fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Inspiracje i plagiaty. Jak pisarze przepisują cudze zdania

Katarzynie Pakosińskiej zarzucano, że w jej „Georgialikach” są całe fragmenty przepisane z portali krajoznawczych, blogów, tygodników, książek podróżniczych i Wikipedii
Fotorzepa, Łukasz Solski
W literaturze kradzież pomysłu jest praktycznie nie do udowodnienia, o ile nie mamy do czynienia z ordynarnym powielaniem metodą kopiuj-wklej. Zatem co w sytuacji, kiedy inspiracja dotyczy aspektów trudno uchwytnych, jak np. stylu, języka, fabuły albo tematyki?

To była jedna z głośniejszych pisarskich afer plagiatowych ostatnich lat. Trop podchwycili, co znamienne dla naszych czasów, nie krytycy, ale internauci na forum. Literackie śledztwo zwieńczył artykuł w „New Yorkerze", w którym dziennikarka Lizzie Widdicombe nakreśliła sylwetkę i modus operandi plagiatora – Quentina Rowana, rocznik 1976, piszącego pod pseudonimem Q. R. Markham. Jego powieść sensacyjno-szpiegowska „Assassin of Secrets" („Zabójca tajemnic", nieprzełożona na język polski), okazała się zaskakująco podobna do innych dzieł z gatunku. Po wnikliwej analizie porównawczej okazało się, że całe akapity „Assassin of Secrets" są fragmentami powieści innych autorów, m.in. Johna Gardnera, Roberta Ludluma i Johna Le Carrego.

Później wyszło na jaw, że w swej wcześniejszej powieści „zaczerpnął" m.in. z Dona DeLillo i Orhana Pamuka. Można odnieść wrażenie, że wszystko, co wyszło spod pióra Rowana, było czyjeś, a on sam nie był pisarzem, tylko kimś w rodzaju twórcy beletrystycznego kolażu, literackiego eksperymentu. W powszechnej opinii został jednak plagiatorem.

Aby wytłumaczyć zachowanie bohatera swego artykułu, dziennikarka „New Yorkera" sięgnęła po patologie z zakresu psychologii: „Większość psychiatrów, z którymi rozmawiałam, sugerowała, że chroniczne zachowania plagiatorskie są bliższe zjawisku patologicznego kłamstwa aniżeli uzależnienia".

Rowan przyznał się do winy i przeprosił, przy okazji oberwało się wydawnictwu Mulholland Books, odnodze zasłużonego wydawnictwa Little, Brown and Company, a także pisarzom, którzy wystawili mu dobre recenzje wewnętrzne i napisali tzw. blurby, zachęcające opinie trafiające zwykle na okładkę.

Jak sprawa się skończyła? Na Rowana spuszczono zasłonę milczenia, przeprowadził się z Nowego Jorku do prowincjonalnego Seattle, gdzie bezskutecznie szukał pracy w księgarni. W 2012 r. mówił, że pracuje nad prozą autobiograficzną. Wydawca za to wycofał nakład kontrowersyjnej książki, choć do dziś można ją kupić w internecie. Tego rodzaju plagiat nie podlega odpowiedzialności karnej, na drodze prawa cywilnego również nikt Rowana nie ścigał.

Najciekawsze, że – jak mówi jeden z rozmówców „New Yorkera" – gdyby Rowan z góry założył i ogłosił, że jego proza to swoisty remiks literacki, książka-cytat, toby się obronił, a nawet mógłby zdobyć sławę postmodernistycznego eksperymentatora.

Nonszalancja, niechlujstwo, fuszera

W polskim prawie pojęcie plagiatu nie zostało ustawowo zdefiniowane, natomiast na podstawie praktyki można określić je jako „przywłaszczenie sobie cudzego utworu, wydanie go pod własnym nazwiskiem, dosłowne zapożyczenie z cudzych dzieł i podanie go jako twórczości własnej" (definicja dr. Mieczysława Szacińskiego) lub szerzej: „pewnego rodzaju złodziejstwo intelektualne czy artystyczne, korzystanie bez zezwolenia z rezultatów cudzego wysiłku twórczego" (definicja prof. Janusza Barty). By sprecyzować to „zapożyczenie" i „korzystanie", trzeba wejść do labiryntu przeróżnych opinii – prawniczych, kulturoznawczych oraz innych.

Sprawa jest prostsza, gdy ktoś przypisuje sobie autorstwo całych fragmentów tekstu (albo dzieł), co można łatwo zweryfikować. Jednak problemy pojawiają się, gdy jedynie „zapożycza" niedosłownie, parafrazuje albo nawet twórczo rozwija cudze dzieło, choć nadal nie podaje źródeł.

W polskim środowisku literackim również zdarzały się „afery plagiatowe", choć z używaniem tego słowa trzeba uważać. Pisarze i reporterzy boją się go jak ognia i gotowi są odpowiedzieć pozwem na wszelkie próby przypisania im tego procederu.

„Może nie plagiat, na litość boską – chodzi o kilka zdań, sześć, dziewięć... Podobnych. Może to tylko nonszalancja, niechlujstwo? Albo nieświadoma inspiracja? Może poniosła mnie materia?" – tłumaczył się przed środowiskiem, ale chyba też trochę przed samym sobą, Jacek Hugo-Bader, reportażysta z dwudziestoletnim stażem, który po premierze książki „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" (wyd. Znak) w 2014 r. został oskarżony przez „Tygodnik Powszechny" o cytowanie cudzych książek bez przypisów. Sprawa skończyła się wstydem dla autora, którego kolejne książki nie wywołują już takiego entuzjazmu jak te sprzed „Długiego filmu...". Do sądu jednak nikt nie poszedł. W sumie małe szanse, że zdobędzie się w ten sposób duże odszkodowanie, a po co kopać leżącego? Pomimo powszechnego poczucia żenady w przypadku Hugo-Badera na koniec było miękkie lądowanie. W środowisku, poza pojedynczymi głosami, reportera oszczędzono, a dziś prowadzi zajęcia dziennikarskie w Polskiej Szkole Reportażu, skupiającej autorów związanych z „Dużym Formatem", magazynem reporterskim „Gazety Wyborczej".

Z jednoznacznym potępieniem nie spotkał się także Witold Szabłowski, wywodzący się z tego samego środowiska co Hugo-Bader. Do książki „Mur. 12 kawałków o Berlinie" z 2015 r. napisał tekst, gdzie zawarł wypowiedzi bohaterów, które padły w filmie dokumentalnym „Paczki Solidarności". W tekście Szabłowskiego zabrakło przypisów, że wypowiedzi pochodzą nie z jego pracy, tylko z dokumentu. I choć w końcowej bibliografii zawarł informacje, że korzystał w swojej pracy z filmu, to jednak całość sprawiała wrażenie, jakby to on sam przeprowadził rozmowy z owymi bohaterami.

O sprawie poinformowało samo wydawnictwo Czarne, odcinając się od takiej praktyki, a po kilku miesiącach wydrukowało drugie wydanie „Muru", ale już tylko z 11 tekstami. O sprawie napisał magazyn „Press", któremu Szabłowski tłumaczył się tak: „Mam do siebie pretensje o ten tekst, bo połowa nie jest efektem mojej własnej pracy. Połowa tekstu to była praca researchera, a nie reportera. Drugi raz bym tego nie zrobił. To była fuszerka". Następnie przedstawił dwie opinie prawne, stwierdzające, że jego działanie nie nosiło znamion plagiatu. Obyło się jednak bez sądu, wystarczyło porozumienie zainteresowanych stron, zwrot honorarium przez autora i wspomniany drugi nakład, niezawierający jego tekstu.

W przypadku Witolda Szabłowskiego nieprzyjemny zapach po sprawie ulotnił się szybko, m.in. dlatego, że jego następna książka, wydana rok później, była pierwszoligowym reportażem – „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia".

Jeszcze jedna sprawa, w której pojawia się słowo na literę „p", to historia Katarzyny Pakosińskiej, niegdyś związanej z Kabaretem Moralnego Niepokoju, a od kilku lat autorki książek. Jak twierdził bloger Artur Bińkowski, w jej debiutanckich „Georgialikach", wydanych w 2013 r., doszukać się można było znamion plagiatu aż na 244 spośród 350 stron. Polegało to na przepisywaniu całych fragmentów dotyczących historii, kultury i obyczajowości Gruzinów, bez cytatów i podawania źródeł, którymi były m.in. portale krajoznawcze, blogi, tygodniki, książki podróżnicze oraz Wikipedia.

Autorka i jej wydawnictwo (Pascal) długo bagatelizowali sprawę. Po czterech latach od tamtej afery nie poczuwała się do winy, a odpowiedzialność przerzucała na wydawcę. W piśmie „Twoje Imperium" tłumaczyła: „Posądzono mnie o plagiat. Było dużo błędów po stronie redakcyjnej, fatalnie skonstruowano umowę. W efekcie wylano na mnie wiadra pomyj". Po „Georgialikach" Katarzyna Pakosińska wydała jeszcze jedną książkę o Gruzji i trzy książeczki dla dzieci.

Była też zawstydzająca historia Wojciecha Sumlińskiego, który w dziennikarsko-publicystycznych „Niebezpiecznych związkach" garściami czerpał – podobnie jak Quentin Rowan – ze znanych powieściopisarzy, m.in. Chandlera, Steinbecka, Larssona, a nawet Coelho. Tymi „zapożyczeniami" ugodził we własną pracę, dezawuując efekty swego dziennikarskiego śledztwa.

I jeszcze jedna sprawa z rodzimego podwórka, w której ktoś kogoś oskarżył o proceder na literę „p". To historia tłumaczenia kolejnego wydania książki Johna le Carrégo (wyd. Sonia Draga), w którym tłumaczka obficie miała korzystać z pracy, którą wykonał w poprzednim przekładzie Maciej Świerkocki. Sprawa ta również nie skończyła się procesem, ale ugodą.

Rachunki za kradzież Graala

Jak widać, mało komu zależy, żeby takie sprawy nagłaśniać. Na pewno nie wydawnictwu ani tym bardziej autorowi, a sami poszkodowani zaspokajają się najczęściej porozumieniem pozasądowym. I sprawa nie musi być wcale ewidentna – nie musi chodzić o dosłowne kopiowanie całych zdań z cudzego dzieła.

Co jednak w sytuacji, gdy nie można kogoś złapać za palce na klawiszach CTRL+C i CTRL+V, ale i tak autor poczuje się okradziony z pomysłu? W sytuacji, gdy na przykład ktoś wymyślił parę bohaterów, żyjących w konkretnych czasach, w konkretnym miejscu i którym przytrafiają się bardzo konkretne historie. I nagle taki autor stwierdza, że ktoś inny napisał później historię zadziwiająco podobną czy niemal identyczną? Albo w sytuacji, gdy autor czuje się obrabowany z przeprowadzonej dokumentacji? Na przykład historyk, bądź reporter, ma wrażenie, że jakiś beletrysta osadził swoją historię w świecie, który on wcześniej w pocie czoła opisał na podstawie źródeł i archiwaliów. Przyszedł na gotowe, wykorzystał całą nagromadzoną przez historyka wiedzę i na dodatek sprzedał więcej książek niż on, bo przecież to w końcu beletrystyka, a nie literatura naukowa. W takich sytuacjach pojawiają się schody, na dodatek bardzo śliskie, a udowodnienie takiego „zapożyczenia" bądź „inspiracji" graniczy z niemożliwością.

O kradzież pomysłu taką metodą był oskarżony Dan Brown w swoim bestsellerowym „Kodzie Leonarda da Vinci" z 2003 r. O plagiat oskarżyli go Richard Leigh i Michael Baigent, twórcy książki „Święty Graal, święta krew" (1982), którzy poruszali w niej podobne wątki, co Brown: historia świętego kielicha, skarb templariuszy, katarscy heretycy itd. Co więcej, twierdzili, że Brown zaszyfrował swoją „inspirację" w jednej z postaci – sir Leighu Teabingu, którego imię miało stanowić anagram imion autorów „Świętego Graala...".

Pisarze przegrali sprawę we wszystkich instancjach, a sąd apelacyjny w uzasadnieniu stwierdzał, że sam fakt przeprowadzania dokumentacji i badań przez naukowców nie daje im monopolu na poruszanie się w danej dziedzinie i nie może ograniczać praw innych autorów do tworzenia w tej samej przestrzeni historycznej czy naukowej. Ponadto w pierwszej instancji sąd stwierdzał, że Baigent i Leigh zarobili pośrednio na pracy Dana Browna, bo sprzedaż ich książki po premierze „Kodu" znacząco wzrosła.

Baigent i Leigh zostali na lodzie z rachunkami za proces rzędu 3 mln dol., co nie powstrzymało innych śmiałków – w 2017 r. Jack Dunn, autor książki „The Vatican Boys" („Chłopcy z Watykanu", bez polskiego przekładu), skierował list do wydawcy Browna, przekonując, że pisarz „zapożyczył się" u niego w blisko stu miejscach swej książki. O sprawie na razie jest cicho, ale raczej mało prawdopodobne, że Dunn ugra cokolwiek poza długami za usługi prawników.

Owoc kapitalizmu

Jeszcze więcej komplikacji pojawia się w przypadku współczesnej dramaturgii, gdzie kluczowe jest pojęcie adaptacji tekstu, mającej na celu dostosowanie go do teatralnej inscenizacji. Czasami zmiany dokonywane przez dramaturga i reżysera są tak radykalne, że z oryginalnego dzieła nie zostaje ani jedno słowo, a mimo to sztuka nadal podpiera się oryginalnym tytułem i nazwiskiem klasyka. Mniejszy problem, gdy dzieło ma swoje lata i weszło już do domeny publicznej (jest jeszcze kwestia przekładu, który również jest chroniony prawami autorskimi), ale kiedy autorem nie jest Eurypides, Szekspir czy Wyspiański, tylko kiedy autor żyje i niekoniecznie jest zadowolony z rozwinięcia swojego dzieła, to mamy gotowy spór.

Tak było w przypadku spektaklu „Teren badań: Jeżycjada" w reżyserii Weroniki Szczawińskiej, autorstwa Agnieszki Jakimiak. Była to eksperymentalna sztuka bardziej krytycznie badająca fenomen powieściowej serii Małgorzaty Musierowicz, aniżeli tych powieści adaptacja. Pisarka próbowała protestować, żeby w ten sposób nie korzystano z jej pracy, ale nie doczekała się zrozumienia, więc wkrótce po premierze złożyła wniosek do sądu o zastrzeżenie znaku towarowego „Jeżycjada". Sąd się do niego przychylił i w celu zabezpieczenia powództwa postanowił o tymczasowym wstrzymaniu wystawiania spektaklu. Ten kazus zaniepokoił i podzielił środowisko teatralne.

Zdarzają się też przypadki jeszcze mniej oczywiste. Film „Przemytnicy" Włodzimierza Olszewskiego z 1984 r. był adaptacją powieści „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" Sergiusza Piaseckiego, ale z racji tego, że twórczość Piaseckiego była zakazana przez PRL-owską cenzurę, to nazwisko przedwojennego pisarza nie pojawiło się w czołówce filmu. Z punktu widzenia kultury to dobrze, że do adaptacji doszło (bez względu na to, czy film się udał czy nie), ale już z punktu widzenia prawa można powiedzieć, że dokonano kradzieży i przywłaszczenia.

Od wspomnianej wcześniej sprawy „Jeżycjady" rozpoczyna swoją książkę „Nieuchronny plagiat" (wyd. Znak, 2017) krytyk i literaturoznawca Maciej Jakubowiak. Publikacja nosząca podtytuł „Prawo autorskie w nowoczesnym dyskursie literackim" to jego praca doktorska obroniona na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jakubowiak zderza w niej ze sobą koncepcje prawne i teoretycznoliterackie, przeprowadzając analizę w odwrotnym niż zazwyczaj kierunku – zastanawia się, jak koncepcje praw autorskich wpłynęły na literaturę pod względem formalnym. Jak kształtowanie się definicji prawnych, przepisów, nakazów i zakazów, wpłynęło i wpływa na strategie twórcze literatów? Jak wpływa ono na powszechne rozumienie literatury?

Z lektury tej przeciekawej pracy wyłaniają się dwie najbardziej problematyczne kategorie związane z prawem autorskim. Pierwszą jest pojęcie własności (w jakim stopniu dotyczy ono także dóbr niematerialnych, takich jak pomysł, idea, fabuła?), drugą – status autora (gdzie się kończy, a gdzie zaczyna jego oryginalna, niezaczerpnięta znikąd i od nikogo, praca?). Głównym punktem książki jest analiza debaty, jaka toczyła się i nadal trwa nad „Ziemią jałową" T.S. Eliota, amerykańsko-brytyjskiego poety, teoretyka literatury i noblisty z 1948 r., który napisał poemat – mówiąc w uproszczeniu – złożony z cytatów jawnych i ukrytych, który stanowi niejako poetycką opowieść o historii literatury.

Humanistom nie trzeba przypominać, że historia literatury oparta jest na kontynuacji, nieustannym powtarzaniu i rozwijaniu tego, co już było. Począwszy od mitów powtarzanych przez aojdów, takich jak Homer i jego kontynuatorzy, a także dramaturgów, twórczo przetwarzających znane historie w kolejnych pokoleniach. To oczywistość, ale żaden twórca nie żyje w próżni, nie wyciąga talentu spod kamienia, tylko wzrasta i dojrzewa twórczo w ekosystemie kultury.

Dopiero narodziny kapitalizmu i koncepcji praw autorskich powstałe na przełomie XVIII i XIX wieku (jak pisze Jakubowiak – „kształtowania się statusu książki jako produktu rynkowego"), a także wpływ epoki romantyzmu na status autora (jednostka absolutnie oryginalna, tworząca unikatowe, nowatorskie dzieło) ukształtowały nasze współczesne rozumienie prawa własności intelektualnej.

Zdarzały się i zdarzają, rzecz jasna, „plagiaty oczywiste, kryminalne", jak mówił Karol Irzykowski, teoretyk sztuki obszernie przytaczany i analizowany przez Jakubowiaka. Jednak bezczelnych i jednoznacznych plagiatów nie ma aż tak wiele, większość przypadków czerpania inspiracji – czy jak tego nie nazwiemy – jest rozmyta i trudna do oceny. Nie tylko na poziomie sądowym, ale nawet na poziomie dyskursu teorii literatury. Tak było w przypadku „Jeżycjady", ale również w przypadku Szczepana Twardocha, którego „Króla" na łamach „Plusa Minusa" w kwietniu 2018 r. dziennikarz Jerzy Haszczyński zestawiał z bardzo podobną pod wieloma względami powieścią „Aniołowie umierają od naszych ran" Yasminy Khadry. Twardoch odpowiedział Haszczyńskiemu, że książki Algierczyka nie czytał, a wszelkie podobieństwa są przypadkowe i wynikać mogą z gatunkowych konwencji.

Wielkich się nie rozlicza

No właśnie, co w sytuacji, kiedy inspiracja dotyczy aspektów trudno uchwytnych, jak np. stylu, języka, frazy? Albo epoki historycznej, w której się porusza autor, i postaci historycznych? Czy Henryk Sienkiewicz mógłby mieć pretensje do Jacka Komudy za to, że ten twórczo rozwinął postać Bohuna w swoich powieściach? Czy twórcy serialu „07 zgłoś się" mogliby oskarżyć o brak oryginalności Ryszarda Ćwirleja za to, że w swoich powieściach opisuje podobne co oni środowisko PRL-owskich milicjantów? Można próbować, tylko co z tego miałoby wynikać i czy nie dojdziemy w pewnym momencie do ściany – ogradzając prawnie przestrzeń kulturowego dziedzictwa, które jest dobrem wspólnym i powszechnym?

W poczuciu bezradności wobec pytania, czy istnieją granice „inspiracji" i „zapożyczenia", przytoczę za Maciejem Jakubowiakiem słowa Wacława Borowego, historyka literatury. Borowy w swoim tekście z 1920 r. omawiał historię Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który w przekładzie „Księżniczki Elidy" Moliera użył wcześniejszego tłumaczenia Franciszka Kowalskiego. Borowy broni Boya tymi słowy: „Gdyby Boy chciał, mógłby niewątpliwie przetłumaczyć tę piosenkę jeszcze całkiem inaczej, a równie dobrze. Ale najwidoczniej uważał, że byłby to niepotrzebny wysiłek, skoro dawny tłumacz dał już rzecz stosunkowo tak ładną i tak pełną staroświeckiego naiwnego wdzięku. Poprawił więc tylko jego przekład i wcielił do swojej pracy, czyniąc przez to Kowalskiemu niemały honor. Przekładu Kowalskiego dziś już nikt nie czyta, tem bardziej nikt go już pewno nie będzie czytał w przyszłości. Jedna tylko piosenka z »Księżniczki Elidy« dzięki łaskawej »aneksji« Boya żyć będzie długo, długo w mistrzowskim boyowskim Moljerze. Tak – gdy lichy poeta wyrządza krzywdę swemi »pożyczkami«, wielki poeta sprawia niemi zaszczyt".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA