fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Bończa-Szabłowski: „Scheda”, czyli „Ucho Prezesa” pełne niespodzianek

Fotorzepa
Współzałożyciel Kabaretu Moralnego Niepokoju i twórca „Ucha Prezesa" Robert Górski wychodzi ze słusznej tezy, że ostrze satyry politycznej należy kierować przede wszystkim w stronę rządzących, a nie opozycji.

Rządzący bowiem z założenia są nie tylko mocniejsi i bardziej widoczni, ale też podejmują strategiczne decyzje mające daleko idące konsekwencje w przyszłości. A walenie w opozycję to zazwyczaj kopanie leżącego. I tu spojrzenie Górskiego zdecydowanie różni się od stanowiska TVP. Telewizja publiczna jest bowiem dokładnie innego zdania. Szopka noworoczna po stanie wojennym ukazywała generała Jaruzelskiego jako człowieka potrafiącego podejmować trudne, czasem kontrowersyjne decyzje, za które kiedyś społeczeństwo będzie mu wdzięczne.

W programie telewizyjnym „Polskie zoo" nadawanym w czasie prezydentury Lecha Wałęsy to właśnie nasz pokojowy noblista był Lwem, królem zwierząt, ostoją mądrości i wyrazicielem słusznych racji. Jego przeciwnicy polityczni nie budzili raczej sympatii. Włodzimierza Cimoszewicza przedstawiono pod postacią szakala, Tadeusza Mazowieckiego – żółwia, Aleksandra Kwaśniewskiego – dzikiej świni, Leszka Moczulskiego – krogulca. Była też para destrukcyjnych Chomików uosabiająca braci Kaczyńskich.

W czasach Donalda Tuska nie było szopek telewizyjnych opiewających jego geniusz. Wtedy jednak obserwowaliśmy w TVP występy Kabaretu Moralnego Niepokoju, gdzie hitem były obrady rządu. Oglądaliśmy wówczas grupkę dość niezbornych polityków, pogrążonych w chaosie, nad którym starał się zapanować premier. Na zakończenie posiedzeń kabaretowego gabinetu pojawiała się propozycja, by „poharatać w gałę", co wyraźnie ożywiało zgromadzonych.

Po wygraniu wyborów przez PiS Górski postanowił w krzywym zwierciadle satyry przedstawić nowych rządzących. Tak powstało „Ucho Prezesa". Szybko zyskało zainteresowanie, mimo że było rozpowszechniane przez mało znaną wówczas platformę Showmax.

Teraz twórcy „Ucha" postanowili zamienić swą opowieść w spektakl teatralny. Widowisko „Scheda" grane w Teatrze 6. piętro pokazuje w dość przewrotny sposób, jak Prezes próbuje po raz kolejny sprawdzić lojalność swoich współpracowników. W tej opowieści jest wiele niespodzianek, więc trudno ją streszczać, by nie zepsuć efektu zaskoczenia. Atutem są błyskotliwe dialogi oraz aktorzy. Robert Górski jako Prezes i Mikołaj Cieślak jako jego przyboczny minister Mariusz są oczywiście klasą samą w sobie. Ale jest też kilka aktorskich perełek.

Przede wszystkim Krzysztof Dracz jako Richard. Aktor „bez znieczulenia" zaprezentował polityka bez kręgosłupa, koniunkturalistę zabiegającego o względy Prezesa i popularność w mediach, a jeśli wymaga tego sytuacja – potrafiącego odciąć się w każdej chwili od wygłoszonych wcześniej opinii. Znakomity jest też Jerzy Bończak, który w postaci Stanisława, prokuratora stanu wojennego, zawarł kwintesencję człowieka, który mimo komunistycznej przeszłości, kiedy trzeba, potrafi, szczerząc zęby, zakrzyknąć „Precz z komuną". Świetna jest Joanna Żółkowska. Jej premier Beata to kwintesencja dość siermiężnego symbolu matki Polki, który w oczach milionów Polaków zyskał popularność i uznanie. W pamięci pozostaje też szczery uśmiech Tomasza Sapryka jako lidera opozycji Grzegorza. I epizod Cezarego Pazury jako Donalda z Brukseli.

Warto zauważyć, że postacie z „Ucha Prezesa" zaczęły żyć własnym życiem. Świetna Izabela Dąbrowska stworzyła postać Pani Basi, o której tak naprawdę nic nie wiadomo, poza tym, że jest najbardziej zaufaną osobą prezesa Kaczyńskiego.

Myślę, że własnym życiem żyje też Adrian, mający być nawiązaniem do prezydenta Andrzeja Dudy. Wizerunek wykreowany przez Pawła Koślika budzi raczej sympatię i wręcz instynkt opiekuńczy. Widzimy nieśmiałego, całkowicie ubezwłasnowolnionego człowieka, który czeka pod drzwiami Prezesa na możliwość audiencji. Samemu prezydentowi Dudzie taki wizerunek najwyraźniej musiał mocno doskwierać, od pewnego czasu bowiem chętnie wychodzi z cienia i, uczestnicząc w wiecach, głośno krzyczy. W tej roli jednak, jak słusznie zauważyli obserwatorzy, przypomina jednego z bohaterów „Czterdziestolatka" granego przez Romana Kłosowskiego. Zresztą podobieństwo Dudy do młodego Kłosowskiego jest zaskakujące, co prezydent powinien odbierać raczej pozytywnie, bo Kłosowski zawsze był postacią ciepłą i lubianą przez widzów. Z prezydentem Dudą bywa różnie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA