fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jacek Czaputowicz: Opozycjonista u władzy

W Komitecie Integracji Europejskiej Jacek Czaputowicz przez pewien czas dzielił pokój z Mateuszem Morawieckim.
Fotorzepa/ Piotr Nowak
Mało kto może się pochwalić takim podziemnym życiorysem jak Jacek Czaputowicz. To w jego domu podpisano deklarację powołującą do życia NZS. Internowany w stanie wojennym, przywódca ruchu Wolność i Pokój, za co trafił do więzienia, będzie teraz rządził polską dyplomacją.

Powołanie Jacka Czaputowicza na stanowisko szefa dyplomacji w rządzie PiS nie jest „wypadkiem przy pracy". To prawda, nowy minister odstaje nieco od swojego poprzednika Witolda Waszczykowskiego – tonem i treścią składanych publicznie deklaracji, znajomością języków obcych i generalnie pozytywnym stosunkiem do Unii Europejskiej. Ale życiorys i zawodowe doświadczenie ułożyły się mu tak, że to on szybciej niż większość pisowskich polityków dogada się z prezesem Kaczyńskim na temat „władzy salonu" w Polsce po 1990 roku, roli Lecha Wałęsy w polskiej polityce, dekomunizacji i dezubekizacji.

Niepokorny uczeń

Poznałem go, jak mieliśmy po siedem lat, byliśmy dobrymi kolegami z podwórka – wspomina Wojciech Borowik, były opozycjonista, prezes Stowarzyszenia Wolnego Słowa. – To było niesamowite: w liceum nie przyszłoby mi do głowy, że Jacek stanie się jedną z czołowych postaci opozycji – mówi. Dlaczego wówczas nie przyszłoby mu to do głowy? Tu szef SWS jest oszczędny w słowach: – Jego zainteresowania były inne, takie bardziej młodzieżowe. Jacek był niepokorny i samodzielny w młodości, wymykał się normom domowym i szkolnym, był trudnym uczniem – mówi tylko.

Po liceum poszedł na studia zaoczne i do pracy. Tam poznał Jana Lityńskiego, który redagował Biuletyn Informacyjny KSS KOR, a potem „Robotnika". W 1977 roku Lityńskiego aresztowano. I to był pierwszy kontakt Czaputowicza z działalnością opozycyjną.

– Jak już się w coś angażował, to do końca, całym sercem. Więc jak zaczął w czasach KOR być opozycjonistą, to tak zostało – do samego końca PRL – wspomina Borowik.

Niezależność myślenia i dość lewicowe, społecznikowskie tradycje wyniósł z domu. Zadbała o to mama – Teresa Czaputowicz, dla przyjaciół Magda. W późnych latach 70. zaczęła pracować w Krajowej Agencji Wydawniczej. „To było takie straszliwie reżimowe wydawnictwo, nad którym pieczę sprawował bodajże sam Komitet Centralny PZPR" – wspomina autorka bloga „Nie tak dawno temu", wówczas dobra koleżanka pani Czaputowicz. – Magda otrzymała redakcję, którą nazwała „Z budzikiem" i której zadaniem było wydawanie popularnych podręczników. Różnotematycznych. To było zadanie oficjalne. Nieoficjalnie „Budzik" po prostu przygarniał ówczesnych dziennikarskich dysydentów, którzy pod płaszczykiem poradników przemycali niekoniecznie politycznie słuszne porady, a przede wszystkim – mogli na swoich publikacjach zarobić lub dorobić.

W domu na Wilczej – zawsze otwartym dla gości – spotykali się dziennikarze i opozycjoniści, m.in. Stefan Bratkowski, środowisko jego „Życia i Nowoczesności", Juliusz Rawicz czy Jerzy Zieleński, dziennikarz pisma „Dookoła Świata", a potem pierwszy redaktor naczelny i współtwórca solidarnościowego „Tygodnika Mazowsze" (w noc stanu wojennego popełnił samobójstwo).

Współpraca z KOR miała doprowadzić do utworzenia niezależnej organizacji studenckiej. Młody narybek uczył się od Kuronia, Romaszewskich, Macierewicza, Jana Józefa Lipskiego czy Anieli Steinsbergowej zasad samoorganizacji, pomocy wzajemnej, interwencji społecznych, drukowania. „Pamiętam moje pierwsze zatrzymanie w 1979 roku – relacjonuje sam Jacek Czaputowicz w Encyklopedii Solidarności. – Zorganizowaliśmy wtedy z krakowskim Studenckim Komitetem Solidarności demonstracje pod ośrodkiem czeskim, podczas procesu Karty 77". Dziś okoliczności tamtego zatrzymania wydają się wręcz symboliczne: międzynarodowy wymiar działalności opozycyjnej był przez lata wyróżnikiem, znakiem firmowym „Czapy" – jak nazywali go koledzy i koleżanki. A forma protestu: pikieta, w wyniku której następuje aresztowanie na oczach przechodniów, powróciła jako przemyślana strategia działań opozycji w połowie lat 80.

Pierwsze doświadczenia polityczne zaowocowały wkrótce powołaniem wiosną 1980 roku Akademickiego Biura Interwencyjnego, w którym aktywni byli działacze z Poznania, Krakowa i Warszawy. A po Sierpniu '80 okazało się, że marzenie o niezależnej studenckiej organizacji jest realne. Studenci wsparli strajki robotników. „10 września z kilkunastoma kolegami z uczelni warszawskich u mnie w domu podpisaliśmy deklarację o powołaniu NZS – opowiada Czaputowicz. – Byliśmy świadomi, że trzeba powołać ogólnopolską organizację pluralistyczną o charakterze związku zawodowego. Mieliśmy świadomość, że aby wygrać z władzą albo choć cokolwiek znaczyć, nie możemy dać się podzielić". Ale grupy założycielskie tworzyły się same w różnych miastach i na różnych uczelniach. Każda miała inną wizję funkcjonowania. Władza sprawnie rozgrywała te różnice. W końcu udało się jednak utworzyć Ogólnopolski Komitet Założycielski, w którego skład wszedł także Czaputowicz. OKZ zwrócił się do... Jarosława Kaczyńskiego o pomoc prawną. Przy tej okazji obecny szef dyplomacji poznał prezesa PiS.

Walka o rejestrację trwała, sądy odrzucały wnioski, studenci strajkowali, a NZS było coraz liczniejsze. Okrzepło. 17 lutego 1981 nastąpiła w końcu rejestracja, a Czaputowicza wybrano do Prezydium, potem został kierownikiem Biura Krajowego i członkiem Komisji Krajowej. W NZS poznał swoją żonę, Magdę. Szybko pojawiły się dzieci. A ich małżeństwo stało się „opozycyjną instytucją". – Magda miała ogromny wpływ na Jacka – mówi Wojciech Borowik. – Pochodziła z rodziny bardzo mocno dotkniętej przez tamten system, to umacniało w nim antykomunistyczne poglądy.

Koniec karnawału

Wraz z ogłoszeniem stanu wojennego zostałem internowany. Przyszli do mnie 13 grudnia o 12 w nocy, pukanie do drzwi i tak dalej..." – wspomina bez większego „kombatanctwa" Czaputowicz. Dla najbliższych tamte zatrzymania były prawdziwym koszmarem. „W nocy z 12 na 13 grudnia zabrano Jacka Czaputowicza. W więzieniach i w »internatach« przebywał przez 11 miesięcy" – opowiadała na swoim blogu koleżanka mamy. „Teresa Czaputowicz – jak wszystkie matki internowanych – usiłowała dowiedzieć się najpierw, gdzie jest, a potem dotrzeć do niego: z paczką, dobrym słowem, pomocą. Wystając w długachnych kolejkach pod murami więzienia czy obozu internowania, na trzaskającym mrozie, przypominała mi te czarno ubrane kobiety z czasów powstania styczniowego, szukające po więzieniach swoich najbliższych. Sama tak kiedyś powiedziała – »te wszystkie panie Rollisonowe...«. Ale nie tragizowała. Swoim spokojem, rozsądkiem, nawet sposobem mówienia – miała taki stonowany, niski, opanowany – głos dodawała innym otuchy".Był internowany w Białołęce, a potem w Strzebielinku, przez prawie cały rok 1982. „Po wyjściu wróciłem na uczelnię – wspominał Czaputowicz – od razu zaczęliśmy działalność. Pozałatwiałem najpierw sprawy rodzinne, wokoło panował marazm, kryzys i przygnębienie. (...) Ludzie się bali". Milicja rozbijała spotkania, czasem nawet towarzyskie. Do tego dochodziła ciągła obserwacja i wezwania.

We trzech, z kolegami z władz NZS: Konstantym Radziwiłłem i Józefem Taranem, reaktywowali Akademickie Biuro Interwencyjne, zbierali pieniądze i pomagali prześladowanym, próbowali koordynować działania rozbitego środowiska studenckiego. Jeszcze podczas internowania napisał tekst opublikowany przez paryską „Kulturę" „NZS i co dalej?", potem ukazał się on w piśmie „Czas Przyszły". W tekście pojawiła się koncepcja bliska Czaputowiczowi od czasów KOR – działania jawnego, pod nazwiskiem, wykorzystywania np. struktur samorządów akademickich, które wywalczono w 1981 roku. Wokół pisma „Czas Przyszły" zaczęło budować się środowisko. Żona Magda była jego sekretarzem.

W Strzemielinku Czaputowicz siedział w jednej celi właśnie z Taranem i innym działaczem NZS ze Szczecina – Markiem Adamkiewiczem. Ta znajomość okazała się kluczowa. Działacze „starego" NZS szukali wtedy nowej formuły. A Marek Adamkiewicz dostał wyrok za odmowę złożenia przysięgi wojskowej, w której treści była wierność Armii Radzieckiej i „obrona socjalizmu przed zakusami imperializmu". „To, że on odmówił – tłumaczył Czaputowicz w relacji dla Encyklopedii Solidarności – to jeszcze nic takiego (znane były już osoby, które odmawiały), ale on został za to skazany na dwa i pół roku więzienia. To był precedens".

„Czas Przyszły" opublikował w styczniu 1985 r. apel w obronie Adamkiewicza, podpisany przez 15 działaczy studenckich, przede wszystkim z NZS. Wysłano go do Rady Państwa i do Sejmu. Sygnatariusze byli obecni na rozprawie apelacyjnej Adamkiewicza. Na próżno. W marcu 1985 r. odbyła się tygodniowa głodówka w Podkowie Leśnej. Wzięli w niej udział studenci z Warszawy, a także Wrocławia i Szczecina, w Krakowie dołączył szef NZS na UJ Jan Rokita. Wsparli ją m.in. Jacek Kuroń, Andrzej Stelmachowski, Bronisław Geremek. 14 kwietnia 1985 r. w Krakowie formalnie założono ruch Wolność i Pokój. W deklaracji założycielskiej stwierdzono, że nie ma pokoju tam, gdzie nie są przestrzegane wolności polityczne, stosuje się represje i przymus ideologiczny, a jednostka pozbawiona jest swoich praw.

Ruch drugiego pokolenia

Według samego Czaputowicza WiP był „pomysłem na działalność jawną". „Odsyłaliśmy książeczki wojskowe – wspomina – urządzaliśmy pikiety, organizowaliśmy głodówki. WiP był elitą polityczną, największym wyzwaniem w sferze intelektu i odwagi". W 1986 roku Czaputowicz zostaje aresztowany za kierowanie organizacją. Do więzienia trafia także Piotr Niemczyk, drugi z liderów organizacji. A w Podkowie Leśnej, na parafii u księdza Kantorskiego odbywa się kolejna głodówka – tym razem kobiet, uczestniczek WiP, aktywistek i koleżanek. Żona Jacka Magda „pełniła honory domu i całego ruchu".

– Mieszkanie Jacka „Czapy" Czaputowicza i Magdy w latach 1985–1986 było de facto biurem WiP-u – wspomina Jarosław „Jarema" Dubiel, uczestnik i jeden z liderów WiP. – Gdy zamknięto Czapę i Niemczyka, liczba gości jeszcze bardziej wzrosła. Pewnego razu przewoziliśmy z Rolandem Krukiem maszynę drukarską. Magda kierowała. W pewnym momencie usłyszeliśmy nasilający się stukot. Ktoś trąbi i pokazuje na koło. Zatrzymujemy się. Śruby w kole odkręcone. Pierwsza myśl – ubecja. Może chcieli nastraszyć. Koło naprawiamy, maszynę odwozimy. Magda spokojna, żartuje, zaprasza na obiad. Przez te kilka miesięcy, kiedy Jacek siedział w areszcie pod zarzutem naruszania obronności kraju, znajomi z opozycji przechodzili na drugą stronę ulicy, bojąc się przywitać. Na wielu padł blady strach. Dawid Warszawski twierdził, że „tańczymy na ogonie tygrysa". Magda tymczasem spokojnie prowadziła biuro WiP-u, rozmawiała z korespondentami, prowadziła dom otwarty dla gości z opozycji, będący jednocześnie domem licznej rodziny. Wszystko to pod ubeckim ostrzałem, w wiecznym stresie – opowiada Dubiel.

Magda była instytucją dla wszystkich WiP-owców, niezależnie od tego, czy mąż był w domu, czy akurat gdzie indziej. Wychowywać dzieci w takich warunkach? – Do nich z dworca zawsze było najbliżej, dla mnie i wielu innych osób drzwi były zawsze otwarte, choć najczęściej przyjeżdżałem bardzo wcześnie – opowiada Marek Adamkiewicz.

WiP wytworzył szczególną więź i niespotykane w innych opozycyjnych organizacjach metody walki. Ogromne znaczenie miał fakt, że był wyjątkowo pluralistyczny światopoglądowo – od anarchistów do konserwatystów. – Poznałam Czaputowiczów w listopadzie 1985, gdy przyjechałam do Warszawy przekazać informację, że Wojtek Jankowski „Jacob" został aresztowany za odmowę przyjęcia karty powołania do wojska – opowiada w rozmowie z „Plusem Minusem" Małgorzata Gorczewska z Gdańska. – Nie znaliśmy się wcześniej, umówiliśmy się z Jackiem gdzieś w okolicy Dworca Centralnego. Mieszkał niedaleko i zaprosił mnie od razu do swojego domu. W tamtych realiach było to niesamowite, że zrobił to po krótkiej rozmowie – mówi Gorczewska.

– Tamtego wieczoru w mieszkaniu na Wilczej poznałam też Jaremę oraz Rolanda, którzy opowiedzieli mi o WiP-ie, a przede wszystkim o jawnym działaniu opozycyjnym. Dla mnie, działającej w Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, gdzie była głęboka konspira, żadnych nazwisk, żadnych spotkań w domu, ta forma działalności była niesamowita – wspomina.

WiP umiał wykorzystać potencjał kolejnego pokolenia opozycjonistów, tych, którym w drugiej połowie lat 80. nie wystarczały msze za ojczyznę. – Po dwóch tygodniach znowu przyjechałam do Warszawy i oczywiście od razu poszłam do mieszkania Magdy i Jacka. Po tym drugim spotkaniu postanowiłam podpisać deklarację ideową WiP-u i działać w sposób jawny.

Magda Czaputowicz umarła w sierpniu zeszłego roku.

Polityczne rozwody

Przez solidarnościowe struktury też trzeba było umieć się przebić. Czaputowicz ze swoimi znajomościami i kartą opozycyjną często starał się moderować co bardziej radykalnych działaczy, ale i stawiać na szali swój autorytet, by zyskać zrozumienie u „starych solidarnościowców". Tak było np. wtedy, gdy trzeba było – wspólnie z Jackiem Kuroniem – zrobić awanturę w Komisji Interwencji Solidarności, by osoby odmawiające służby wojskowej uznano za więźniów politycznych. Nie brakowało też konfliktów w samym WiP-ie o strategię działania i wartości. – Poznałem go w 1988 roku, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem go w mieszkaniu na Wilczej, po wypuszczeniu z Krotoszyna i Gniezna, gdzie odbywałem karną służbę w Batalionach Inżynieryjno-Budowlanych, po odmowie przysięgi w styczniu 1987 – opowiada „Plus Minus" Mariusz Maszkiewicz, dyplomata, obecnie ambasador RP w Gruzji. – Dla mnie Jacek był prawdziwą legendą, gdyż odsiedział za założenie WiP-u, do którego późną jesienią 1986 r. przystąpiłem. Imponowało mi, że Jacek miał rozległe kontakty w środowiskach opozycyjnych, bywali u niego Jacek Kuroń, Zbigniew Romaszewski, Jan Józef Lipski, o. Jacek Salij, Henryk Wujec, Jan Rokita, Kostek Radziwiłł i wielu, wielu innych.

Maszkiewicz podkreśla, że „Jacek był osobą otwartą i wyraźnie niechętną ideologiom". – Mimo że wychowany był, jak sądzę, w środowisku bliskim PPS (chodziło o tradycje PPS Piłsudskiego i Ciołkoszów), to zawsze był otwarty na środowiska prawicy konserwatywnej. Ta dziwna mieszanka ideowa, bo WiP raczej był identyfikowany z lewicą, spowodowała, że Jacek wraz z kilkoma osobami z naszego środowiska (Jan Rokita, Bogdan Klich, Kostek Radziwiłł, Darek Zalewski, Mariusz Ambroziak, ja i kilkanaście innych osób) postanowił powołać środowisko wyraźnie różniące się od „anarchistów i pacyfistów" – opowiada.

I wtedy nadszedł przełom

Czaputowicz zaproszony jest w 1989 r. do tworzenia Komitetu Obywatelskiego. Odmawia. Jedna z bliskich mu osób opowiada „Plusowi Minusowi": Dla Jacka wtedy runął mit Lecha Wałęsy. Chorował przez parę miesięcy, bo zrozumiał, że to, co budował on i jego koledzy przez ostatnie lata, zostanie po prostu sprzedane.

Chodziło m.in. o zgodę Wałęsy na przewodniczenie Ogólnopolskiemu Komitetowi Pokoju – organizacji atrapowej, oficjalnie walczącej w PRL o pokój. – Przychodzili też do Jacka, i to koledzy z opozycji, z Solidarności i namawiali, żeby sam wstąpił. A dla niego byłoby to zaprzeczeniem dorobku całego życia – mówi nasz rozmówca.

Tamten moment przesądził o tym, że Czaputowicz nie znalazł się na pierwszej linii politycznej. Zamiast do Sejmu poszedł pracować „u podstaw" w MSZ. Wraz z nim przyszło do resortu jeszcze dwóch ludzi z WiP: Adam Jagusiak i Mariusz Maszkiewicz. Wszyscy trzej zajmowali się sprawami polonijnymi. Czaputowicz został wicedyrektorem Departamentu Konsularnego. W 1991 roku w tym departamencie trzej WiP-owcy doprowadzili do odkrycia akt działaczy polonijnych (System Informatyczny Polonia, czyli wytwarzanie przez konsulów tzw. teczek osobowych działaczy polonijnych na Zachodzie). – Służby nie mogły mu wybaczyć, że upublicznił kompromitującą PRL praktykę, w którą zamieszanych było wielu pracowników MSZ, notabene część z nich lub ich dzieci do dzisiaj funkcjonują w gmachu na Szucha – mówi Maszkiewicz. – I to oni będą dziś prawdopodobnie z pozycji prawicowo-patriotycznych najbardziej krytykować swojego nowego szefa.

W resorcie szybko zyskał opinię „radykała", a po utworzeniu rządu Jana Olszewskiego – „olszewika". Po obaleniu tego rządu Czaputowicz, wówczas dyrektor Departamentu Konsularnego, został odsunięty, pozbawiony stanowisk i zesłany do podrzędnej pracy referenta w archiwum. – Jacek naprawdę zaangażował się w MSZ, ale był niepopularny, bo chciał prawdziwych zmian, nie wierzył w grubą kreskę – mówi Wojciech Borowik. – Był źle widziany przez elity eseldowskie, więc po końcu rządu Olszewskiego musiał zrezygnować. – Przyszedł za Skubiszewskiego, a odejść musiał za Geremka – mówi nasz rozmówca z otoczenia Czaputowicza. – Schronienie znalazł w Komitecie Integracji Europejskiej, wówczas u Ryszarda Czarneckiego. Został wicedyrektorem departamentu negocjacji akcesyjnych w UKIE, a pokój dzielił z drugim wicedyrektorem: Mateuszem Morawieckim.

To były także lata, kiedy obecny minister zdobywał stypendia zagraniczne, pisał artykuły, zaczął publikować. Późno zrobił doktorat, ale zaraz potem poszła habilitacja i w końcu w ubiegłym roku został pełnym profesorem. – Niezwykle pracowity, skromny, chociaż bardzo ambitny, co było niejednokrotnie obiektem drwin w środowisku WiP – dopowiada Maszkiewicz.

Na wiele lat znalazł swoje miejsce w administracji publicznej, w okresie 1998–2006 był zastępcą szefa Służby Cywilnej; w latach 2008–2012 kierował Krajową Szkołą Administracji Publicznej. Wykładał, pisał książki. Zaangażował się politycznie, wspomagając jako ekspert kandydaturę Piotra Glińskiego na „technicznego premiera". W 2017 roku trafił z powrotem do MSZ jako wiceminister.

Jakim będzie ministrem? – Jest osobą mającą własne przekonania, z którymi jest mocno związana – mówi Borowik. – Można go do czegoś przekonać, ale nie zmusić. Gdyby tak się stało, zrezygnuje, jestem pewien – dodaje.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA