fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czy kultura podniesie się po pandemii?

EAST NEWS
Do wczoraj mieliśmy zróżnicowany wybór filmów, książek i muzyki. Jeżeli jutro wyginą w Polsce średniej wielkości pośrednicy – dystrybutorzy, producenci, wydawcy – to możemy się obudzić w rzeczywistości rodem z lat 90., gdzie dominuje tania rozrywka, w niszach wegetuje sztuka, a pomiędzy nimi zieje pustka.

Jak patrzę na tę panikę, to widzę wysyp muzyków na uberze za parę miesięcy" – napisał 9 marca 2020 r. na Twitterze Pablopavo, czyli Paweł Sołtys, wokalista, muzyk i prozaik, komentując kolejne obostrzenia prawne dotyczące zgromadzeń publicznych. Mamy koniec kwietnia, zdjęć żadnego artysty za kierownicą w roli szofera jeszcze nie widziano, ale i tak wiele się zmieniło. A zmienić się może jeszcze więcej. Dla tych, którzy kulturę tworzą, dla tych, którzy ją wydają, drukują, tłoczą i wyświetlają, oraz dla tych, którzy ją chłoną i odbierają. Producentów, pośredników i konsumentów – tłumacząc na język kapitalizmu. Każda z tych trzech grup musi się dziś w przyspieszonym tempie uczyć funkcjonowania w warunkach izolacji. Ale kiedy już z tego wyjdziemy – a wyjdziemy na pewno – świat kultury będzie próbował wrócić do stanu przedepidemicznego. Pytanie tylko, czy ten powrót będzie jeszcze możliwy.




Krajobraz po bitwie

Najmniej zmieni się u „konsumentów", dalej będą potrzebować kontaktu z kulturą, sztuką i rozrywką, nie zapomną tego przez parę miesięcy. Dużo może się zmienić u twórców – niektórzy dotychczas żyli od zlecenia do zlecenia, bez możliwości oszczędzania, realizując projekt po projekcie, grant po grancie. Część z nich więc na pewno się wykruszy, pójdą szukać etatów i stałej pensji. Być może dopiero po latach, boleśnie doświadczeni, wrócą do działań twórczych. Niektórzy.

Wbrew pozorom to jednak nie od losu twórców najbardziej dziś zależy, jak będzie wyglądał świat kultury po koronawirusie. Tylko od tego, czy przetrwają „pośrednicy". To na nich opiera się dzisiejszy system, który – przy jego licznych wadach – gwarantował różnorodność. Ich byt, spośród całego uniwersum kultury, najmocniej był uwarunkowany pieniędzmi i to oni najboleśniej odczują ich dłuższy brak.

Od tego, czy obecne trzęsienie ziemi przetrwają dystrybutorzy, wydawcy, księgarze, właściciele kin, firmy fonograficzne, branża koncertowo-festiwalowa i cała reszta „przedsiębiorców kultury", zależy, czy nie cofniemy się o trzy dekady do rzeczywistości jak z lat 90. Wówczas dominowała tania rozrywka (często z importu), a sztuka i ambitna kultura dusiły się w niszach. Pomiędzy była pustka. Tę pustkę wypełniano latami poprzez stopniowe dofinansowywanie tej gałęzi (czasem mniej, czasem bardziej sensowne), swoje zrobił też wzrost zamożności Polaków. Dzięki temu dziś zamiast jednego–dwóch bardzo udanych polskich filmów w ciągu roku możemy oglądać kilka lub nawet kilkanaście.

Krajobraz po bitwie w branży filmowej wygląda następująco: największymi poszkodowanymi są ci, którzy nie mogą robić nic, bo zabrania im tego tymczasowe prawo. Czyli przede wszystkim kina, a w związku z tym i festiwale. Choć organizatorzy tych drugich już się zastanawiają, jak to by było przeprowadzić festiwal zdalnie, np. przez VOD. Srogo oberwali też producenci, którzy musieli przerwać bądź odwołać zdjęcia filmowe albo dopiero co wprowadzili filmy do kin i dystrybucja z dnia na dzień stanęła. Przykład „Hejtera" w reżyserii Jana Komasy był najbardziej spektakularny, bo to przecież kontynuacja przeboju kinowego, którego autorem jest jeden z najbardziej rozchwytywanych obecnie filmowców w kraju. „Hejter" był na ekranach kin zaledwie sześć dni, a potem bezprecedensowo trafił z dnia na dzień do płatnych serwisów streamingowych.

Najpierw epidemia, potem degeneracja

Kina prędzej czy później wrócą do życia. Część jednak padnie i będą to, niestety, najsłabsze sztuki w stadzie, czyli kina studyjne, a nie sieciówki w centrach handlowych. Dodajmy, że sieci preferują wysokobudżetowe hity (blockbustery) i filmy zagraniczne, a nie polskie ambitne produkcje. Wiedzą o tym dystrybutorzy filmowi. Oni również dostali w kość, bo przecież zapłacili za licencje na filmy, na których nie mogą teraz zarobić w kinach. A dystrybucja w systemie wypożyczeń cyfrowych lub platformy streamingowej da zaledwie kilka–kilkanaście procent spodziewanych pierwotnie przychodów. Czyli pojawią się spore straty, które w najlepszym przypadku mogą być łagodzone renegocjacjami umów. Ktoś jednak musi na tej sytuacji stracić, skoro wszyscy włożyli pieniądze, a przychodu nie będzie.

Najgorsze jest to, że najbardziej oberwą średniacy, w konsekwencji zaś rozziew pomiędzy dużymi a małymi dystrybutorami się poszerzy, powodując zabetonowanie rynku przez największych. To zjawisko może się powtarzać we wszystkich gałęziach kultury oraz sztuki i w nim dostrzec można największe zagrożenie. Epidemia nas wcale nie wzbogaci, tylko zepsuje rynek, który przecież i tak nie był najrówniejszy i nie zawsze promował najlepszych. Nieważne, czy mówimy o filmach, książkach czy muzyce.

Popatrzmy teraz na tę ostatnią. Świat się przecież nie zawali, jeśli popularny raper nie zagra koncertu np. na Stadionie Śląskim w duecie z najpopularniejszym wokalistą popowym. Albo że nie padnie kolejny rekord frekwencyjny na Stadionie Narodowym. Jednak świat wielu mniejszych grup i muzyków (oraz ich słuchaczy) może zatrząść się w posadach, jeśli te grupy lub ci muzycy nie zagrają żadnego koncertu od wiosny do jesieni ani nie odwiedzą żadnego festiwalu, bo z tego żyli. Załóżmy, że cała ta muzyczna drobnica – ławice małych ryb i drobnych żyjątek – wyginie. Kto przetrwa w najlepszej kondycji? Grube ryby, które mogą żyć z oszczędności albo przetrwać kryzys, spieniężając swoją popularność i np. biorąc udział w paru reklamach więcej.



Szacunek za walkę

Jak to wygląda na froncie literackim? Również mało optymistycznie. Bo o ile pisarze i pisarki mogą tworzyć w zaciszu domowej izolacji, o tyle już nie pojadą na spotkania autorskie z czytelnikami. A dla wielu jest to ważne źródło utrzymania. Spotkania i wieczory autorskie nakręcały sprzedaż. Nie masz spotkań, mniej sprzedajesz. A kiedy mniej sprzedajesz, trudniej ci jest o dobrą umowę z wydawnictwem. Dostajesz gorsze warunki, wskutek czego jesteś mniej eksponowany w internecie, mediach i księgarniach. Co dalej? Oczywiście sprzedajesz jeszcze mniej książek.

Nietrudno wpaść w czarną rozpacz w takiej sytuacji. Tym bardziej że wielu literatów dorabia w formie artykułów, felietonów, recenzji wewnętrznych dla wydawnictw, scenariuszy – w tych branżach sytuacja też zaczyna się pogarszać. Spadają stawki i liczba dostępnych zleceń. Pętla się zaciska.

Dlatego tym bardziej należy docenić niezwykły ruch, jaki wytworzył się w internecie pośród samych pisarek i pisarzy, ale również wśród wydawnictw, fundacji, instytutów, księgarń oraz wszelkich sympatyków literatury. Internetowe spotkania z pisarzami są dostępne najczęściej na Facebooku, choćby na stronie „Ula z książkami" (UL to także skrót od Stowarzyszenia Unii Literackiej, które te spotkania zainicjowało i napędza). Są także transmisje i czaty z twórcami prozy non-fiction na stronie „Agencji autorskiej »Opowieść«". Wirtualne spotkania organizują także wydawcy, aktorzy czytają wiersze (m.in. na stronie Fundacji Wisławy Szymborskiej), a czasem pisarze po prostu samodzielnie kreują podobne wydarzenia, jeśli mieli już wcześniej zbudowane wokół siebie w mediach społecznościowych grono odbiorców.

W spokojnych czasach można ironizować, że takie byty jak Unia Literacka są urzeczywistnieniem marzeń o salonie, ale nagle w czasach kryzysowych się okazuje, że w grupie łatwiej jest walczyć o przetrwanie. A także – co niezwykle ważne – grupę lepiej słychać, kiedy przychodzi do rozdziału publicznych pieniędzy na przeciwdziałanie kryzysowi. Łatwiej wówczas uniknąć ignorowania przez instytucje, media czy ministrów.

Nawet jeśli po pewnym czasie czytelnik ma już dosyć tych transmisji, słabej jakości streamów, pogłosu dobywającego się niczym z jaskini i czytania do kamerki internetowej fragmentów nowych dzieł przez pisarzy – bo przecież nie są to idealne warunki do recepcji literatury – to mimo wszystko wielki szacunek należy się wszystkim autorom, którzy walczą nieustannie o uwagę czytelników, motywują ich do wysyłkowego kupowania książek, a także wspierania składkami różnego rodzaju funduszy kryzysowych. Problemem wciąż pozostaje to, że za prawdziwe spotkania autorskie dostaje się nawet symboliczne honoraria, a za występ na Facebooku czy YouTube już niekoniecznie.

Należy wspomnieć o działaniach Ministerstwa Kultury ułatwiającego rozliczanie rozpoczętych projektów, z których twórcy i pośrednicy nie będą się w stanie wywiązać ze względu na zamknięcie gospodarki. Resort stworzył też program „Kultura w sieci", w którym na warsztaty i spotkania online, koncerty i inne wydarzenia w sieci, tworzenie portali, e-wydawnictw, aplikacji – słowem wszystko, co może stanowić internetowy ekwiwalent obcowania z kulturą i sztuką – zaoferował dotacje od 5 do 150 tys. zł. To dobrze, że ministerstwo wychodzi naprzeciw oczekiwaniom twórców i branży – rozmawia, słucha i proponuje swoje pomysły. Ale projekt o budżecie 80 mln zł (podniesionym czterokrotnie z pierwotnych 20 mln zł) przypomina respirator podtrzymujący życie – w ten sposób nie da się zbyt długo normalnie żyć. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński zapowiedział, że w sumie rząd przeznaczy na kulturę w kryzysie do 4 mld zł, a samych twórców i działaczy kulturalnych obejmie, jak innych przedsiębiorców i pracowników, tarczą antykryzysową. Pytanie pozostaje jednak (niekoniecznie do ministra czy innych polityków), jak mocno zmieni się kultura po zdjęciu kordonu sanitarnego?

VOD bez kina to tylko telewizja

Niektórzy przekonują, że taka jest przyszłość – że będziemy coraz więcej się zdalnie komunikować, korzystać z rozrywki, oglądać i grać. Pliki zastąpią kartki, a serwisy streamingowe wyprą kina. Ten ostatni przykład jest szczególnie bałamutny: skoro nie można chodzić do kina, to kino przyjdzie do domów – widz zapłaci abonament, filmowiec zarobi i wszyscy będą szczęśliwi. Tak jednak nie będzie, a to dlatego, że wpływy z telewizji na życzenie (VOD) nie zapewnią odpowiednich przychodów producentom, a więc i filmowcom. Nie zwróci im się to po prostu, bo produkcja filmowa to duża inwestycja, a stawki, które dystrybutorom i producentom płacą serwisy streamingowe, są po prostu zbyt niskie. A jeśli byłyby wyższe, to i abonamenty musiałyby być dużo droższe. Spadłaby więc liczba użytkowników, musiałyby się pojawić reklamy, czyli wracamy do epoki telewizji kablowej, a więc żadna to przyszłość, tylko przeszłość.

VOD, które wyparło płyty DVD i BlueRay, jest tylko jednym z elementów dystrybucyjnego łańcucha i na razie nie najważniejszym, bo nie najbardziej dochodowym. Ktoś, kto uważa, że branża filmowa może przetrwać bez kin i że teraz już świat będzie tak wyglądał, rozmija się z rzeczywistością. To prawda, że Netflix sfinansował kilkusetmilionową produkcję „Irlandczyka" Martina Scorsesego czy nieco skromniejszą „Romę" Alfonso Cuareza, ale były to wydatki bardziej o charakterze reprezentacyjnym aniżeli inwestycje obliczone na wymierny zysk. W taki sposób amerykańska platforma streamingowa się promuje. Większość autorskich produkcji Netflixa, a nie tylko przezeń wykupiona, jest średnio- i niskobudżetowa, a często też i niskojakościowa (nie bez powodu mówiło się kiedyś o tzw. filmach telewizyjnych). Tylko wybranych twórców Netflix wspiera dużymi budżetami – po to, żeby wyrobić sobie markę mecenasa. By móc rywalizować o prestiżowe nagrody i mieć wstęp na festiwale filmowe (m.in. po to, by kupować tam tanio filmy i nie musieć produkować swoich), gdzie wcześniej był traktowany jako producent non grata.

Platformy VOD podgryzają kina i rywalizują z nimi, ale bez nich nadal będą tylko telewizją. Nie zapominajmy, że przecież VOD od niej się zaczęło. HBO GO, Disney+ czy nasze polskie TVP VOD powstały na bazie stacji telewizyjnych, które przez dekady produkowały seriale i kameralne filmy, a teraz znajdują się one w ich przepastnych wideotekach. Jeszcze innym problemem jest mały wybór światowej klasyki kina na Netflixie i pozostałych najpopularniejszych platformach. Trzeba jej szukać w innych serwisach streamingowych, m.in. Criterion Channel (dostępny tylko w USA) albo Mubi (w Polsce).

Streaming nie uratuje kultury, choćbyśmy tego bardzo chcieli. Kultura opiera się bowiem na wyjściu z domu. Twórca w Polsce zarabia przede wszystkim wtedy, gdy zachęci ludzi do aktywności – do pójścia na koncert, do kina, do księgarni, teatru czy na spotkanie autorskie. Na serwisach VOD i mediach społecznościowych zarabiają przede wszystkim same platformy. Facebook jest dla twórcy jedynie narzędziem do mobilizowania odbiorców. Środkiem perswazji, kanałem komunikacji – podobnie jak Instagram czy Twitter.

Syci jeszcze bardziej syci

Wyobraźmy sobie, że teraz wstaje Janusz Korwin-Mikke i mówi, że pandemia jest w gruncie rzeczy oczyszczająca. Tak przecież działa świat, na zasadzie doboru naturalnego: wskutek powszechnej izolacji społeczeństwa „wyginą" słabsi twórcy (gorsi, mniej utalentowani) i zostaną tylko najlepsi. Otóż rynek kultury w ten sposób nie działa. Jest on raczej wielkim ekosystemem. Dobre książki pociągają za sobą jeszcze lepsze. Twórcy są w tym jak sportowcy, uwielbiają się ścigać, ale nie jest to gra na wyniszczenie – inspirują się nawzajem, oglądając i czytając. Przecież większość twórców to jednocześnie aktywni odbiorcy. Jeśli ktoś wierzy, że kulturą rządzi dobór naturalny, to niech przyjrzy się listom bestsellerów i oceni, czy faktycznie królują na nich najzdolniejsi pisarze i pisarki. Albo na wyniki sprzedażowe biletów do kin i sukcesy komercyjne Patryka Vegi. Na taki, a nie inny, obraz bestsellerów ma wpływ wiele różnych czynników, m.in. sprzężenie promocji z produkcją (np. wydawnictwa, które mają układy z księgarniami, albo dystrybutorzy dogadani z właścicielami kin), agresywna i nieuczciwa promocja, słabość mediów piszących o kulturze, celebrytyzacja rynku książki, podziały w środowiskach twórczych, a co za tym idzie śladowa liczba festiwali i nagród, które cieszą się powszechnym autorytetem.

To jednak nie jest dobry czas na wymienianie grzechów świata, o który dziś trzeba się szczególnie zatroszczyć i powtarzać, że głęboki kryzys wywołany przymusową izolacją wcale go nie uszlachetni, tylko jeszcze bardziej zdegeneruje. I wtedy faktycznie wielu twórców, a jeszcze więcej pracowników branży kulturalnej, może skończyć jako kierowcy ubera, jak sugerował Pablopavo. Na dodatek nie będą mieli czego posłuchać w radiu, bo na okrągło będą grane trzy single grubych ryb mainstreamu, które przetrwały i będą jeszcze bardziej dożarte.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA