fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Polak Kaszubie wilkiem

Zaślubiny z morzem (ryc. Zygmunta Wierciaka). W rzeczywistości Zatoka Pucka pokryta była lodem, a gen. Haller wrzucił pierścień do przerębla
EAST NEWS, Krzysztof Chojnacki
Sto lat temu, 10 lutego 1920 r., generał Haller dokonał symbolicznego aktu zaślubin Polski z morzem. Po początkowym entuzjazmie ludność połączonych wówczas z Rzecząpospolitą terenów mogła się poczuć jak pod okupacją.

W głośnym filmie „Kamerdyner" Filipa Bajona jest scena, w której do wsi przybywa niejaki Konieczny, reprezentant polskiej spółki, która ma przejąć ziemię od Niemców. Rozmawia z nim Bazyli – alter ego Antoniego Abrahama, Kaszuby, który dotarł do Wersalu, żeby obradującym dyplomatom wyłożyć na stół „sprawę kaszubską", czyli wyartykułować postulat przynależenia Kaszub do Polski.

Gdy Bazyli krytycznie wypowiada się o praktykach siłowego przejmowania ziemi od Niemców, przybysz z głębi Polski mówi: „Powiadają, że pan z krwi i kości Kaszub, a mówi pan jak, nie przymierzając, Niemiec". Na co Bazyli odpowiada: „A pan g... wie o Kaszubach".

„Kamerdyner" na samych Kaszubach jest traktowany jak krok milowy dla regionalnej narracji historycznej. Rzeczywiście, to pierwsza tak spektakularna produkcja, skierowana do masowego odbiorcy, opowiadająca o losach Kaszubów, którzy teraz, w lutym, obchodzą 100-lecie przyłączenia swojej ziemi do Polski. Bo polscy żołnierze wkroczyli tu w styczniu i lutym 1920 r., a symbolicznym tego znakiem były tzw. zaślubiny z morzem 10 lutego tamtego roku.

Wkrótce okazało się, że był to wstęp do bardzo trudnego związku.




Wszystko tchnie nienawiścią

Gen. Józef Haller wkroczył na Pomorze 17 stycznia. W myśl postanowień traktatu wersalskiego 18 stycznia zajął Toruń, 20 stycznia Bydgoszcz, następnie kolejne pomorskie miasta, by 8 lutego wkroczyć do Kartuz, a 10 lutego dokonać w Pucku owego aktu zaślubin Polski z morzem.

Jak pisze Andrzej Kutta w książce „Druga Rzeczpospolita i Kaszubi 1920–1939": „Wojska Frontu Pomorskiego, które rewindykowały Pomorze i Kaszuby dla Rzeczpospolitej, rekrutowały się w przeważającej części, poza Dywizją Pomorską, z Polaków pochodzących z b. Królestwa Polskiego, b. Galicji i Kresów Wschodnich". Były to m.in. 1. Pułk Ułanów Krechowieckich, 2. Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich, 12. Pułk Ułanów Podolskich – wszystkie te jednostki formowane były w Kongresówce i Galicji, a na Pomorze przerzucono je z frontu wschodniego.

Dalej u Kutty czytamy: „Dla żołnierzy i oficerów służących w tych jednostkach Pomorze, zwłaszcza zaś Kaszuby, były ziemią nieznaną. Nie znali oni skomplikowanych dziejów Pomorza, często nie rozumieli naszpikowanego germanizmami języka miejscowej ludności, zwłaszcza zaś języka, którym posługiwała się ludność kaszubska. (...) Oficerowie, w lwiej części »inni Polacy«, także najczęściej nie rozumieli mentalności ludności miejscowej, a na pracę uświadamiającą wśród żołnierzy nie było czasu, a niekiedy i chęci. Samowoli wojska na Pomorzu i Kaszubach, jak się okazało, nie zdołali opanować dowódcy Frontu Pomorskiego".

O tym, co działo się wiosną 1920 r. na Pomorzu, wiemy ze wspomnień mieszkańców, ale także z pewnego frapującego dokumentu. Nosi on nazwę „Sprawozdanie Komisji Pomorskiej" i został sporządzony po tym, gdy na Pomorze przyjechało dziesięciu posłów z różnych partii politycznych i regionów kraju. W lipcu – niemal pół roku od wkroczenia wojska – odbyli oni wiele spotkań z mieszkańcami.

Dokument po raz pierwszy opublikowano dopiero w 1985 r. We wstępie, autorstwa Józefa Borzyszkowskiego i Przemysława Hausera, napisano, że zachowany maszynopis ma 41 stron i jest opatrzony napisem: „poufne". W sprawozdaniu czytamy: „Po lewej stronie Wisły, zwłaszcza w północnych powiatach (pucki, wejherowski – red.) rozgoryczenie, niechęć i wprost wrogie stanowisko do Państwa dosięga punktu kulminacyjnego. (...) Słabo tu kiełkujące poczucie polskości zostało przez nieudolność władz, przez niedostateczną aprowizację niemal zupełnie zniweczone. Powiaty pucki i wejherowski robią nad wyraz smutne, wprost przygniatające wrażenie. Nie odczuwa się tutaj powiewu ducha polskiego, raczej wszystko tchnie złowrogą nienawiścią ku polskim władzom, a głębokie rozczarowanie rozsiadło się szeroko w duszach rybaków kaszubskich".

Niemki całują po rękach

Kolejny fragment „Sprawozdania..." też nie wymaga komentarza: „Poruszając stosunek wojska do ludności pomorskiej, dotykamy najboleśniejszej sprawy na Pomorzu. To wojsko, witane z nieopisanym uwielbieniem jako oswobodziciele z jarzma pruskiego, zaczęło tę skromną, cichą, pracowitą ludność traktować jak naród podbity, zachowywało się jak w okupowanym kraju".

Dalej autorzy dokumentu ubolewają nad tym, że dowództwo usuwało oficerów wywodzących się z Pomorza, „którzy znali stosunki i umieli uszanować ludność", i sprowadzało na ich miejsce „oficerów wątpliwej moralnej wartości i nawet Żydów (!), którzy umieli pohulać z głupim Kaszubem".

W „Sprawozdaniu..." znajduje się też ustęp stanowiący rodzaj analizy przyczyn niechęci Kaszubów do wojska: „Pomorzanin, a szczególnie Kaszuba przyzwyczajony w stuletniej niewoli do posłuchu zachował jednakże niesłychaną wrażliwość na bezprawie, bo żyjąc w wrogim lecz praworządnym państwie musiał o każde prawo walczyć i koniec końcem zawsze mu to prawo, choć tylko co do litery, przyznano. Ten stan psychiczny wywołał, wskutek nadużyć i samowoli wojskowej, niepożądaną reakcję, napełnił ich serca głęboką nieufnością, ciężką urazą, która w końcu zamieniła się w nienawiść do wojska i do wszystkiego co polskie".

Czym wojskowi tak bulwersowali miejscowych? Lista skandalicznych zachowań żołnierzy z orzełkiem na mundurach była długa. Chodziło na przykład o postawę oficerów w stosunku do mieszkających na tym terenie Niemców. Posłowie zwracali w „Sprawozdaniu..." uwagę, że w niemieckich domach wciąż było ukrytych 200 tys. karabinów, 500 Niemców znajdowało się na czarnej liście, tymczasem polscy żołnierze „przestawają z Niemcami hakatystami (zwolennikami germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim – red.) na przyjaznej stopie", „prowadzą romanse z Niemkami, całują je publicznie po rękach, urządzają z nimi przechadzki, wycieczki i przesiadują godzinami w pierwszorzędnych restauracjach i kawiarniach".

To wszystko działo się przy jednoczesnym masowym rabunku miejscowej ludności. Oficerowie służbowymi automobilami wywozili deficytowe towary w głąb Polski. Wykupywali je po niskich cenach, przyczyniając się do drożyzny i kłopotów z aprowizacją na Pomorzu, a sprzedawali później po wyższych cenach w Kongresówce. Nierzadko czynili to, dysponując ministerialnymi pozwoleniami. Niejaki pułkownik Jagoda, kiedy wywiózł już wszystko z Kościerzyny, pojechał do Chojnic, tam jednak spotkał się z protestem ze strony starosty. Oburzony tym faktem mówił, że „on by ze swoim starostą inaczej wyjechał".

Na porządku dziennym były „nieprawne rekwizycje", za które Kaszubi nie otrzymywali żadnych pokwitowań ani tym bardziej pieniędzy. „W powiecie kartuskim żołnierze (...) udali się z bronią w ręku w nocy o 12-tej do gospodarzy i gwałtem zabierali im siano, słomę, owies, jęczmień, żyto bez zapłaty. (...) Gospodarze błagali, klękali przed najeźdźcami prosząc, że potrzebują zboże do siewu, lecz to nic nie pomogło".

Inną okazją do rabunku były rewizje. Zazwyczaj żołnierze zachowywali się „brutalnie i bezczelnie": „Zdarzało się że młodzicy (młodzi żołnierze – red.) poturbowali spokojnych obywateli. Bili ich nawet po twarzy. Przy rewizjach dokonywano najrozmaitszych kradzieży. Urządzano rewizje często z zemsty osobistej".

Kaszubi, cierpiący coraz większy niedostatek, próbowali zaopatrywać się nielegalnie, wbrew zakazom nowych polskich władz. Pewien oficer straży granicznej zwykł karać przemytników – jak napisali parlamentarzyści z Komisji Pomorskiej – chłostą. Za przeniesienie przez granicę piętnastu jaj (jednego mendla) wymierzał 25 batów, a jeśli żołnierz akurat był w złym humorze, przenoszący jedzenie Kaszuba otrzymywał batów 50.

„Gdy starosta Mellin z Kościerzyny występował ostro za pomocą żandarmerii przeciw przekupnej straży granicznej, komendant z Lipusza, porucznik Majewski z 4 Pułku Strzelców, groził, że każe starostę porwać i wymierzyć mu 50 batów".

Jednak przemoc stosowana wobec miejscowej ludności to jeszcze nie było wszystko.

Prostytutki z Warszawy

Czytamy w „Sprawozdaniu...": „Rekwirowano rzekomo nawet kwatery dla personelu biurowego żeńskiego. Skonstatowano, że były to często kobiety z półświatka. Do kwater prywatnych sprowadzali oficerowie prostytutki z Warszawy pod mianem sióstr, kuzynek. (...) W hotelach i kwaterach urządzają oficerzy orgie pijackie z podejrzanymi kobietami, które rozbierają się do naga, tańczą, śpiewają".

Posłowie starali się wykazać odrobinę zrozumienia dla obyczajności żołnierskiej („wprawdzie: gdzie żołnierz, tam i żołnierka"), ale dodali, że „proste poczucie przyzwoitości wymaga przynajmniej, by w takich przypadkach zaciągano firanki, zasłony, by uniknąć zgorszenia dla mieszkańców z domów naprzeciw".

Wyjątkowego pecha do wojskowych mieli mieszkańcy Pucka. Pierwszy komendant urządzał orgie pijackie. Kapitan, który go zastąpił, „szkaluje Kaszubów, dopuszcza się samowoli, aresztuje ze zemsty. (...) Urządza z Niemcami wspólne polowania, nawet w niedzielę, co pobożny lud kaszubski uważa za świętokradztwo".

Najwidoczniej podwładni kapitana czuli się bezkarni, skoro „rzeźnikowi Belau w Pucku wykradł pewien sierżant córkę. Kapelan wojskowy udzielił w kościele ślubu bez poprzedniego obowiązkowego ślubu cywilnego. Żołnierze wartowali przed bramą kościelną, by nie dopuścić ojca do kościoła".

Nadużycia wojskowych w żadnej mierze nie mogą być jednak uznane za jedyne powody wzrastającej niechęci ludności Pomorza do państwa polskiego. – Żeby właściwie zrozumieć sytuację Pomorzan po 1920 r., trzeba wziąć pod uwagę kontekst gospodarczy, społeczny i obyczajowy – mówi prof. Józef Borzyszkowski, historyk, autor wielu książek na temat historii Kaszub i Kaszubów.

Jego zdaniem to właśnie realia gospodarcze w głównej mierze powodowały niechęć Pomorzan do polskich władz.?– Wielu zobaczyło, ile muszą za tę nową Polskę zapłacić. Pomorzanie marzyli, że będzie ludowa, że wszyscy będą równi, nie będzie nierówności społecznych, i że będzie lepiej niż w Niemczech. A okazało się, że o ile w Rzeszy Pomorze było regionem zacofanym, o tyle w nowej Polsce był to region – obok Wielkopolski i Śląska – stojący na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż inne dzielnice.

Odradzająca się Polska musiała poradzić sobie z problemem różnic pomiędzy poszczególnymi jej częściami, dotychczas znajdującymi się pod trzema zaborami. – Więc żeby wyrównać, ktoś musiał stracić. Tracili Pomorzanie – konstatuje profesor.

Zrównano walutę polską z niemiecką. Uczyniono to w momencie, gdy za jedną markę polską można było otrzymać pięć lub sześć niemieckich. Mieszkańcy Pomorza trzymali oszczędności w tych drugich. Nie trzeba wyjaśniać, jakie przyniosło to skutki.

To jednak nie koniec fatalnych dla Pomorzan decyzji władz. Region odcięto od rynków zbytu. Kaszubi handlowali z miastami niemieckimi, które teraz znalazły się poza granicami Polski. Tego handlu zakazano, przy czym nie zorganizowano rynku zbytu w Polsce (stąd w „Sprawozdaniu..." doniesienia o próbach przemytu towarów). Rybacy nie mieli więc komu sprzedawać ryb, rolnicy – płodów rolnych. Bieda zaglądała w oczy. Były problemy z aprowizacją. Brakowało części do maszyn rolniczych, narzędzi połowowych dla rybaków, paliwa, materiałów budowlanych. Nawet chleba dla rodzin rybackich, które same nie uprawiały ziemi.

– Kolejna sprawa to napływ tzw. Galicjan, rodaków z Małopolski i Kongresówki – tłumaczy prof. Borzyszkowski. – On nie był tak wielki, jak się czasem mówi. W zasadzie lokalną administrację zbudowano głównie w oparciu o własne siły. Ale ci, którzy przybyli na Pomorze, często zachowywali się w sposób, który był nie do przyjęcia dla miejscowych. Przekupstwo, życie w nieformalnych związkach... Na przykład obyczajowość wojskowych. To nie jest tak, że na Pomorzu nie było domów schadzek. Oczywiście, że były. Ale o tym się nie mówiło, tym się nikt nie chwalił. A oficerowie polscy się z tym obnosili. Nastąpiło zderzenie świata wartości.

Nie sposób także nie wspomnieć o tym, że na Pomorzu mieszkało wielu Niemców, a wpływy propagandy niemieckiej cały czas były odczuwalne. „Chcieliście Polski? To teraz ją macie. I co, zadowoleni?" – zdawali się mówić mieszkający tu Niemcy, wspierani zza zachodniej granicy machiną propagandową. Nie wpływało to propolsko na postawy ludności w warunkach, jakie zgotowały jej nowe władze. Tym bardziej że opowiedzenie się za Polską mogło drogo kosztować – i wcale nie chodziło o pieniądze.

Znane są nieliczne przypadki, w których Kaszubi, już po wprowadzeniu polskiego wojska i administracji, zwracali się do instytucji międzynarodowych z prośbą o włączenie ich małej ojczyzny do granic Wolnego Miasta Gdańska. Jak mówi prof. Borzyszkowski: – Trwała wojna polsko-bolszewicka. Niektórzy Kaszubi deklarowali tzw. optację, czyli swoją przynależność do narodu niemieckiego, ale czynili to tylko i wyłącznie z tego powodu, że nie chcieli iść na front. Mężczyźni na Kaszubach znali wojnę, do 1918 r. służyli w armii pruskiej, i zwyczajnie mieli wojny dość.

Nowe pokolenie

Czy to oznacza, że w 1920 r., po początkowym entuzjazmie wobec nowej Polski, Pomorzanie odwrócili się od Rzeczypospolitej, że nagle zrodził się duch separatyzmu lub chęć przyłączenia do Niemiec? W żadnym razie. Jak pisał prof. Gerard Labuda, najwybitniejszy historyk zajmujący się tematyką pomorską: „Trzeba też z naciskiem podkreślić, że te doznania pierwszej chwili okazały się zjawiskiem przejściowym. Nie wywarły one też trwałego wpływu na postawy obywatelskie i narodowe społeczeństwa pomorskiego".

Natomiast Jan Karnowski, wybitny intelektualista kaszubski, a zarazem wysoki urzędnik administracji pomorskiej w dwudziestoleciu międzywojennym, pisał w 1922 r.: „Powyższy osąd jednakowoż (dotyczący niechęci Kaszubów do Polski – red.) nie uprawnia do wniosku, że przeciętny Pomorzanin, powiatów granicznych lub kaszubskich, zarzucił ideę polskości. O tym nie ma mowy. (...) Została jednakowoż nieufność do rządu".

W publicystyce tego okresu pojęcie „separatyzmu" kaszubskiego jest jednak obecne. – Nikt w dwudziestoleciu nawet o tym nie myślał, żeby się od Polski odłączać – mówi prof. Borzyszkowski. – Trzeba się zastanowić, co w istocie oznaczało pojęcie „separatyzmu". Raczej chodziło o zwiększenie autonomii Pomorza, o sprzeciw wobec władzy sanacji. Na Pomorzu dominował ruch Narodowej Demokracji. Na Kaszubach wielkiej sympatii dla marszałka Piłsudskiego raczej nie było.

Czy z biegiem lat sytuacja się poprawiała, a błędy 1920 r. odchodziły w niepamięć? – Ruch dążący do autonomii Pomorza w latach 30. nie był już tak mocny. Pomorzanie aktywnie włączali się na przykład w działania Funduszu Obrony Narodowej. Napięcie generalnie spadało, ale zdarzały się okresy, w których rosło: nastroje falowały – tłumaczy historyk. Przypomina, że w latach 30. doszło do głosu pokolenie młodej pomorskiej inteligencji, wychowanej już w Rzeczypospolitej. – Ci ludzie, nawet jeśli upominali się o autonomię, to w interesie Polski. Twierdzili, że siłą państwa są samorządy. Walczyli o samorządność, którą zresztą udało się zachować w wielu instytucjach gospodarczych, sanacja nie zdołała jej do końca zlikwidować – mówi.

Wkrótce Kaszubi mieli zapłacić ogromną cenę za swoje przywiązanie do Polski. Mówi się o „krwawej pomorskiej jesieni". Od września 1939 do stycznia 1940 r. na Pomorzu hitlerowcy zamordowali 30–40 tys. osób. To była pierwsza zbrodnia ludobójstwa dokonana przez Niemców podczas drugiej wojny światowej. Mordowano księży, lekarzy, nauczycieli, prawników, urzędników, działaczy społecznych – wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób w dwudziestoleciu działali na rzecz polskości.



Lepsi, mądrzejsi, stuprocentowi

Do dzisiaj w zbiorowej pamięci Kaszubów, szczególnie tych z Wybrzeża, powszechne jest wspomnienie dotyczące 1920 r.: „a wtedy przyszła Polska, a wraz z nią – bieda". Jak pisze Mirosław Kuklik, dyrektor Muzeum Ziemi Puckiej, na Wybrzeżu funkcjonowało również inne powiedzenie, które swoje źródło bierze z kontaktu z nieuczciwymi kupcami z głębi Polski: „kto mówi po polsku, ten kłamie".

Prof. Borzyszkowski mówi: – Z dzieciństwa pamiętam takie twierdzenie, że złodziejstwa na Kaszubach nie było, dopiero z Polską przyszło. To nie jest prawdą, ale było przekonanie, że trzeba się chronić... Na przykład przed polskimi żołnierzami, którzy palili ławki szkolne, tablice, kradli i wypasali konie na polach uprawnych. Nie szanowali cudzej własności. To się nie mieściło ludziom w głowie. I pamięć o tym przetrwała gdzieniegdzie w tym, co nazywamy historią mówioną.

Zdaniem wybitnego badacza historii Kaszub tego typu twierdzenia mają dziś jednak charakter głównie deklaratywny i zasadniczo nie przekładają się na konkretne postawy czy działania. – Funkcjonują jako swego rodzaju powiedzonka. To zresztą zależy od danej rodziny – zastrzega historyk.

Jednak ten medal ma dwie strony. Prof. Borzyszkowski zwraca uwagę, że wobec Kaszubów także formułuje się twierdzenia jakby wyjęte z przeszłości. – Można to porównać do relacji między braćmi. Polacy z innych części kraju są jak starsi bracia. Przekonani, że są lepsi, mądrzejsi, to tacy „stuprocentowi" Polacy. Dla wielu do dzisiaj Kaszuba to jest prosty rybak albo chłop. Opinie o Kaszubach... Boże, jakże one są podobne do tego, co niegdyś kolonizatorzy mówili o podbitych ludach. To są bardzo delikatne kwestie – podsumowuje profesor.

Co nie podważa faktu, że relacje pomiędzy Kaszubami a Polakami z innych części kraju są braterskie, więc bliskie i ważne.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA