsz był jednak posunięty znacznie dalej. To widać po eksplozji wolności natychmiast po wycofaniu się Moskwy, w szczególności w Europie Środkowej. Amerykanie nigdy natomiast nie nauczyli się języka i wartości rasowej równości. Nie potrafią o tym mówić, nie wiedzą, co to naprawdę oznacza. Stąd bierze się przemoc, gdy upada polityczna poprawność.

Biali w Stanach stanowią już tylko 60 proc. społeczeństwa, a wśród młodzieży szkolnej tylko 45 proc. I ten wskaźnik szybko spada. Jak Ameryka sobie poradzi z tym problemem, gdy biali będą w mniejszości?

Nie chcę porównywać sytuacji Stanów z RPA, z Izraelem, ale nie tylko Ameryka staje wobec takiego problemu.

Przynajmniej od czasów Ronalda Reagana polaryzacja dochodów w Stanach szybko rośnie. W rękach 90 proc. Amerykanów jest już mniej niż jedna czwarta majątku kraju. Na to nakłada się dramat pandemii, przez którą pracę straciło 40 mln osób, wśród nich nieproporcjonalnie dużo Afroamerykanów. Do jakiego stopnia to napędza przemoc, jakiej jesteśmy świadkami?

Nierówności społeczne mają tu znaczenie fundamentalne, tym bardziej że koronawirus jeszcze mocniej je pogłębił. Pracę tracą przecież w pierwszej kolejności osoby na czasowych kontraktach, trudniące się często prostymi zajęciami w handlu, barach, transporcie. Dodatkowo wirus w szczególnym stopniu dotknął mniejszości narodowych, bo z powodu ubóstwa z jednej strony jest tu wiele osób z nieleczonymi chorobami przewlekłymi, a z drugiej takich, których nie stać na ubezpieczenia zdrowotne. Tak więc na ten tradycyjny rasizm nakłada się rasizm nowego typu, który segreguje Amerykanów w obliczu pandemii. Mamy więc sztorm dziesiątego stopnia w skali Beauforta.

Gorszy niż w latach 60., gdy kraj sparaliżowały manifestacje na rzecz praw Afroamerykanów? Wtedy Stany wyszły z tego doświadczenia obronną ręką, w latach 1964–1965 przyjęto ustawy o prawach obywatelskich i prawach wyborczych. Może tym razem będzie podobnie?

To są inicjatywy ustawodawcze, bardzo ważne. Jednak zabijanie czarnoskórych Amerykanów przez policję jest przecież sprzeczne z prawem. Dalsze rozwiązania ustawowe niewiele więc tu pomogą. Potrzebne są zmiany gospodarcze, kulturowe. Muszą one zmienić strukturalne problemy w policji, o których mówią niezliczone świadectwa czarnych, którzy obawiają się, że każdy kontakt z funkcjonariuszami skończy się prześladowaniami, może nawet śmiercią. Ale też zeznania pracowników służb porządkowych, którzy, jak widzą osoby wywodzące się z mniejszości etnicznych, uważają, że to one im zagrażają, boją się. To jest więc problem, którego rozwiązanie zajmie wiele lat. Musi zacząć się od inicjatywy prezydenta. Donald Trump powinien wystąpić z apelem, w którym powiedziałby, że to, co się przydarzyło George'owi Floydowi, jest niedopuszczalne i wymaga głębokiej przebudowy policji. Zamiast tego prezydent mówi: trzeba strzelać do protestujących! Chce rozbić pokojowe manifestacje, choć ich organizacja jest przecież gwarantowana przez konstytucję. Wybrał więc rolę twardziela, co tylko pogorszy sytuację.

Czy możliwa jest przebudowa Ameryki na wzór Europy, stworzenie państwa opiekuńczego, które po części zniweluje kontrasty w dochodach?

Nie, to nie jest możliwe. To byłoby z pewnością bardzo pożyteczne nie tylko dziś, ale też wtedy, gdy uderzył kryzys finansowy dziesięć lat temu. Jednak jest to głęboko sprzeczne z amerykańskim liberalizmem. Zbyt wielu Amerykanów uważa, że państwo jest ich wrogiem, że nic dla nich nie może zrobić, że muszą sobie radzić sami.

Do jakiego stopnia przyczyn obecnego kryzysu trzeba szukać w amerykańskim systemie edukacji? Przywołajmy tylko jeden fakt: 10 proc. najlepszych publicznych szkół podstawowych i średnich ma dziesięciokrotnie większe fundusze niż 10 proc. szkół najgorszych.

Różnice w poziomie nauczania są i w Europie. W Paryżu też poziom edukacji w szkole zależy od dzielnicy, w której ktoś mieszka. Podobnie jak skład etniczny uczniów, którzy do szkoły uczęszczają. Jednak w USA kontrasty są szczególnie głębokie, bo szkoły są finansowane z podatków lokalnych. A więc miasta biedne, ze słabym rozwojem gospodarczym, mają słabe szkoły, co utrwala to zacofanie. A bogate miasta czy nawet dzielnice mają dobre szkoły, co mnoży bogactwo. Mamy tu więc diabelskie sprzężenie zwrotne, to ogromny problem. W Europie zaangażowanie państwa w system edukacji jest znacznie większe.

Barack Obama nie zdołał przeforsować powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Czy kryzys społeczny, przez jaki teraz przechodzi Ameryka, nie jest rachunkiem i za to zaniechanie?

Ten rachunek jest szczególnie drastyczny, skoro blisko jedna czwarta ofiar śmiertelnych Covid-19 to Afroamerykanie, najczęściej bez ubezpieczenia zdrowotnego lub z niewystarczającym ubezpieczeniem. Muszę tu powtórzyć: Obama poniósł porażkę przede wszystkim z powodu alergicznej reakcji wielu Amerykanów na finansowane przez państwo usługi publiczne. To 80 proc. problemu. W czasie przyjęcia w Stanach nikt nie odważy się powiedzieć, że chciałby mieć powszechny, publiczny system opieki zdrowotnej, podczas gdy w Europie ludzie są z tego dumni. Wydaje mi się to całkowicie irracjonalne, nigdy nie usłyszałem sensownego argumentu, który by za tym przemawiał, poza może jednym: to daje możliwość wyboru lekarza.

Ale jest też 20 proc. problemu, który polega na tym, że amerykańska służba zdrowia jest najlepsza na świecie dzięki temu, że zachowuje wolność rozwoju. Jeśli w USA wykonanie prześwietlenia rentgenowskiego kosztuje 2 tys. dolarów, to też dlatego, że mają tam najlepszy do tego sprzęt. I jeżeli w Paryżu to kosztuje może 20 euro, to Amerykanie powiedzą, że to dlatego, iż nie zostało ono przeprowadzone w optymalnych warunkach, dopuszczono tu wszystkie „socjalistyczne fuszerki". Ten argument bardzo podbudowuje amerykańską psychikę.

Z czego wynika ten brak zaufania Amerykanów do państwa?

To dziedzictwo historii. Wywodzi się z epoki kolonialnej: niepodległość była uwolnieniem się od państwa, którego uosobieniem był król Wielkiej Brytanii. Taki jest fundament Ameryki. Wojna secesyjna także była prowadzona dokładnie wedle tych parametrów. Powszechnie uważa się, że jej źródłem był konflikt rasowy, ale w równym stopniu spowodowana była założeniem, że „mogę prowadzić moją plantację dokładnie tak, jak mi się podoba" i żadne idee – równości, interwencji państwa, czegokolwiek – nie będą tego ograniczać. Wielką tajemnicą jest natomiast to, dlaczego założenia rewolucji amerykańskiej, które były dokładnie takie same jak założenie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, doprowadziły do tak dalece różnych konsekwencji. Bo przecież we Francji nie tylko mamy ogromną rolę państwa, ale po drugiej wojnie rozwinęła się bardzo potężna partia komunistyczna, która nie zaistniała w żadnej poważnej postaci w Stanach. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

Prezydent Trump może jeszcze wygrać listopadowe wybory?

Nie, nie wyobrażam sobie tego. Sytuacja polityczna jest dla niego teraz fatalna i tylko się pogorszy. Nie robi nic, aby powstrzymać pandemię. Nie widać też światła w tunelu, gdy idzie o stan gospodarki, bezrobocie, co zwykle rozstrzyga o wyniku wyborów prezydenckich w USA. Twarda odpowiedź Trumpa na protesty też się na nim zemści. Iran i Chiny już zaczęły to dyskontować. Xi mówi: nie krytykujcie nas w sprawie Hongkongu, skoro w Stanach robi się to samo. Problem polega na tym, że listopadowe wybory niczego nie rozstrzygną. Potrzebujemy kogoś jak Elizabeth Warren, która mogłaby sporo w Ameryce przebudować. Jestem pewien, że Joe Biden byłby lepszym prezydentem niż Donald Trump. Jednak niewiele zmieni. Nie ma po temu charyzmy, energii i też nie wierzy w konieczność zmian.

Pandemia ujawniła słabość nie tylko Ameryki, ale i innych potęg świata: Unii Europejskiej, Rosji, Chin. A przecież w zgodnej opinii naukowców prędzej czy później po Covid-19 przyjdzie kolejny, znacznie groźniejszy wirus, być może jeszcze bardziej śmiertelny niż hiszpanka sprzed stu lat. Czy teraz to skuteczność w odparciu takiego zagrożenia będzie rozstrzygać o pozycji państw w geopolitycznej grze, a tradycyjne doktryny ideologiczne pójdą w zapomnienie?

Wolę mówić o, jak to określił Emmanuel Macron, ale też Donald Trump, „niewidocznym wrogu": wiemy, że istnieje, ale nie bardzo potrafimy określić, jak wygląda. Otóż wobec takiego przeciwnika nie ma właściwie miejsca na ideologie. Poczucie zagrożenia, które jest wszędzie i którego nie ma nigdzie, będzie nam teraz towarzyszyć stale i radykalnie zmieni reguły polityki.

Ideologia polityczna okaże się więc kolejną ofiarą Covid-19?

To za daleko idące stwierdzenie. W życiu międzynarodowym wciąż będzie się w jakimś stopniu ścierał realizm i liberalizm. Z jednej strony realiści, dla których liczy się tylko władza. Z drugiej zaś idealiści, którzy uważają, że system międzynarodowy powinien się opierać na jakichś zasadach. Jednak pandemia obie te teorie bardzo osłabiła. Realizm, bo strachu przed niewidzialnym zagrożeniem nie da się kontrolować dzięki siłom zbrojnym. Idealizm, bo gdy wybuchła zaraza, system współpracy międzynarodowej okazał się całkowicie nieprzydatny, zabrakło współdziałania, w szczególności z powodu bierności Stanów Zjednoczonych. Więcej: pandemia umożliwiła amerykańskiej administracji jeszcze większe rozmontowanie systemu międzynarodowego. Symbolem tego chyba pozostanie wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – najbardziej absurdalna rzecz, jaką można zrobić w środku epidemii.

W nowym układzie wygra ten, kto skuteczniej wykorzysta osiągnięcia nauki w walce z chorobami?

Nie, to nie nauka będzie determinować politykę. Raczej zdolność do zarządzania strachem. Wygrają ci, którzy zdołają utrzymać zaufanie obywatelami, a także innych państw. Już teraz są tacy, którzy pozostają u władzy, choć naukę podważają: Jair Bolsonaro w Brazylii, no i Trump. I nie są z góry skazani na porażkę. Ciekawe jest tu porównanie doświadczenia pandemii w południowej Europie i Skandynawii. W tej ostatniej istnieje tradycja zaufania obywateli względem siebie i wobec państwa. I to daje dużo lepsze skutki niż we Włoszech czy Hiszpanii, gdzie takiego zaufania do państwa brakuje. Ale też we Francji prezydent Macron musiał w ciągu jednego tygodnia dwukrotnie wystąpić do narodu z apelem o przestrzeganie restrykcji, bo dwa dni po tym, jak przemówił, wszyscy znów byli w parkach, barach. Sądzę, że narody o bardziej stabilnej tożsamości kulturowej, pewniejsze siebie, wyjdą z tych nowych wyzwań obronną ręką.

Poza Skandynawią kto jeszcze?

Mówiliśmy już o słabości Stanów, jaką jest pogarda obywateli dla rządu. W Chinach trudno rozpoznać stopień zaufania społecznego do państwa, tak bardzo to ostatnie jest opresyjne. Ciekawym przypadkiem są natomiast Niemcy. Mówiąc od początku otwarcie o zagrożeniach, jakie niesie pandemia, kanclerz Merkel umocniła zaufanie obywateli do państwa. Innym dobrym przykładem jest Nowa Zelandia, kolejny kraj rządzony przez kobietę, co chyba nie jest przypadkiem.

Skuteczność w walce z Covid-19 przełoży się na większą władzę w Unii?

Pośrednio. Kraje, które wyjdą z tej próby obciążone mniejszym długiem, zachowają większą swobodę w określaniu przyszłej architektury Wspólnoty. Ten kryzys będzie zaś niezwykle kosztowny dla Francji, ale już dużo mniej dla Niemiec. W Europie władza gospodarcza zawsze przekłada się na władzę polityczną.

Niemcy ledwie trzy pokolenia temu przegrały wojnę, a współczesna Francja jest dziedziczką Wielkiej Rewolucji, praw człowieka. A mimo to zaufanie do władz jest po wschodniej stronie Renu większe niż po zachodniej. To zaskakujące.

Nie jest to efekt Covid-19. Doświadczyli tego wszyscy prezydenci V Republiki. Byli wybierani na fali oczekiwania zmian i szybko tracili poparcie z powodu samego sprawowania władzy. To też jest część dziedzictwa Wielkiej Rewolucji: w końcu Robespierre doprowadził do ścięcia na gilotynie Dantona. Rewolucja pożerała własne dzieci. Także dziś próba przeprowadzenia reformy emerytalnej przez Macrona okazała się drogą przez męką, związki zawodowe wyprowadziły ludzi na ulice. W Niemczech robotnicy, przedsiębiorcy i państwo potrafią natomiast zachować się o wiele bardziej racjonalnie, porozumieć się co do sposobu działania w czasach pandemii.

Na paryskiej Ecole Normale wykłada pan teorię ryzyka. Jej kluczowym elementem jest zdolność do obrony przed zagrożeniami współczesnego świata naszej tożsamości. Czy jednak doświadczenie pandemii nie pokazało, że tożsamości europejskiej nie ma, bo różnice między narodami Unii są zbyt duże?

Stałe jest poczucie tożsamości, ale ona sama jest w ciągłym ruchu. Tym trudniej jest przez to tożsamość Europy zdefiniować. Być może będzie się ona teraz umacniać na sprzeciwie wobec wulgarności Ameryki, o której mówiliśmy. Jednak składa się na nią wiele innych elementów: poszanowanie tradycji, pamięć o wojnach, które dziś nas łączą. Ale też respektowanie wolności wyboru i wypowiedzi, swobód obywatelskich, praw człowieka i wolności podróżowania. Zgadzam się tu z Ursulą von der Leyen, szefową Komisji Europejskiej: to jest czas Europy. Jeśli przejdziemy tę próbę, Unia wyjdzie z tego wzmocniona.

Przejęcie bezpośredniej kontroli przez Pekin nad Hongkongiem pokazuje, że na naszych oczach upada świat, jaki powstał wraz z wizytą Richarda Nixona w Chinach w 1972 roku. Z tamtej podróży, która zapoczątkowała współdziałanie Waszyngtonu i Pekinu, zrodziła się potęga Chin, globalizacja, ale też władza pieniądza nad życiem międzynarodowym. Francuski filozof Alain Finkielkraut uważa, że decydując się na zatrzymanie gospodarki, aby powstrzymać pandemię, świat pokazał, że jest coś ważniejszego od zysku: życie ludzkie...

Tylko że ja nie uważam, aby to była zmiana trwała. Do ofensywy już przystąpiły potężne siły, które chcą odbudowy dawnego porządku. Zgodzę się natomiast, że na poziomie osobistym, na poziomie zwykłych ludzi doświadczenie kwarantanny odcisnęło wielkie piętno. Tempo życia spowolniło, odkryliśmy nowe wartości, nieraz zetknęliśmy się ze śmiercią bliskich. Okazało się, że nie jesteśmy wiecznie młodzi, nieśmiertelni, jak próbował nam udowodnić wszechobecny marketing. Staje przed nami wielkie pytanie: czy systemy demokratyczne zdołają jakoś te osobiste doświadczenia przełożyć na decyzje polityczne wbrew interesom wielkiego kapitału?

Doktryna amerykańskiego liberalizmu nie tylko odnosi się do stosunków wewnętrznych, między obywatelem i państwem, ale też do stosunków międzynarodowych. Przetrwa pandemię?

Nie sądzę, aby był możliwy powrót do świata, który starał się zbudować już Woodrow Wilson: uniwersalnych reguł opartych na prawach człowieka i prawach narodów, które miałyby obowiązywać wszystkich, służyć wszystkim. Podcinanie tych zasad zaczęło się już dawno, za prezydentury George'a H.W. Busha i jego syna. John Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego u Donalda Trumpa, służył przecież już w tamtych administracjach. Obawiam się, że Barack Obama był ostatnim prezydentem, który starał się uratować tak zdefiniowany, liberalny świat, choćby rolę ONZ. Nie tyle pandemia, ile Trump go dobił. Ale czy w ogóle doktryny polityczne kiedykolwiek były dobrym kluczem do analizy rzeczywistości politycznej? Może to jest dobry sposób analizy na poziomie bardzo powierzchownym, ale wystarczy nieco zagłębić się w rzeczywistość, a traci on swoją użyteczność.

Także wobec Chin? Nawet w przeszłości pojęcie maoizmu było złudzeniem?

To było jakieś wytłumaczenie zderzenia ideologii komunistycznej i chińskiej specyfiki kulturowej. Ale znowu, gdy pokusić się o nieco bardziej szczegółową analizę Chin tamtego okresu, uwzględnić ambicje poszczególnych przywódców, korupcję, hipokryzję, widać tyle sprzeczności, że ten ideologiczny klucz traci swoją użyteczność. Także dziś Chiny nie mają jakiejś ideologii do zaoferowania światu. Raczej strategię działania, która będzie miała potężny wpływ na naszą przyszłość i może okazać się wzorem dla innych. Znacznie lepszym punktem wyjścia do analiz rzeczywistości politycznej są stosunki nie tyle między państwami, ile na niższym poziomie, między firmami, grupami społecznymi, nawet między każdym z nas.

Peter Burgess, amerykański filozof i politolog, autor 11 książek poświęconych naukom politycznym. Dziekan katedry ryzyka politycznego na paryskiej Ecole Normale, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni Francji, z której wyszło 14 laureatów Nagrody Nobla. Peter Burgess wziął udział w konwersatorium „Wtorków geopolitycznych" organizowanym przez Ośrodek Kultury Francuskiej i Studiów Frankofońskich UW

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA