fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Napoleon u Buzka nie miałby szans

AWS cierpiała na chorobę „dworską” – decyzje podejmowała w interesie Mariana Krzaklewskiego – mówi Ryszard Czarnecki. Brawo!
Fotorzepa, Michał Sadowski
Ryszard Czarnecki, europoseł PiS: Prosiłem Hannę Gronkiewicz-Waltz, by wycofała się z wyborów prezydenckich, bo rozdrabnia głosy obozu solidarnościowego, a ona zaczęła mi tłumaczyć, że sondaże są nieistotne, że ona wygra, ponieważ tak chce Pan Bóg. Dodała też, że z ruchu warg papieża Jana Pawła II podczas jego pielgrzymki w Skoczowie odczytała: „Hanno, będziesz prezydentem".

Rz: Jest pan politykiem, który dobrze wie, co to znaczy być raz na wozie, raz pod wozem.

To prawda, dwukrotnie wypadłem z Sejmu: w 1993 roku i w 2001 roku. Ten pierwszy raz był bardziej bolesny. Nie było jeszcze wówczas odpraw dla posłów. Gdy Wałęsa rozwiązał Sejm, z dnia na dzień zostaliśmy bez pracy, środków na utrzymanie i pieniędzy na biuro. Na dodatek po kilku dniach nie można już było wejść do Sejmu. Nie budowało to autorytetu klasy politycznej.

Klasa polityczna już wówczas sama ten autorytet stawiała pod znakiem zapytania. Pamięta pan głośną książkę Anastazji P. vel Marzeny Domaros „Erotyczne immunitety" o zabawach w Sejmie?

Pamiętam. Ta książka wywołała burzę i była dowodem na zepsucie klasy politycznej. Większość posłów nie kojarzyła pani Marzeny, ale dla części była obiektem pożądania.

Również z pana klubu ZChN. Domaros wzięła na celownik waszego ówczesnego szefa klubu Stefana Niesiołowskiego.

Tak i opisała go fatalnie. Ja też znalazłem się w tej książce, ale zostałem przedstawiony absolutnie niewinnie jako ktoś, kto odebrał telefon i odezwał się piskliwym dyszkantem. I to był Ryszard Czarnecki (śmiech). To w ogóle była bardzo barwna kadencja. Młodzież nie chce wierzyć, gdy opowiadam o tamtych czasach. Posłem był wówczas dzisiejszy prezenter telewizyjny Krzysztof Ibisz i kabareciarz Janusz Rewiński. Obaj należeli do Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, która w czasie kadencji podzieliła się na „małe piwo" i „duże piwo".

Duże piwo to była – jak mówią niektórzy – ta mądrzejsza część PPPP.

Na pewno z większą głową do biznesów... Ale „małe piwo" było weselsze. „Duże piwo" stało się zresztą przyczyną nieszczęścia Donalda Tuska, bo ci posłowie poszli do Klubu KLD i przez nich Tusk przegrał wybory na szefa połączonego klubu. Wygrał je Tomasz Bańkowski, nieznany szerzej poseł tylko tej jednej kadencji. W Sejmie był też klub partii X, któremu przewodził Antoni Czajka. Jego wystąpienia czasami nawet szły w dobrym kierunku, ale podawał je w takim sosie, że duża część posłów skręcała się ze śmiechu. Pamiętam też, jak Henryk Goryszewski, który miał ksywkę „Kobra", krytykował fakt, że wszystkie kasyna w Polsce były własnością Austriaków, i przyrównał ich do działalności ambasadora Rosji z czasów rozbiorów Repnina, który na polecenie carycy Katarzyny pozbawiał Polskę suwerenności. Intencje dobre, ale Sejm wybuchnął śmiechem, a Niesiołowski mówi do mnie: Widzisz, to jest koniec „Kobry", „Kobra" się już skończył, jego już nie ma, już się nie podniesie. Po czym po miesiącu Goryszewski został wicepremierem w rządzie Hanny Suchockiej. Wtedy nauczyłem się, że w polskiej polityce „nigdy nie mówi się nigdy".

To był też czas lustracji i obalenia rządu Jana Olszewskiego. Wasz lider Wiesław Chrzanowski, wówczas marszałek Sejmu, został oskarżony przez Antoniego Macierewicza, waszego kolegę klubowego, o współpracę z SB.

O tym, że na liście Macierewicza był Wiesław Chrzanowski, dowiedziałem się w dniu przesłania jej do Sejmu. Pamiętam naszego ówczesnego sekretarza generalnego Mirosława Jakubowskiego, który chodził po Sejmie przejęty i powtarzał: „Chrzanowski był kapuchą". To wszystko było poruszające. Popierałem lustrację i usiłowałem być lojalny zarówno wobec Macierewicza, jak i wobec Chrzanowskiego. Dlatego znalazłem się w małej, chyba trzyosobowej, grupce, która wstrzymała się od głosu, gdy ZChN podejmował decyzję o wyrzuceniu Macierewicza.

Jak pan oceniał rząd Jana Olszewskiego?

Jan Olszewski był uroczym człowiekiem, no i potrafił godzinę przemawiać bez kartki. Krążyły o nim różne genialne anegdoty, np. jak to broniąc Macierewicza w latach 70., umówił się z nim w środę na godzinę 11 i dokładnie w środę o 11 zjawił się w areszcie, tylko było to tydzień później. Pamiętam, jak w czasie tej słynnej nocnej debaty nad odwołaniem rządu Olszewskiego poprosiłem o pół godziny przerwy w dyskusji, bo sądziłem, że przez te pół godziny zostaną dowiezione z archiwów dawnych WUSW kolejne akta lustracyjne do MSW. Ale mój wniosek został odrzucony i rząd trwał krócej o pół godziny.

Jak to możliwe, że mimo niesubordynacji przy wyrzucaniu Macierewicza został pan rekomendowany przez Chrzanowskiego do rządu Hanny Suchockiej, na stanowisko wiceministra kultury?

Widocznie doceniano młodego, zdolnego i skromnego (śmiech) posła. Wiesław Chrzanowski chciał mnie nawet zaproponować na ministra kultury i sztuki, ale w ostatniej chwili popatrzył na datę mojego urodzenia i stwierdził, że mam raptem 29 lat. Dla Chrzanowskiego był to absolutnie wiek dziecięcy. Zostałem więc rekomendowany na wiceministra kultury, ale pani premier Suchocka zadbała o to, żebym szybko nie wszedł do resortu. Nominację dostałem dopiero wiosną 1993 roku. Wcześniej, jako przewodniczący podkomisji, pracowałem nad projektem prawa autorskiego, przeciwko któremu została zawiązana bardzo dziwna koalicja Teresy Liszcz z PC i Jerzego Jaskierni z SLD. Pamiętam, jak przyjeżdżały do nas delegacje z zagranicy, w tym kongresmenów amerykańskich, którzy brutalnie naciskali na błyskawiczne uchwalenie ustawy. To było moje pierwsze rozczarowanie Amerykanami.

Jak wyglądały negocjacje przy tworzeniu rządu Hanny Suchockiej. Krążyło na ten temat legend moc, m.in. ta, że Suchocka dowiedziała się o tym, będąc w Londynie.

Faktycznie słyszałem, że z całej Unii Demokratycznej ona była najbardziej zaskoczona tym projektem. Forsował ją Bronisław Geremek, bo już wiedział, że on sam nie może objąć teki premiera. A uznał tak nie bez kozery, bo przecież jesienią 1991 roku Lech Wałęsa powierzył mu misję tworzenia rządu, która skończyła się całkowitą klapą.

Jaka atmosfera panowała w tamtym rządzie?

Na posiedzeniu Rady Ministrów byłem jako wiceminister raz, więc trudno mi powiedzieć. Wcześniej nasi ministrowie – Antoni Macierewicz, Jerzy Kropiwnicki i Zbigniew Dyka – zdawali relację na posiedzeniu klubu z prac rządu. Macierewicz w ogóle mało mówił na temat resortu. Z kolei Dyka najczęściej opowiadał o tym, co było na obiad w przerwie posiedzenia Rady Ministrów. A później przeszedł do historii, bo spóźnił się na głosowanie i tego jednego głosu zabrakło, żeby ocalić rząd Hanny Suchockiej. Mówiono, że spóźnił się specjalnie, bo Suchocka wcześniej wyrzuciła go z rządu. Zastąpił go słynny Jan Piątkowski z Opolszczyzny, który mocno starał się eksponować kwestię śledztwa katyńskiego. Złośliwy Niesiołowski mówił o nim „pawian", bo mu się kojarzył z fizjonomią pawiana. Niesiołowski lubił porównywać polityków do zwierząt.

Dlaczego Suchocka wyrzuciła Dykę?

Mam wrażenie, że znalazła jakiś pretekst, bo od początku nie było między nimi chemii. Upadek rządu Suchockiej był dla nas szokiem. Stało się to za sprawą „Solidarności", która w ten sposób nieświadomie utorowała drogę do władzy komunie. Jednak ten rząd prędzej czy później by upadł niezależnie od spóźnienia Dyki na głosowanie, bo między Pałacem Prezydenckim, a konkretnie Mieczysławem Wachowskim, a rządem panowały trudne relacje.

Jeszcze jedna osoba z waszego klubu nie stanęła w obronie rządu Suchockiej. Posłanka Bogumiła Boba.

Ona należała do najbardziej radykalnej frakcji w naszym klubie, której przewodził Jan Łopuszański. Nazywaliśmy ich biczownikami, bo prezentowali fundamentalne stanowiska w różnych sprawach. Ale czasami nas zaskakiwali. Pamiętam, jak rozważaliśmy, kogo rekomendować na jakieś wysokie stanowisko państwowe, i Janek Łopuszański stwierdził, że moglibyśmy poprzeć Jerzego Ciemniewskiego z Unii Demokratycznej w zamian za to, iż UD załatwi, żeby media przestały nas atakować. To było bardzo naiwne myślenie. Pamiętam też, jak wysłannicy Unii Demokratycznej przyszli do nas z kompletnie szaloną propozycją, żeby do wyborów Anno Domini 1993 wystartować ze wspólnej listy partii rządzących.

Dlaczego była to szalona propozycja?

Nasz elektorat by nas zabił, gdybyśmy weszli w alians z partią, w której pierwsze skrzypce grała ROAD-owska lewica popierająca aborcję. No i wtedy doszło do gigantycznego błędu Wiesława Chrzanowskiego, który zdecydował, że do wyborów wystartujemy jako koalicja, a więc z progiem 8-procentowym. Na dodatek nie wpuścił do tej koalicji Gabriela Janowskiego. Te rozmowy odbywały się u abp gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego, który bardzo się upierał, żeby w koalicji znalazły się ugrupowania Aleksandra Halla i Artura Balazsa. Janowski pukał do tych drzwi koalicyjnych bez skutku. Balazs z Hallem go nie chcieli, a Chrzanowski go nie bronił. W rezultacie nie przekroczyliśmy progu wyborczego dla koalicji i wypadliśmy z Sejmu. Wtedy Wiesław Walendziak zaproponował mi pracę w Polsacie w charakterze szefa redakcji katolickiej, tyle że episkopat musiał mnie zaakceptować. I zaakceptował.

Czy z powodu wyborczej klapy Chrzanowski parę miesięcy później odszedł z funkcji szefa partii?

Tak. zrezygnował zaraz po wyborach, późną jesienią w 1993 roku. Ja zostałem pełniącym obowiązki prezesa, a później, w lutym 1994 roku, wybrano mnie na prezesa. W wybory Chrzanowski już nie ingerował.

Jako prezes ZChN zapisał pan kontrowersyjną kartę tego ugrupowania, udzielając poparcia w wyborach prezydenckich Hannie Gronkiewicz-Waltz.

To się wówczas wydawała bardzo logiczna decyzja. Uważałem, że Lech Wałęsa nie wygra wyborów prezydenckich i że trzeba szukać alternatywnego kandydata. Ale ponieważ mieliśmy w partii silną frakcję prowałęsowską z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Henrykiem Goryszewskim na czele, to wypadało przynajmniej porozmawiać z Wałęsą. Udałem się więc na Krakowskie Przedmieście do Pałacu Prezydenckiego, gdzie przywitał mnie Wachowski. Rozmawialiśmy przez godzinę, a właściwie monologował Wachowski, opowiadając, jak to oni wszystko wiedzą, wszystko kontrolują i że Lech Wałęsa wygra w pierwszej turze. Opowiadał takie koszałki opałki, że byłem zdumiony. Na koniec powiedział, żebyśmy poparli Wałęsę, bo on i tak wygra. Nic nam w zamian nie zaoferował, a nawet nie chciał, żebyśmy mieli jakikolwiek wpływ na kampanię. Ta tyrada tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że Wałęsy nie można poprzeć.

Co na to frakcja prowałęsowska?

Gdy usłyszeli, że Wałęsa nic nam nie proponuje i nawet nie widzi nas w kampanii, czyli krótko mówiąc nie traktuje nas poważnie, to też ich sympatia do prezydenta osłabła. Dlatego mogłem z czystym sumieniem ogłosić, że naszą kandydatką na prezydenta może zostać Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Dlaczego postawił pan akurat na nią?

Bo była blisko Wałęsy, była kobietą, miała świetne relacje z Kościołem katolickim, działała w Ruchu Odnowy w Duchu Świętym i mogła zebrać głosy prawicy. Poza tym była prawniczką, zajmowała się sprawami finansowymi, co powinno było dobrze usposobić do niej Zachód, no i miała funkcję, którą można było wykorzystać jako trampolinę, czyli była prezesem NBP. Kiedy to wszystko przeanalizowałem, uznałem, że będzie najlepszą kandydatką. Czas pokazał, że miałem rację co do niewybieralności Wałęsy, ale recepta, którą wymyśliłem, okazała się nie lepsza. Już przed pierwszą turą wyborów prezydenckich zorientowaliśmy się, że mamy dramat. Nasza kandydatka nikogo nie słuchała, popełniała kardynalne błędy w kampanii i na dodatek skłóciła się z Radiem Maryja, choć wcześniej stamtąd niemal nie wychodziła.

I jak to się skończyło?

Podjęliśmy decyzję, że trzeba wycofać poparcie dla Gronkiewicz-Waltz i mimo wszystko wesprzeć Wałęsę, bo inaczej prezydentem zostanie Aleksander Kwaśniewski. Udałem się do Szczecina, gdzie akurat przebywała Gronkiewicz-Waltz, ale coś mnie tknęło i wziąłem ze sobą Staszka Wądołowskiego, bohatera Stoczni Szczecińskiej z 1970 roku. Spotkaliśmy się z Gronkiewicz-Waltz w hotelu, zaczynam jej tłumaczyć, że sytuacja jest dramatyczna. „Pani prezes – mówię – ma pani wiele zalet, ale niecałe 2 proc. poparcia. Tak słaby wynik panią pogrąży, a nas razem z panią. Na dodatek pomaga pani Kwaśniewskiemu, rozdrabiając głosy obozu solidarnościowego. Będzie lepiej, jeżeli się pani wycofa z wyborów". I wtedy pani prezes NBP zaczęła mi tłumaczyć, że sondaże są nieistotne, że ona wygra, ponieważ tak chce Pan Bóg. Że Duch Święty jej to powiedział. Dodała też, że z ruchu warg papieża Jana Pawła II podczas jego pielgrzymki w Skoczowie odczytała „Hanno, będziesz prezydentem". To było coś nieprawdopodobnego. Trzeba było zobaczyć minę Wądołowskiego, trzeźwego robotnika, który po prostu zaniemówił. Wyszedłem z tego spotkania zdruzgotany i następnego dnia w Warszawie wycofałem poparcie dla Gronkiewicz-Waltz, o co mieli do mnie pretensje niektórzy prawicowi dziennikarze. Ale po tej rozmowie uznałem, że to była misja straceńcza.

Chciałam pana jeszcze zapytać o głośny pomysł polityków ZChN, którzy udali się do byłego dyktatora Chile Augusta Pinocheta, żeby mu wręczyć ryngraf z Matką Boską.

Ja w tym nie brałem udziału. Polska prawica myślała z szacunkiem o Pinochecie, bo zatrzymał komunistów. Ale czym innym było uznanie całej złożoności sytuacji panującej w tamtych czasach w Chile, a czym innym oddawanie hołdów Pinochetowi. Ta wyprawa odbyła się z inicjatywy Marka Jurka i i Tomasza Wołka, do których przyłączył się młodziutki Michał Kamiński. Na lotnisku pewna młoda działaczka lewicy oblała go jakąś substancją .To była... Barbara Nowacka, skądinąd dziś sympatyczna i w sumie wyważona osoba.

Może to był jeden z powodów, że wypadliście z Sejmu i wróciliście dopiero razem z AWS?

Nie. Gdybyśmy startowali jako ZChN, to weszlibyśmy do Sejmu w 1993 roku.

A potem był AWS tworzony przez „Solidarność" .

Na tle partii prawicowych „Solidarność" była potęgą. Miała struktury, biura w terenie i pieniądze. Tyle że dość szybko zaczęły się walki. Przykładowo ówczesny prezes ZChN Marian Piłka robił wszystko, żeby wyeliminować z tej koalicji Porozumienie Centrum.

Dlaczego?

Sądzę, że nie chciał po prostu konkurencji, bo ZChN i PC były dość podobne. Później, już po wyborach, Marian Krzaklewski zaczął mieć ambicje prezydenckie, dlatego nie chciał zostać premierem ani nawet marszałkiem Sejmu, choć akurat ta druga funkcja byłaby dla niego idealna, żeby walczyć o prezydenturę. Ale on wolał być człowiekiem rozdającym karty. Dlatego oddał Sejm śp. Maciejowi Płażyńskiemu, a ten na tym wyrósł. To był duży błąd polityczny Krzaklewskiego. Poza tym AWS od początku cierpiała na „chorobę dworską", czyli nie podejmowała decyzji w interesie tworzących ją partii politycznych, tylko Krzaklewskiego.

W jaki sposób się to przejawiało?

Marian chciał mieć potulnego premiera, więc wybrał cichego, grzecznego, przepraszającego, że żyje, Jerzego Buzka. Ale szef regionu dolnośląskiego „Solidarności" Tomek Wójcik zaproponował na to stanowisko Andrzeja Wiszniewskiego, profesora z Wrocławia. Krzaklewski uznał, że trzeba przeprowadzić wybory, dopuścił do głosu Buzka i Wiszniewskiego, odbyło się głosowanie w Klubie Parlamentarnym AWS, po czym ogłoszono, że wygrał Jerzy Buzek. Żadnych wyników nie podano i nikt nie protestował. Posłowie dosyć powszechnie podejrzewali, że wygrał Wiszniewski, który miał dużo lepsze wystąpienie, ale jaka była prawda, tego nikt nie wie. Może wygrał Buzek, ale Krzaklewski wolał go trzymać w niepewności? To był demoniczny pomysł, bo sprawiał, że Buzek był całkowicie zależny od Krzaklewskiego. Drugi przykład – na samym początku kadencji Janusz Tomaszewski, ówczesny wicepremier, Jan Rokita i ja proponowaliśmy szybkie przekształcenie AWS w partię polityczną. Uznaliśmy, że koalicja będzie się rozłazić, że każda partia będzie ciągnęła w swoją stronę i że przy bardzo silnym SLD wyjdzie nam to bokiem. Krzaklewski się na to nie zgodził, bo uznał, że na partię polityczną nie będzie miał takiego wpływu, jak na AWS.

Jakim premierem był Jerzy Buzek?

Był mistrzem socjotechniki. Człowiek szedł do niego na spotkanie sam na sam, Jerzy Buzek słuchał tego, co się miało do powiedzenia, kiwał głową, a na koniec mówił: „dziękuje ci, Ryszard, zwróciłeś mi uwagę na bardzo ważne rzeczy, bardzo ci dziękuję, to jest świetny pomysł, musimy go wykorzystać". Człowiek wychodził z takiego spotkania w skowronkach, tylko nie wiedział, że następny rozmówca słyszał dokładnie to samo, nawet gdy przychodził z przeciwnym pomysłem. Niestety, Buzek był zakładnikiem ostatniego rozmówcy.

No to chyba proces decyzyjny był trudny?

Jeżeli minister chciał coś załatwić, to musiał przesiadywać w przedpokoju gabinetu Buzka, patrzeć, kto przychodzi, żeby natychmiast neutralizować swoich przeciwników, i wtedy miał szansę przeforsować swoje. Okropnie ciągnęły się też posiedzenia Rady Ministrów, bo premier Buzek robił przerwy, ilekroć ministrowie się pokłócili, i tak długo z nimi rozmawiał, aż się pogodzili. Miał też dziwaczne zagrania. Pamiętam taką sytuację – przyjechałem na spotkanie do willi MSW. Jest Buzek, Krzaklewski, Tomaszewski i ja. Pojawia się kwestia kandydata na wojewodę małopolskiego. Pada nazwisko Mariana Apostoła, na co Buzek mówi: „No nie, Kraków ma być europejską stolicą kultury, nam potrzeba wojewody, który swoim wyglądem będzie reklamować i Kraków, i Polskę, a pan Apostoł ma niecałe 160 cm wzrostu". Cóż, taki Napoleon to u Buzka szans by nie miał... Tak Apostoł nie został wojewodą, a dzisiaj jest urzędnikiem w Brukseli i na korytarzach PE mija się z Buzkiem.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA