fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Rosyjscy sportowcy zakochani w Putinie

Dmitrij Tarasow nie waha się popierać Putina napisem na T-shircie. Na szczęście jak dotąd nie zdjął spodenek
Reuters/Forum
Rosyjscy sportowcy nie unikają deklaracji politycznych. Choć nikt ich do tego nie zmusza, wychwalają pod niebiosa prezydenta Władimira Putina. Szczerze i z pełnym przekonaniem, podobnie jak większość Rosjan.

Gdyby postawę rosyjskich sportowców wobec władzy najkrócej zapisać na transparencie z okazji święta państwowego (ot, choćby rocznicy wypędzenia Polaków z Kremla), hasło brzmiałoby: „Świat sportu popiera politykę swojego prezydenta". Ale można by też przygotować transparent „Prezydent wspiera świat sportu". I ta symbioza trwa w najlepsze. Kiedy trzeba zamanifestować poparcie dla rządu, zawsze znajdzie się ochotnik. Kiedy trzeba coś zrobić dla sportowców, to Putin też ich samych nie zostawi.

Różne dyscypliny, różni sportowcy, różne dowody uznania, ale wspólny mianownik jeden: Władimir Putin to nasz prezydent i to, co robi, jest dobre dla kraju. Nigdzie indziej na świecie (Korei Północnej nie wliczamy) takich manifestacji nie widać. Owszem, sportowcy bywają w różnych komitetach poparcia, wyrażają swoje poglądy, ale na ogół dzieje się to przy okazji kampanii wyborczych, nigdy przy okazji wydarzeń sportowych albo w mediach społecznościowych.

W Rosji wielu sportowców czuje potrzebę powiedzenia i pokazania, że są za Putinem, i wygląda to dziwnie tylko z perspektywy Zachodu. Zwykli Rosjanie popierają politykę prezydenta, bo dobrze pamiętają, co się działo w latach 90., i widzą różnicę w swoich portfelach. Sportowcy tak samo. Nie ma powodu, żeby byli inni. A że jest korupcja? A kiedy w Rosji jej nie było?

Kadyrow chętnie zapłaci

Dmitrij Tarasow narobił ambarasu, bo kiedy po meczu zdjął koszulkę klubową, na T-shircie miał podobiznę prezydenta Rosji z napisem „Bardzo sympatyczny prezydent". To nie wszystko, bo ważne było, gdzie i kiedy zdobył się na taką deklarację, a miejsce i czas wybrał starannie.

Lokomotiw Moskwa rozgrywał mecz w Stambule z Fenerbahce w ramach Ligi Europejskiej, a w obecnej, napiętej sytuacji między Rosją a Turcją taka koszulka to nawet nie zwykła deklaracja sympatii politycznych (choć takie są surowo przez władze europejskiego futbolu tępione), ale wręcz jawna prowokacja.

Nic dziwnego, że podniósł się krzyk, UEFA zagroziła karami wobec piłkarza, a Turcy byli oburzeni. Piłkarz pytany o to wydarzenie powiedział tylko. – To mój prezydent. Szanuję go i chciałem pokazać, że zawsze jestem z nim, gotowy, by go wspierać. Wszystko co chciałem przekazać, było napisane na koszulce.

Klub zapowiedział, że ukarze zawodnika grzywną w wysokości 300 tysięcy euro. Niemal natychmiast zgłosił się Ramzan Kadyrow, który powiedział, że tę karę weźmie na siebie, bo jest fanem Tarasowa i popiera to, co piłkarz zrobił. Kadyrowa i jego poglądów na temat Putina nie trzeba przedstawiać, a prezydent Czeczenii jest jeszcze właścicielem klubu piłkarskiego Terek Grozny.

Ale nawet gdyby piłkarz sam musiał tę grzywnę zapłacić, to spokojnie by sobie poradził. Zarabia 2,4 miliona euro (bez premii za wyniki), a nie jest gwiazdą pierwszej wielkości. To pokazuje, jak wygląda liga rosyjska od czasu, kiedy stery w państwie przejął Władimir Putin.

Skoro Tarasow kocha Putina, to może Putin kiedyś ciepło spojrzy na Tarasowa? Na pewno nigdy nie będzie tak blisko z Putinem jak Alina Kabajewa, gimnastyczka, która zdobyła złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Atenach, a potem została kochanką prezydenta Rosji i w efekcie deputowaną do Dumy, ale może jakaś posada w strukturach prokremlowskich też na Tarasowa czeka?

Po tym, co zrobił piłkarz Lokomotiwu, kibice mogli wziąć udział w internetowym głosowaniu na temat tego, jaka przyszłość go czeka. Zdecydowana większość wskazała, że zostanie politykiem. Nie będzie trenerem ani nawet ekspertem telewizyjnym (a w mediach lubi błyszczeć), ale deputowanym do Dumy, najprawdopodobniej z ramienia Jednej Rosji, bo jakżeby inaczej.

Putinista kabareciarz

Przykłady już były, i to z najwyższej półki. Co prawda Jedna Rosja przyciągała do tej pory głównie waligórów, których można by ewentualnie przebrać w strój niedźwiedzia i wyrzeźbić, żeby stali we wszystkich urzędach na podobieństwo francuskiej Marianny, ale Tarasowa też do serca partia przytuli. Deputowanymi do Dumy zostali Nikołaj Wałujew, kiedyś bokserski mistrz świata w wadze ciężkiej (213 cm wzrostu), i Aleksandr Karelin, były znakomity zapaśnik (mistrz olimpijski 1988, 1992 i 1996). Wałujew zresztą skomentował wyczyn Tarasowa w Radiu Wiadomości FM, nazywając go „śmiałym i zdrowym", a ponadto „elementem ekspresji", i widział w nim nawet oznaki patriotyzmu – chociaż prawdziwie bohaterskim wyczynem według Wałujewa byłoby przejście w takiej koszulce ciemnymi zaułkami Stambułu.

On sam by się pewnie odważył, bo zdaje się popierać Putina całym sercem. Po wyborach prezydenckich pospieszył z gratulacjami na swoim koncie na Twitterze, pisząc, że prorokował zwycięstwo w pierwszej turze, a tylko „niewierni Tomaszowie" w to nie wierzyli.

Wałujew i Karelin już oficjalnie weszli do polityki i nawet z urzędu mają obowiązek popierać politykę rosyjskiego rządu, ale wśród sportowców panuje ostatnio swoista moda na zdjęcia w koszulkach z podobizną Putina. Robią je nawet gwiazdy światowego formatu od lat mieszkające i zarabiające w Stanach Zjednoczonych.

Najgłośniej jest o hokeistach. Zawodnik Pittsburgh Penguins Jewgienij Małkin to putinista kabareciarz niemalże, specjalista od fotografii z podobizną prezydenta na koszulkach albo nawet na masce swojej limuzyny. Kocha przywódcę jak umie, w poważniejsze dyskusje nie wchodzi. Do takich jak on gestów posuwają się też piłkarze, bracia Kiriłł (Torpedo Moskwa) i Dmitrij (Spartak Moskwa) Kombarowowie.

Kiedy Aleksander Owieczkin, milioner grający w NHL (Washington Capitals), umieszcza w sieci zdjęcie w koszulce z narysowanym na niej Putinem, to można się tylko uśmiechnąć, chociaż w komentarzach zachodnich internautów pojawiły się opinie o kulcie jednostki.

Kiedy jednak fotografuje się, trzymając w rękach kartkę „Chrońmy dzieci przed faszyzmem", to jawnie popiera politykę Putina na Ukrainie. Akcję #SaveChildrenFromFascism można znaleźć na oficjalnym profilu Federacji Rosyjskiej w serwisie Instagram (kremlin_russian) – przedstawia interwencję w Donbasie jako wojnę z faszyzmem. Zaangażowało się w nią wielu rosyjskich sportowców, m.in. bobsleista Aleksiej Wojewoda (wielokrotny medalista olimpijski), łyżwiarka figurowa Adelina Sotnikowa (mistrzyni olimpijska z Soczi).

Najpoważniejszą na razie deklarację złożył Siemion Warłamow. Bramkarz hokejowego klubu Colorado Avalanche umieścił w sieci zdjęcie, na którym pozuje ubrany w koszulkę z podobizną Putina i napisem „Krym jest nasz".

Hokeistom dobrze się żyje

Putin lubi hokej, strzela gole w pokazowych meczach (podobnie jak Aleksander Łukaszenko), ale i w hokeistach musi być coś takiego, co pcha ich do takich, a nie innych deklaracji. Może Kremlowi zależy na nich szczególnie, bo są gwiazdami w USA, zarabiają tam miliony dolarów i kiedy coś powiedzą, ma to większy rezonans, a poza tym denerwuje władze USA?

Czasami wychodzi straszniej, czasem śmieszniej. Owieczkin zapytany, kogo wybrałby do drużyny, gdyby trzeba było zagrać z kosmitami w meczu o uratowanie Ziemi, wskazał prezydenta Rosji. – Wybrałbym Władimira Władimirowicza Putina. Byłby moim kapitanem – wyznał Owieczkin, a dziennikarze obecni na konferencji prasowej zastanawiali się, czy do takiej odpowiedzi skłoniło go wielkie zdjęcie Putina wyglądającego jak Agent K (niezapomniany Tommy Lee Jones) z „Facetów w czerni", wiszące za plecami hokeisty.

Można się śmiać, można się pukać w głowę, można się bać. Można też zadać pytanie: jakim cudem ludzie mieszkający na Zachodzie mogą popierać tak antydemokratycznego polityka? Ale czy to przypadkiem nie jest bardzo naturalne i zrozumiałe, że rosyjscy sportowcy popierają prezydenta Putina?

Początki tej wielkiej sympatii sięgają co najmniej lat 2009–2010. Putin nie zapomniał Owieczkinowi deklaracji przed igrzyskami w Soczi, kiedy najlepszy rosyjski hokeista zapowiedział, że jest gotów nawet opuścić NHL, jeśli amerykańska liga nie wyrazi zgody na udział swoich zawodników w imprezie (igrzyska kolidują z sezonem NHL i co cztery lata wybucha konflikt). Amerykanie nie chcieli się dogadać, Owieczkin zaczął ich szantażować. Podobnie wypowiadał się Małkin. Potem Owieczkin był pierwszym Rosjaninem niosącym znicz w sztafecie olimpijskiej, a prasa rosyjska pisała, że Putin od czasu do czasu dzwoni do hokeisty.

Owieczkin, Małkin, Warłamow, Siergiej Gonczar – wszyscy oni w USA zarabiają, a przy tym doskonale wiedzą, że o władzę w ojczyźnie trzeba dbać, bo władza zadba w razie czego o nich. Owieczkin mógł składać takie deklaracje, bo mógłby spokojnie wrócić do Rosji i zarabiać tam nie gorzej niż w NHL.

Rosyjska Kontynentalna Liga Hokejowa (KHL) od lat rzuca wyzwanie Amerykanom i Kanadyjczykom i oferuje zarobki liczone w milionach dolarów (dzięki pieniądzom Gazpromu – spółek z nim powiązanych GazEnergoServis, Eriell Group, Sogaz). A popularność? Przecież Owieczkin pojawiłby się na ikonach, gdyby zaryzykował amerykańską karierę dla gry w barwach Rosji na igrzyskach w Soczi.

Putin o hokeistów dba, można powiedzieć, że na nich stawia bardziej niż na piłkarzy, bo właśnie w hokeju może liczyć na największe sukcesy. Kiedy Rosjanie zdobyli mistrzostwo świata w 2014 roku, przyjął hokeistów na Kremlu i każdemu członkowi drużyny kupił po mercedesie. Czemu? Bo o to poprosili.

Rosjanie dobrze pamiętają lata 90., kiedy rozpadał się Związek Radziecki i tamtejsza gospodarka, kiedy nie mieli pieniędzy, tracili pracę, a ich kraj coraz mniej liczył się na arenie międzynarodowej pod przewodnictwem wiecznie pijanego Borysa Jelcyna. Pamiętają, jak w ciągu pierwszego miesiąca po uwolnieniu cen poszybowały one w górę o 300 procent, a do końca 1992 roku o ponad 2500 procent. Pamiętają, jak z dnia na dzień stracili swoje oszczędności.

Pamiętają rabunkową prywatyzację, wojny gangów, ciągłe wybuchy bomb na ulicach. Pamiętają, jak jedynym lekarstwem na codzienne problemy było morze taniej wódki, co spowodowało wzrost śmiertelnych zatruć alkoholem o 60 proc. w latach po rozpadzie ZSRR. Pamiętają kryzys demograficzny. Pamiętają strzelanie z czołgów do budynku parlamentu. Pamiętają rozpad przemysłu zbrojeniowego i upadek armii.

Takich wspomnień jest w Rosji cała masa. Takie same wspomnienia mają też sportowcy, bo chociaż dzisiaj opływają w luksusy (zwłaszcza piłkarze i hokeiści), to w latach 90. nie było tak różowo. Więcej nawet, było szaro, buro i ponuro.

Pamiętają, jak rozsypywały się kluby pozbawione wsparcia radzieckiego przemysłu albo resortów siłowych. Pamiętają, jak ligą nie interesował się pies z kulawą nogą – do tego stopnia, że można było w przerwie meczu wejść za darmo na trybuny, bo nikt już wtedy nie pilnował bram stadionu.

Pamiętają regularne opóźnienia w wypłatach pieniędzy, chociaż kontrakty nie były imponujące. W 1994 roku zarobki w Spartaku Moskwa (klubie, który był wielokrotnym mistrzem Rosji w tamtych czasach) wynosiły od 300 do 500 dolarów.

Piłkarze pamiętają, jak trenowali w parkach i grali na rozsypujących się stadionach, bo nie było ośrodków treningowych z prawdziwego zdarzenia. Pamiętają bałagan w piłkarskiej federacji, dziwne kontrakty podpisywane przez jej prezesów, co skończyło się listem otwartym piłkarzy przed MŚ 1994 roku wzywającym do zaprowadzenia porządku (tzw. List 14). Jeśli ktoś nie chciał grać w butach określonej marki, mógł zapomnieć o wyjeździe na mundial do USA. Piłkarzom chodziło też o to, że federacja nie była w stanie zapewnić odpowiednich warunków przygotowań, a na selekcjonera dziwnym zrządzeniem nie wyznaczono najlepszego wtedy trenera Anatolija Byszowca.

O tym, jak w tamtych czasach podchodzono do kontraktów piłkarzy, najlepiej świadczą słowa Andrieja Czerwiczenki, właściciela Spartaka w tamtych czasach. – Kryzys to nie zawsze jest problem. Wszystko zależy od tego, w jakiej walucie jest podpisany kontrakt z piłkarzem. Jeśli są to ruble, to możesz wyjść na plus, bo płacisz w rublach, a sam jako biznesmen dostajesz pieniądze w twardej walucie.

Rosyjscy sportowcy dobrze pamiętali, jak przy sporcie zaczęli się kręcić gangsterzy, bo dla sportowców to był jedyny sposób na przetrwanie, a przy okazji „chłopcy z miasta" robili swoje interesy. Kiedy minister sportu Szamil Tarpiszczew (przy okazji trener tenisowy Borysa Jelcyna) wymyślił powstanie Narodowego Funduszu Sportu, który miał dostawać pieniądze z akcyzy za import alkoholu i tytoniu, szybko się okazało, że do Rosji wlewa się morze wódki bez żadnej kontroli, członkowie NFS upychają pieniądze po kieszeniach, a sportowcy jak byli biedni, tak zostali.

Tak było i każdy Rosjanin dobrze to pamięta. Cóż z tego, że Putin stłamsił wolną prasę, że korupcja nadal istnieje, skoro Rosjanom żyje się lepiej? Mają pieniądze, mogą jeździć na Riwierę Turecką, oligarchowie od czasu do czasu dostają po uszach i stają na baczność. Mali, wredni Gruzini zostali skarceni, a Krym „wrócił do Mateczki Rosji". Jak tu nie kochać Putina?

Winni naukowcy

Piłkarze mają ku temu szczególne powody, bo stali się w Rosji krezusami. Dzięki pieniądzom z ropy i gazu liga rosyjska została dosłownie zalana morzem dolarów.

Pierwszy na liście, reprezentant Brazylii, Hulk (Zenit Sankt Petersburg): dostaje 7 milionów euro za sezon. Kolejni dwaj: Aleksandr Kokorin (Dynamo Moskwa) i Ezequiel Garay (Zenit) dostają po 5 milionów euro, a Hiszpan Javi Garcia (Zenit) niewiele mniej, bo 4,5 miliona euro.

Reprezentant Rosji Artiom Dziuba zarabia rocznie w Zenicie (sponsorowanym przez Gazprom) 3 miliony euro, a dodatkowo za samo złożenie podpisu dostał jeszcze 3 miliony, co przy rozłożeniu kontraktu na pięć lat daje mu 3,6 milionów euro rocznych zarobków. Co roku publikowana jest lista 70 najlepiej opłacanych piłkarzy w lidze rosyjskiej i w 2015 roku „najbiedniejsi" z nich dostawali po 1,5 miliona euro. To wszystko dzięki pieniądzom pompowanym w sport przez rosyjskie firmy naftowe. A kto im każe to robić, jeśli nie prezydent?

Potężne pieniądze płaci się też w hokeju, gdzie rosyjska Kontynentalna Liga Hokejowa (KHL) rzuca wyzwanie amerykańsko-kanadyjskiej NHL i powoduje, że wielu świetnych hokeistów nie wyjeżdża grać za oceanem. W luksusy opływają siatkarze i koszykarze. Dobrze powodzi się rosyjskim tenisistom.

A Władimir Putin mówi, że nie ma co żałować pieniędzy wydawanych na sport. Gdy rosyjscy sportowcy mają problemy, jak teraz, kiedy wyszło na jaw, że gromadnie chorowali na niedokrwistość i latami brali łotewski lek mildronat (zakazany od 1 stycznia 2016 r.), to prezydent stwierdza, że winni są naukowcy, którzy w porę nie ostrzegli, że lista leków zakazanych się zmienia i Mildronat trzeba odstawić. Wpadli już Maria Szarapowa, siatkarz Aleksander Markin, łyżwiarz szybki Paweł Kuliżnikow, łyżwiarka figurowa Jekaterina Bobrowa, kolarz Eduard Worganow. Ale Władimir Putin rozgrzesza sportowców.

Bo prezydent jest „bardzo sympatyczny", jak ogłosił piłkarz Tarasow. A skoro tak, to jak go nie kochać?

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA