fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jakie były drogi Polski do niepodległości? Debata historyków w Belwederze

O Legionach w Belwederze dyskutowali profesorowie: (od lewej) prowadzący debatę Włodzimierz Suleja, Andrzej Chwalba, Grzegorz Nowik, Janusz Cisek oraz Mariusz Wołos
Fotorzepa, Robert Gardziński
Dobrze wykształceni legioniści bardzo szybko zdobywali wojskowe doświadczenie. Wyróżniał ich brak rutyny, ideowość, zaufanie do dowództwa. To byli ludzie, którzy podejmowali się realizacji wręcz niewykonalnych zadań.

Szósta debata historyków, wpisująca się w obchody 100-lecia niepodległości Polski, ponownie została poświęcona Legionom Polskim. Była to druga część debaty pt. „Przede wszystkim Legiony... Czyn zbrojny 1914–1918".

Prof. Włodzimierz Suleja (moderator):

Powinniśmy rozpocząć od soli żołnierskiego rzemiosła, czyli od szlaku bojowego Legionów. Na poprzedniej debacie mówiliśmy, skąd wzięły się Legiony, jaki był kształt – czysto socjologicznie – legionowego wojska, żołnierza. Ale mniej mówiliśmy o szlaku bojowym, o tym, jak żołnierz Legionów „tworzył się" w walce.

Proponowałbym spojrzeć przez pryzmat legionowej postawy na pewien problem natury politycznej. Otóż z jednej strony Józef Piłsudski deklarował prowadzenie licytacji wzwyż po sierpniu 1915 r., z drugiej zaś miał oponenta w postaci pułkownika Władysława Sikorskiego, który miał zupełnie inny pomysł na to, w jaki sposób należy tworzyć wojsko.

Piłsudski najpierw stawiał warunki, a potem mówił, że będzie tworzył polskie wojsko. Natomiast Sikorski stawiał rzecz zupełnie inaczej, na zasadzie: róbmy najpierw wojsko, a potem zobaczymy, co będzie. Spójrzmy na poczynania Sikorskiego w czasie II wojny światowej – mechanizm się powtórzył. To był problem pokazujący odmienność w podejściu do atutu politycznego, jakim stało się wojsko.

Prof. Andrzej Chwalba: Olbrzymi wkład Legionów

Bardzo ciekawym wątkiem są początki szlaku bojowego. Strzelcy, późniejsi legioniści, byli wpierw lekceważeni, zaś po dwóch latach – podziwiani. Co stało się przez ten czas? Początkowo strzelcy nie byli traktowani jak żołnierze. Nie było formacji strzeleckiej w ramach armii austro-węgierskiej, pojawił się problem – kim się oni staną w pierwszych tygodniach sierpnia...

Ostatecznie stali się żołnierzami, ale jedynie pospolitego ruszenia. Byli tak traktowani. A wiadomo, jak kojarzyli się „pospolitacy" zarówno w Austrii, jak i wcześniej w Rzeczypospolitej. W powszechnej opinii to nie było dobre wojsko, oczami wyobraźni widziano starszych panów, często po czterdziestce. Ale ci ochotnicy, których Austriacy lekceważyli – nie mieli stopni wojskowych, z wyjątkiem tych, którzy służyli w armii austriackiej i mieli funkcje, stanowiska – chcieli udowodnić, że są wojskiem doskonałym. I to im się udało.

Można powiedzieć, że w 1916 r. nie było lepszego żołnierza na froncie wschodnim, poczynając od Rumunii, a na Łotwie i Estonii kończąc. Jest to opinia podzielana np. przez Rosjan, którzy niejednokrotnie na wieść o tym, że na Wołyniu mają atakować legionistów – odmawiali ataków.

Trzeba podkreślić, że na Wołyniu jednak nie zawsze dochodziło do dobrej współpracy trzech brygad legionowych. One miały różne tradycje, dowództwo, a nawet interesy – również polityczne. Przywódcy brygad te interesy polityczne próbowali rozgrywać, co niekoniecznie prowadziło do właściwych decyzji na froncie.

Inna sprawa, jeszcze ważniejsza: Legiony Polskie nie były w pełni samodzielnym wojskiem, tylko wojskiem polskim, podlegającym dowództwu austriackiemu. W związku z tym Austriacy decydowali o kierunku i charakterze działań, podziale poszczególnych brygad czy pułków na jednostki. W Karpatach dzielono brygady na trzy–cztery części, potem ponownie łączono i znów dzielono, wszystko po to, by nie było tam wyraźnego znaku naszej obecności.

Bitwą, która nam się dobrze kojarzy, była Kostiuchnówka roku 1915 i Kostiuchnówka roku 1916. Ale zarówno w 1915, jak i w 1916, nie było jednej bitwy; to był szereg rozmaitych potyczek, rozciągnięty na przestrzeni ok. 60–70 km, który później zbiorowo nazwano „Kostiuchnówką", aby uczniowie, także studenci historii, byli w stanie opanować fakty historyczne; inaczej nigdy nie byliby w stanie zdać egzaminu.

Piłsudski miał wewnątrz Legionów z jednej strony komendę, formowaną i kształtowaną przez dowództwo armii austro-węgierskiej, która miała zagwarantować austriackie dowodzenie i kierunek działań, z drugiej strony byli tacy politycy, jak Władysław Sikorski, szef Departamentu Wojskowego w Naczelnym Komitecie Narodowym. I tu doszło do zasadniczego zderzenia interesów. Piłsudski mówił, że trzeba robić wszystko, by Legiony były jak najbardziej polską formacją. Wiązało się to nawet z drobiazgami, takimi jak czapka maciejówka, oddawanie honorów itd. Ale to tylko z pozoru były drobiazgi, bowiem w nich tkwiła idea samodzielności Legionów.

Piłsudski postawił na niepodległość, grę z okupantami, z kolei Sikorski twardo stał na gruncie trializmu; do końca uważał, że trializm, czyli Austro-Węgry-Polska, były jedynym sensownym i realnym rozwiązaniem. Napięcia rosły, konflikty się nawarstwiały, aż w końcu wybuchła wojna polsko-polska, która potem będzie widoczna w okresie międzywojennym, jak i w czasie II wojny światowej.

Co Legiony wniosły do armii II Rzeczypospolitej? Pełniły funkcje wychowawcze, albowiem w II RP podkreślano, że legioniści osiągali sukcesy dzięki morale, ideowości, silnej woli, a także świadomości tego, po co znaleźli się na froncie – komu i czemu służyli. Uważano, że wojsko ochotnicze jest lepsze od tego z poboru. Jedna z pierwszych decyzji rządu Moraczewskiego dotyczyła właśnie tego, że armia będzie ochotnicza, ewentualnie pobór miał być jej uzupełnieniem. Dopiero gdy Narodowa Demokracja przejęła władzę w Sejmie, przyjęto ustawę o poborze.

Z Legionami wiązało się też przekonanie, że wojsko musi być otoczone nie tylko sympatykami, ale i sympatyczkami. W II RP wracano do niezwykłego doświadczenia – tego, że kilkadziesiąt kobiet w męskim umundurowaniu walczyło w Legionach. Kazimiera stawała się Kazimierzem, Józefa – Józefem. Oczywiście, wynikały z tego problemy, np. w łaźni... Niemniej kilkadziesiąt kobiet do 1916 r. służyło w Legionach.

Ale jest jeszcze jedno. Otóż w II RP uważano, że żołnierz musi mieć wystarczająco dużo czasu na rozrywkę i sport. Nie był to dryl pruski, rosyjski czy austriacki. To miała być zupełnie inna służba wojskowa, gdzie ćwiczenia wojskowe były zastępowane ćwiczeniami sportowymi. Organizowano mecze futbolowe, wracając przy tym do doświadczeń z Wołynia, gdzie z dwóch krakowskich drużyn, Wisły i Cracovii, w 1916 r. powstała trzecia drużyna – Legia. Były też mecze piłki ręcznej. Pamiętajmy o kulcie sportu i wychowaniu żołnierza poprzez sport. To jest olbrzymi wkład Legionów.

Prof. Grzegorz Nowik: Niemiecka gafa za gafą

Pozornie się wydawało, że żołnierze Legionów byli nieopierzeni. Pamiętajmy jednak, że choć nie mieli za sobą drylu w koszarach armii austro-węgierskiej, to mieli doświadczenie ze służby ochotniczej. Byli to żołnierze ideowi, do tego wstępnie przeszkoleni w rozmaitych organizacjach paramilitarnych i wreszcie, co chyba jest najistotniejsze – mieli stosunkowo wysoką średnią wykształcenia. W polskiej historii mamy tylko dwie grupy takich żołnierzy: Legiony, a także harcerskie bataliony w powstaniu warszawskim i inne oddziału biorące udział w powstaniu, które wykonywały każde niewykonalne zadanie. To były świadectwa znaczone krzyżami Virtuti Militari.

Żołnierze Legionów, ze względu na swoją ideowość, wykształcenie, bardzo szybko zdobywali praktyczne doświadczenie. Na tę ideowość ogromny wpływ miał również czynnik zwany „esprit de corps", czyli duch oddziałowy. Ważne było też, że na front przed pierwszą Kostiuchnówką dotarł batalion warszawski Polskiej Organizacji Wojskowej, który był symbolem pewnej współzależności służby. Z jednej strony Piłsudski skierował oficerów z Legionów po szkole frontowej do działań w konspiracyjnej POW, a z drugie strony peowiacy przechodzili czasową służbę w Legionach. Ci młodzi chłopcy i kadra oficerska dzięki temu wiedzieli, że oprócz nich jest też zaplecze.

Wiosną 1917 r. Legiony były już w Królestwie, przeformowywane na kadry przyszłego wojska. Odbywają się wówczas rozmaite kursy. Niemcy popełniali w tym czasie, mimo obecności polonofila Hansa von Beselera, gafę za gafą. Na przykład językiem komendy niemieckiej ustanowiono język niemiecki, tak samo było z językiem regulaminów i instrukcji. Przecież to była iskra na proch... Radykalizację postaw żołnierzy można także tłumaczyć tym, co przemawia do każdego żołnierza – bardzo słabym wiktem. Ci żołnierze byli rzeczywiście głodni. Oni cały żołd regularnie przeznaczali na zakup artykułów żywnościowych u okolicznej ludności.

Jeżeli prześledzimy kadrę dowódczą formowanego od 1918 r. regularnego Wojska Polskiego odradzającej się Rzeczypospolitej, to moglibyśmy podzielić kadry oficerskie na trzy dominujące grupy: oficerów z armii rosyjskiej, którymi byli głównie dowódcy liniowi; oficerów z armii austriackiej, którzy kończyli Terezjańską Akademię Wojskową czy austriacką Akademię Techniczną; a trzecią grupą, zdecydowanie młodszą, w której żołnierze nie kończyli akademii wojskowych czy nawet czasem szkół wojskowych, byli legioniści. Wyróżniał ich brak rutyny, ideowość, zaufanie do dowództwa. To byli ludzie, którzy realizowali wszystkie niewykonalne zadania. Byli bardzo wysoko ulokowani w strukturze wojska.

Prof. Mariusz Wołos: Zbytnio idealizujemy Legiony

Chciałbym przypomnieć o szarży pod Rokitną z 13 czerwca 1915 r. To była klęska. Szarżowało 64 żołnierzy, wróciło sześciu. Ta piękna szarża, nawiązująca w naszej tradycji do Somosierry, kompletnie nie była wykorzystana przez piechotę. Złe dowodzenie świadczy o tym, że nie zawsze sobie radzono. Takich przykładów znamy więcej. To wszystko nie było tak piękne, jak nam się wydaje. Chyba zbytnio idealizujemy Legiony.

Bitwa pod Kostiuchnówką była największą polską bitwą I wojny światowej. Nie ulega wątpliwości, że wszystkie trzy brygady walczące w tej bitwie spisały się bardzo dzielnie, znacznie lepiej niż oddziały austriackie i nie gorzej niż oddziały pruskie. Przypomnę dziennik żołnierza niemieckiego, znaleziony i opublikowany przez Jakuba Hoffmana, żołnierza I Brygady. Niemiecki żołnierz zapisał w nim, że polscy legioniści to bez wątpienia najlepsze wojsko, jakie ma Austria. Natomiast jego wadą jest zbyt młody wiek żołnierzy, średnio 16–17 lat.

Chciałem jednak przypomnieć też o Trojanówce. Otóż Trojanówka to była panika, także wśród legionistów, nawet Belniaków, których wychwalamy pod niebiosa. Spowodowała ona gwałtowny odwrót i jeszcze większą panikę w szeregach austriackich. Wszystko przez to, że dwaj dowódcy stojący na czele 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich, Władysław Belina-Prażmowski i Gustaw Orlicz-Dreszer, się rozeszli. Dreszer zarzucił bowiem Belinie ucieczkę z pola walki. To fakty. Tam ginęli ludzie.

Gra polityczna bez Legionów byłaby możliwa, aczkolwiek – o wiele trudniejsza. Być może rację mają ci, którzy mówią, że Władysław Sikorski w swoim politycznym działaniu zawsze chciał się na kimś opierać. Najpierw były to Austro-Węgry, potem Francja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone. Nigdy dobrze na tym nie wychodził. Być może rację miał Wieniawia-Długoszowski, który zanotował w jednym ze swoich wspomnień słowa Piłsudskiego: „Faktycznie, ja chyba jestem romantykiem, bo w odróżnieniu od moich politycznych konkurentów opieram się nade wszystko na narodzie polskim".

Celem nadrzędnym Piłsudskiego była budowa choćby skromnej narodowej polskiej siły zbrojnej, by była ona instrumentem politycznym. Przy czym nie chodzi tylko o Legiony, bo równie skuteczną, a może jeszcze skuteczniejszą formą polskiego instrumentarium politycznego była Polska Organizacja Wojskowa.

Umknęła nam jedna data, 10 kwietnia 1917 r., kiedy Austriacy oficjalnie przekazali Niemcom Polski Korpus Posiłkowy. Radykalizacja nastrojów wśród polskich żołnierzy nastąpiła na fali wydarzeń w Rosji – to było tuż po ogłoszeniu przez obie konkurujące ze sobą władze rosyjskie ważnych deklaracji w sprawie Polski, co niemalże co do dnia nakładało się na przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny.

Przecież to nie mogło pozostać bez wpływu na zachowanie legionistów, oni wiedzieli, że na arenie międzynarodowej działy się rzeczy potrzebne, dobre, a tymczasem u nich było zupełnie coś innego... Nie było ustępstw. Pojawiły się więc nastroje buntu, które Piłsudski musiał w maju temperować. Bunt wtedy zostałby utopiony we krwi, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę całe wojsko legionowe i jeszcze POW, liczące łącznie ok. 50 tys. żołnierzy.

Prof. Janusz Cisek: Bardzo poważny sukces

Jeżeli mówimy o wartości żołnierza legionowego, trzeba powiedzieć o ścisłym związku dowódców z szeregowymi żołnierzami. Prawie wszyscy dowódcy brygad brali udział w działalności niepodległościowej jeszcze przed 1914 r. I zwracali się do żołnierzy w bardzo przyjacielskiej formie, co tworzyło rodzaj szczególnej więzi.

Wysoki poziom intelektualny żołnierzy sprawiał, że byli świadomi tego, iż przełożeni prowadzą ich w słusznej sprawie. Wszyscy wiedzieli, o co walczą. Poza tym walczyli na polskiej ziemi.

Piłsudski potrafił bardzo małą, właściwie nieistniejącą siłą, która w momencie wybuchu wojny nic nie znaczyła w kontekście różnych kalkulacji, zainteresować austro-węgierski sztab, ministerstwo obrony krajowej – i we współpracy z politykami galicyjskimi, z Naczelnym Komitetem Narodowym doprowadzić do powołania Legionów. To był pierwszy bardzo poważny sukces, którego do 1917 r. nie miała Narodowa Demokracja; ona nie miała swojej formacji zbrojnej, mogła jedynie się powoływać na różne oddziały, w tym piłsudczykowskie, krytykować je, ale sama nie dysponowała niczym. Straciła kilka lat, nie budując żadnego zaplecza wojskowego.

Jeżeli chodzi o wpływ Legionów na wojsko II RP, to należy zwrócić uwagę na jakość polskiego żołnierza w okolicznościach bardzo trudnych, mianowicie w trakcie walk o granice Rzeczypospolitej. Pierwszymi, którzy stanęli na wysokości zadania, byli peowiacy i zdemobilizowani legioniści, którzy w bardzo małych miejscowościach, jak Andrychów, Mielec, Krosno, będąc zaszczepieni niepodległościową ideą, podjęli inicjatywę tworzenia milicji czy straży bezpieczeństwa, tworzenia pułków powiatowych.

Prof. Janusz Odziemkowski (głos z widowni)

Chciałbym nawiązać do tego, co mówił prof. Mariusz Wołos. Mianowicie: panika, złe dowodzenie... Badam historię wojen od wielu lat i nie spotkałem wojska, nawet najlepszego, w którym nie wybuchłaby panika. Jest ona nieodłącznie związana z wojskiem i wojną. Nie możemy wydawać opinii o legionistach na podstawie tego, że kiedyś w szeregach wojska wybuchła panika. Nie możemy na tej podstawie mówić, że to nie był najlepszy żołnierz. Otóż nie: panika wybuchała nawet w gwardiach. Ale nie ma to żadnego znaczenia. Błędy oczywiście się zdarzały, ale przecież wojna jest grą błędów. Inna kwestia: lekceważenie życia ludzkiego – to również możemy zaobserwować w każdej armii.

Legioniści byli częścią ówczesnego polskiego społeczeństwa. Patrząc przez pryzmat pojęcia niepodległości, to była elita – oni rzucali swój los na stos. To była elita, ale myśląca trochę inaczej niż my. Inny był wówczas stosunek do poświęcania życia, do śmierci, do tego, o czym my dziś nie mówimy, np. umierania. A to wówczas było naturalne. Inny był stosunek do poświęcenia żołnierza.

Prof. Nowik mówił o „esprit de corps", który się tworzy, i w naukowy sposób nie jesteśmy tego w stanie ująć, ale „esprit de corps" rzeczywiście w szeregach Legionów istniał. Do tego kształtował się etos walki, ten odgrzewany etos walki, przyprószony pozytywizmem, który podczas I wojny światowej ponownie „wybuchł".

Gdybyśmy chcieli myśleć tak, jak myśleli legioniści i tamto społeczeństwo, to nam się to dziś pewnie nie uda. Poznanie tego, czym były Legiony, jak one funkcjonowały, wymagałoby głębszych badań nad poznaniem ówczesnego pokolenia: z jednej strony pozytywistycznego, z drugiej – wychowanego na legendzie napoleońskiej; z jednej strony zachowawczego, a z drugiej – spoglądającego na rewolucję francuską. Jak to pogodzić? Jest to bardzo skomplikowane.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA