fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Liam Keelan. Jak się robi seriale w BBC

„Sherlock”. Brzmi znajomo, ale to produkcja inna niż do tej pory
materiały
Przy tworzeniu wszystkich naszych nowych seriali najważniejsza pozostaje wizja scenarzysty - mówi Liam Keelan, dyrektor ds. scenariuszy w BBC Worldwide Content.

Plus Minus: Ma pan po latach pracy w tej branży poczucie, że umie przewidzieć trendy?

Niektóre rzeczy wyczuwamy, np. to, że ludzie potrzebują więcej współczesnych seriali czy więcej produkcji skupionych wokół związków. To takie minitrendy. Ponad tym wszystkim chodzi przede wszystkim o znalezienie świetnej historii do opowiedzenia. Bo ludzie najpierw np. zarzekają się, że nie chcą już oglądać serialu kostiumowego, po czym są absolutnie zachwyceni, kiedy nagle pojawia się „Peaky Blinders" (akcja dzieje się w latach 20. XX wieku, tytuł to nazwa gangu z Birmingham, którego dzieje portretuje serial – red.).

Menedżerowie Netfliksa podkreślają, że ich seriale powstają na podstawie tzw. big data – sprawdzane jest nie tylko to, co ludzie oglądają, ale także to, w którym momencie pauzują filmy czy przestają taśmowo oglądać odcinki jakiegoś serialu. Niby pozwala to odpowiadać na ich potrzeby, ale czy przede wszystkim nie powoduje, że produkcja zaczyna się robić suchym i bezdusznym procesem? BBC też stosuje takie metody?

W naszym przypadku te procesy nie są aż tak zawiłe, choć na pewno informacje o tym, co i jak ludzie dziś oglądają, mają dla nas ogromną wartość. Ostatecznie jednak takie dane i tak nie dają odpowiedzi na pytanie, jaką właśnie zlecić nową produkcję, bo widz ma to do siebie, że lubi być zaskakiwany. Rozmawiamy więc o bardzo użytecznym narzędziu pomagającym się dowiedzieć, jak bardzo widzowie angażują się w to, co oglądają, i do jakiego stopnia im się to podoba, ale tworzenie nowych seriali to wciąż zadanie dla scenarzysty i reżysera.

I tak zostanie?

Będziemy używać rozmaitych algorytmów i informacji zbieranych na temat widzów w sieci, ale w samym procesie tworzenia nowych produkcji najważniejsza pozostanie wizja scenarzysty. Tak było w przypadku wszystkich naszych nowych produkcji. To scenarzysta wymyślił i chciał opowiedzieć jakąś historię. Pomysł na „McMafię" nie pochodzi z analizy jakichś danych, to historia, którą chciał opowiedzieć konkretny pracujący dla nas scenarzysta.

To dokument czy fabuła?

Ta produkcja jest oparta na scenariuszu, jej debiut planujemy w 2018 r. Najprościej chyba określić ją mianem „Ojca chrzestnego" XXI wieku. To historia młodego człowieka, który mieszka w Londynie, ale jego rodzina pochodzi z Rosji i jest zamieszana w mafijne interesy. On ma już swoje życie i nie chce mieć z nimi nic wspólnego, ale z czasem ten świat wciąga go coraz bardziej i bardziej.

Skoro scenarzysta wciąż jest dla was tak ważny, jak o niego dbacie – macie swoje zespoły takich osób?

Relacje ze scenarzystami utrzymują producenci – zarówno nasi, jak i zewnętrzni. Ale jesteśmy bardzo otwarci na pozyskiwanie nowych scenarzystów, zresztą oni też są zainteresowani taką współpracą, bo BBC to mocna i znana marka, w dodatku nadająca w systemie bez reklam. Patrząc w przyszłość, rozwijamy też różne programy mające na celu przyciąganie takich osób. Czasem poprzez warsztaty, czasem trafiają one do nas za pośrednictwem nadawców, z którymi próbują współpracować. Marnie Dickens, scenarzystka „Thirteen" (serial opowiadający o 26-letniej Ivie Moxam, która po trwającym 13 lat uwięzieniu w piwnicy wraca do normalnego życia – red.) była właśnie takim niezwiązanym z żadną firmą scenarzystą bez wcześniejszego doświadczenia.

Jest jakaś różnica między produkowaniem dla Brytyjczyków i międzynarodowo?

Dzisiaj wszyscy produkujemy od razu z myślą o rynku międzynarodowym. Oczywiście BBC Worldwide jest bardzo specyficzną firmą, pracujemy na rynku brytyjskim i w związku z tym działamy inaczej niż np. rynek amerykański, który ma specjalne zespoły scenarzystów i inny model ich zatrudniania. Ale jesteśmy świadomi, że firmowane przez nas produkcje muszą mieć bardzo uniwersalny charakter. Stało się tak wraz z nadejściem Netfliksa i Amazona. Rozmnożenie się i spopularyzowanie internetowych serwisów subskrypcyjnych z treściami wideo spowodowało też, że jakość seriali wzrosła do poziomów najwyższych, z jakimi kiedykolwiek mieliśmy do czynienia.

Myśli pan, że koprodukcje z lokalnymi graczami, na które mocno stawia dziś Netflix, są dla takich firm jak wasza wyjściem z sytuacji?

Tak, ich znaczenie rośnie, bo seriale obyczajowe są bardzo drogie w produkcji, właściwie nigdy nie były tak drogie. A jeśli chce się mieć produkcję konkurencyjną na rynku międzynarodowym, oznacza to działania na wielką skalę. Koprodukcje rozwiązują problem ich finansowania. „McMafia" to nasz pomysł i nasza produkcja, ale współtworzy ją z nami AMC w USA, a będziemy mieli przy niej jeszcze kolejnych partnerów.

Ile średnio wydajecie na serial w przeliczeniu na odcinek?

To się potrafi bardzo różnić w zależności od tytułu. Jeden odcinek serialu obyczajowego rzadko kiedy kosztuje nas mniej niż 1,2 mln funtów, ale może być nawet dwukrotnie droższy.

Funtów!? W Polsce najdroższe seriale produkowane lokalnie kosztują pięciokrotnie mniej.

No tak. Ale w Wielkiej Brytanii, by móc otrzymać dodatkowe finansowanie publiczne, serial musi kosztować przynajmniej 1 mln funtów w przeliczeniu na odcinek. Choć np. „Wojna i pokój" na pewno kosztowała nas znacznie więcej.

Bo to serial kostiumowy. Też mamy teraz w Polsce serial „Belle epoque", który jak na polskie realia kosztował fortunę. Jak mierzycie, czy produkcja się wam opłaciła? Wystarczą wam dobre recenzje, czy każdy tytuł musi się finansowo zwrócić?

Wszystko po trochu. Oczywiście interesuje nas poziom oglądalności, ale także to, czy widzom się serial podobał i jak go oceniali. Naszą misją w BBC jest produkowanie rzeczy innowacyjnych i świeżych, a nie opowiadanie w nieskończoność tej samej historii...

To po co robić od nowa „Sherlocka"?

Ale on jest właśnie zrobiony kompletnie inaczej! Można go było zrobić po staremu, ale producenci postawili na bardzo nowoczesną realizację i przeniesienie go we współczesne społeczeństwo. Historia brzmi znajomo, to prawda, ale sama produkcja jest kompletnie odmienna od tego, co do tej pory istniało na rynku.

Załóżmy, że komercyjnie serial odnosi wielki sukces, ale recenzje są miażdżące. To dla BBC sukces czy nie? Albo gdy jest odwrotnie: oceny są świetne, ale widzów niewielu.

Jeśli coś jest oglądane przez małą grupę widzów, ale jest przez nich uwielbiane – „Peaky Blinders" w BBC 2 jest przykładem takiej produkcji: średnia widownia tego serialu sięgała w Wielkiej Brytanii 1,5–2 mln widzów – jest to dla nas wartością samą w sobie. Nie wyobrażam sobie natomiast, żebyśmy wyprodukowali jakiś fatalnie oceniany, ale popularny show.

Są jakieś genialne projekty, na które was nie stać lub które z jakiegoś powodu odrzucacie z uwagi na wasze korporacyjne zasady?

Jeszcze kilka lat temu zapewne nie moglibyśmy sobie pozwolić na sfinansowanie dobrego serialu s.f. z przyczyn finansowych. Ale rynek rozwinął się w zakresie zawiązywania rozmaitych partnerstw produkcyjnych, dzięki którym można dziś sfinansować praktycznie każdy gatunek i na dowolną skalę. Świetnego pomysłu, który musielibyśmy odrzucić z innych powodów, nie potrafię sobie wyobrazić. Oczywiście, że mamy pewne wytyczne, którymi się kierujemy, by mieć pewność, że nasze produkcje powstały we właściwy sposób z punktu widzenia społeczno-politycznego, ale generalnie co do zasady możemy produkować cokolwiek zechcemy, zwłaszcza gdy pojawia się jakiś naprawdę świeży pomysł.

Myślicie o produkowaniu dla widzów w internecie innych formatów niż tradycyjne? Będą tam kiedyś mogli wybierać własne zakończenia albo obsadę? Czy to mylne przekonanie, że chcieliby dokonywać takich wyborów?

Już dziś produkujemy sporo krótkich form, zwłaszcza dla BBC 3, które jest kierowane do młodszych widzów. Osobiście uważam jednak, że możliwość wyboru zakończenia wcale nie jest tym, czego widzowie naprawdę chcą i potrzebują. Być może w jakichś pojedynczych przypadkach to by się sprawdziło, ale co do zasady ludzie lubią być zaskakiwani, zwłaszcza przez zakończenia.

W Polsce mówi się o brytyjskim poczuciu humoru. Co to dla pana znaczy i czy macie produkcje, które nie sprawdzają się za granicą?

Komedia to bardzo specyficzny gatunek, ściśle związany z poszczególnymi rynkami. Przez lata komedie sprawdzały się nam tylko w Wielkiej Brytanii oraz niektórych krajach skandynawskich i nie miały poza tym szerszej dystrybucji. Wraz z pojawieniem się internetowych serwisów VoD (wideo na żądanie – red.) ich dystrybucja zaczęła się rozszerzać i mamy nadzieje, że będą jeszcze powszechniej znane na całym świecie.

Mieliście kiedyś problem z jakąś produkcją tego typu, bo zwyczajnie „nie chwyciła?".

Tak, one zazwyczaj miewają takie problemy, ale mamy też przeciwne przykłady. Na przykład „The Office" (zrealizowany w konwencji dokumentu serial komediowy opowiadający o biurowym życiu pracowników firmy produkującej papier – red.) – można by pomyśleć, że nie ma szans, by przełożyć go na inne rynki. A jednak tak się stało, powstają jego wersje w kolejnych krajach.

Planujecie jakieś produkcje w Polsce?

Produkowaliśmy już w Polsce: nie tylko „Szpiegów w Warszawie", ale także „Dzwony wojny" opowiadające historię z czasów pierwszej wojny światowej, i myślimy, że w waszym kraju jest jeszcze dużo do zrobienia, zwłaszcza we współpracy z TVP.

Chodzi o wspólne momenty w historii? Znowu jakiś historyczny serial?

Niekoniecznie, wyobrażam sobie także całkiem współczesny.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA