Definicję „stulejarza" zaczerpnąłem ze Słownika Języka Polskiego PWN, gdzie jednak próżno szukać etymologii czy charakterystyki „Julki". Słowa tak przepełnionego pogardą wobec jego nastoletnich desygnatów, że aż trzeba było z jego powodu odwoływać cały plebiscyt. Pomijając już konfuzję, w jaką bez wątpienia wprowadzona została młodzież, która bez wyłonienia młodzieżowego słowa roku nie może się z pewnością zorientować, czy wyraża się wystarczająco po młodzieńczemu, największą krzywdę organizatorzy zrobili sami sobie. Wyszło szydło z worka, jak mawiały nasze babciersy.

Okazało się, że coś słabo szanowni językoznawcy znają się na swojej robocie. Przecież nie trzeba było ogłaszać wszystkich tych wzniosłych deklaracji: że „Julkami" nazywa się uczestniczki ulicznych protestów, a przecież jednej z nich złamano rękę, a nie można śmiać się z czyjegoś cierpienia (pozdro, stulejarze), że to język wojny płci i tak dalej, głosem drżącym z oburzenia. A można było załatwić sprawę dużo łatwiej, utrącić „Julkę" z zupełnie innego paragrafu. Ale żeby to zrobić, trzeba by na początek słowo to zdefiniować. Okazałoby się wtedy, że tylko na pierwszy rzut oka jest ono nowe, bo jego sens, desygnat, o którego psychiczny dobrostan tak dbają językoznawcy, liczy sobie parę tysięcy lat. „Julka" to tylko kolejne wcielenie dobrze znanego wszystkim badaczom starożytnej myśli „trutnia".

Nie pytajcie Państwo, jakim kosztem, ale porównałem kilkanaście najczęściej spotykanych definicji „Julki". Jest to więc młody człowiek płci żeńskiej, którego rodzice wywodzą się z klasy średniej lub wyższej. „Julka" wychowana została w dobrobycie, jej życie jest miłe, lekkie i toczone za pośrednictwem mediów społecznościowych (stąd jednym z wariantów tego terminu jest „Julka z Twittera"). Signum specificum życia „Julki" stanowi fakt, że z niezrozumiałych do końca przyczyn (złośliwi dodają w tym miejscu, że z nudów) zaczyna na pewnym etapie swojego życia walczyć z rasizmem, faszyzmem, kapitalizmem i każdym innym synonimem panującego porządku, którego, tak poza tym, jest beneficjentką.

Truteń tymczasem, to – jak pisał w traktacie o tychże Dariusz Karłowicz – „rozpieszczony wałkoń, który kocha się w nie przez siebie wypracowanym luksusie". Jedyny spośród wszystkich rodzajów pszczół, którego życie nie ma określonego celu ani zadania, korzysta on tylko z imponującej organizacji ula oraz pracy innych, swoją bezczynnością i „cudzożywnością" rzucając ziarna rozkładu.

Nie jest ani panem, ani sługą państwa, tylko marnotrawcą „tego, co było gotowe". Ponieważ ich rola we wspólnocie nie jest do niczego konieczna, przekonują, że nie istnieje różnica między tym co konieczne i niekonieczne. Nie zmierzają do żadnego celu, to i twierdzą, że życie jako takie jest celu pozbawione. Wszystkie przyjemności i potrzeby są do siebie podobne, trzeba je tak samo szanować.

Celem trutnia jest zrewolucjonizować język. „Wtedy sprowadzają butę, nierząd, rozpustę i bezwstyd w całej ich świetności, w wieńcach i z licznym chórem, chwalą je i mówią o nich pieszczotliwymi słowy, nazywając butę wyższą kulturą, nierząd – niezależnością, beznadziejną rozpustę – pańskim gestem, a bezczelność – męstwem".

Tak o trutniach pisał Platon, ale nim akurat nie ma się co przejmować. Był nie tylko dziadersem, ale pewnie i stulejarzem.