Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Co bardziej porusza od książęcego ślubu

AFP
W 1981 roku 700 mln osób na świecie zasiadło przed odbiornikami telewizyjnymi, by oglądać ślub księcia Karola i Diany Spencer. Transmisję ślubu ich syna Williama z Kate oglądało siedem lat temu na żywo już ponad dwa miliardy ludzi. Wiele wskazuje na to, że sobotnia ceremonia z udziałem jego młodszego brata i Amerykanki Meghan Markle cieszyć się będzie podobną popularnością.

Można zrozumieć fascynację życiem rodziny królewskiej w krajach, które kiedyś znajdowały się pod rządami brytyjskiej korony, ale zjawisko to znacznie wykracza poza Wspólnotę Narodów. Dlaczego?

Widzowie serialu „The Crown" mogli śledzić, jak za czasów królowej Elżbiety II, choć jej panowanie było świadkiem rozpadu brytyjskiego imperium, to właśnie korona stała się dla Brytyjczyków symbolem jedności. Konserwatyści, lewica, liberałowie – bliżej lub dalej od Pałacu Buckingham – właśnie z korony czerpali poczucie dumy i odrębności.

Rodzina królewska bardzo szybko zrozumiała, czego zresztą „The Crown" jest świetną ilustracją, jak wielkie zainteresowanie czytelników kolorowych gazet i magazynów budzą jej członkowie. Wszak nad Tamizą powstały pierwsze tabloidy. Choć i wcześniej w rodzinie królewskiej nie brakowało skandali przyciągających uwagę opinii publicznej (był nim niewątpliwie związek króla Edwarda VIII z amerykańską aktorką), ale to właśnie ślub Elżbiety stał się wydarzeniem powstającej właśnie medialnej popkultury. Swoją rolę w niej rozumiała doskonale Diana, która wprowadziła do rodziny królewskiej celebrytyzm w jego postnowoczesnym wydaniu.

Jest to zresztą pewien paradoks, że dziś, w czasach, w których równość i demokratyzacja (rozumiana jako odchodzenie starych elit do przeszłości) święcą największe tryumfy w historii ludzkości, to właśnie życie rodziny królewskiej potężnej niegdyś Wielkiej Brytanii staje się tak ważnym wydarzeniem. Czyżby powszechnie obowiązujący egalitaryzm nie zatarł w świadomości miliardów ludzi na świecie tęsknoty za hierarchią, za pewnym starym porządkiem, którego odzwierciedleniem jest rodzina królewska? Następcy tronu i ich najbliżsi są władcami masowej wyobraźni, kształtują mody i wzbudzają aspiracje nawet poza krajami znajdujące się pod rządami brytyjskich monarchów.

Również w Polsce największe telewizje obiecały swoim widzom transmisję ze ślubu Harry'ego i Meghan. Czyżby również nad Wisłą istniała taka paradoksalna egalitarno-konserwatywna tęsknota z porządkiem i hierarchią, którą uosabiają monarchowie? Czy to już może zwykły mechanizm importu popkulturowych mód doby globalizacji, gdy nowoczesne media sprawiają, że wyobraźnia dzieci z podhalańskiej wsi ma znacznie więcej wspólnego z wyobraźnią młodego Niemca, Amerykanina czy Pakistańczyka lub Hindusa niż z imaginarium jego własnego dziadka czy pradziadka? Trudno powiedzieć.

Dla mnie bohaterami ostatnich dni wcale nie są brytyjscy książęta. Nie widzę w fascynacji nimi nic złego, ale moimi cichymi bohaterami są wspaniali ludzie, którzy przez ostatnich kilkaset godzin, ryzykując własne życie, kilkaset metrów pod ziemią najpierw prowadzili akcję ratunkową, a później poszukiwawczą swoich zaginionych kolegów – górników z kopalni Zofiówka. Znacznie bardziej wzruszały mnie zdjęcia pokazujące piekielne warunki, w jakich nieśli pomoc swym bliźnim, niż kolejne doniesienia o kreacjach i menu, jakie wybrali przyszli książęta. Wybacz, książę Harry!

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL