fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Problemy, które czekają na zwycięzcę

Uzdrowienie służby zdrowia to najpilniejsze zadanie na najbliższe lata. Na zdjęciu billboard Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL) z apelem do polityków z marca 2019 r.
reporter
Niezależnie kto wygra wybory, stworzy rząd samodzielnie czy w koalicji, stanie przed szeregiem nierozwiązanych spraw. Może się więc zdarzyć, że sam PiS będzie musiał sprzątać po swojej pierwszej kadencji.

W sondażach przeprowadzanych u progu kampanii wyborczej wśród tematów, którymi zdaniem respondentów powinni się zająć politycy, niezmiennie na pierwszym miejscu pojawiała się służba zdrowia. PiS złożył w czasie kampanii wyborczej deklarację wzrostu nakładów na tę dziedzinę – mają wynieść „w najbliższych latach” (jak to określił Jarosław Kaczyński podczas jednej z niedawnych konwencji regionalnych) 150–160 miliardów złotych.

Dzisiaj to około 100 miliardów, czyli 4,9 procent PKB – stosunkowo niewiele na tle krajów UE. Jednak suma, o której wspomina Kaczyński, jest gigantyczna – przypomnijmy, że zaplanowane na ten rok dochody, które przecież w kolejnych latach mogą być mniejsze, to niespełna 400 miliardów złotych. Na obronność wydajemy bez porównania mniej, niż już dziś na zdrowie – dobijamy do tak pożądanych 2 procent PKB, co daje niecałe 50 miliardów złotych.

Lekarstwo na służbę zdrowia

Problem w tym, że wbrew zaklęciom polityków w systemie ochrony zdrowia niewiele się zmienia i niewiele się zmieni od samego dorzucania pieniędzy. To działanie przećwiczone już przez wiele państw na świecie w różnych momentach. Wniosek jest jasny: państwowa służba zdrowia jest w stanie przepalić każdą sumę bez wyraźnych efektów, jeżeli równolegle ze zwiększaniem finansowania nie wprowadzi się istotnych zmian w samym jej mechanizmie.

Wskazanie objawów problemów nie jest trudne: dramatycznie długi czas oczekiwania na specjalistyczne badania oraz zabiegi i kłopot z uzyskaniem skierowania na nie, brak lekarzy, za moment brak pielęgniarek, fatalny standard w wielu szpitalach. Od dawna też wskazuje się na sposoby rozwiązania choćby części z tych problemów. Jednym z nich mogłaby być opłata za korzystanie z publicznej służby zdrowia, niska, lecz na tyle odczuwalna, by eliminowała z systemu osoby, którym w gruncie rzeczy nic nie jest, ale lubią sobie pogadać, poczekać w kolejce, poczuć, że ktoś się nimi zajął. Ten problem znają wszyscy lekarze. Tyle że to rozwiązanie tak radykalnie sprzeczne z socjalistyczną doktryną, wyznawaną przez partię rządzącą, że na pewno nie zostanie wprowadzone.

Inna metoda to ujednolicony system elektronicznej rezerwacji w całej służbie zdrowia, działającej za publiczne pieniądze. To nie jest kosmiczna technologia – z bólami, ale weszły przecież w życie elektroniczne recepty. System rejestracji nie byłby trudniejszy, a pozwoliłby na znacznie lepszą kontrolę nad miejscami w kolejkach, odwołanymi badaniami i wizytami itd.

Jest wreszcie kwestia małej liczby lekarzy, a tutaj winne są dwie kwestie: narzucający ograniczenia system kształcenia medycznego i wyjazdy medyków do pracy za granicę. Pod względem nowych lekarzy z liczbą 10 osób na 100 tys. mieszkańców Polska jest na szarym końcu w Europie. Rozwiązanie pierwszego problemu wymagałoby między innymi uderzenia w medyczne lobby profesorskie. Co interesujące, choć PiS teoretycznie toczy z tym środowiskiem wojnę, w praktyce wszechwładza tej grupy lekarzy na żadnym poziomie nie została ograniczona. Nadal powszechną praktyką jest na przykład przekierowywanie pacjentów, zgłaszających się do publicznej służby zdrowia, przez lekarzy z medycznej elity do własnych prywatnych gabinetów czy nawet szpitali, gdzie wprawdzie płaci się słono, ale za to zabieg czy badanie jest na cito. Nie zrobiono też nic, żeby upodmiotowić młodszych medyków – przeciwnie, ci znaleźli się pod ostrzałem rządowych mediów, kiedy zażądali większych pieniędzy.

W drugiej sprawie politycy rządzącej partii od czasu do czasu rzucają gromy na wyjeżdżających lekarzy, mając pretensję, że wykształciło ich polskie państwo, a oni jadą pracować za granicę. Te pretensje są irracjonalne – lekarze robią to, co jest z ich punktu widzenia korzystne. Trudno od nich wymagać, żeby odgrywali rolę współczesnych doktorów Judymów. Natomiast rolą rządzących jest, aby zaprojektować system edukacji medycznej, który z jednej strony będzie dla przyszłych lekarzy atrakcyjny, a z drugiej – będzie zapewniał, że pozostaną w kraju przynajmniej przez jakiś czas. Musiałby to być system oparty na przykład na odpłatności za studia medyczne i stypendiach państwowych, zwracanych natychmiast w razie wyjazdu. Ale też potrzebna byłaby taka reforma całego systemu, która sprawiłaby, że to ograniczenie nie zrażałoby do studiowania medycyny w Polsce, a więc musiałaby istnieć gwarancja przejrzystej drogi kariery i wystarczająco wysokich zarobków.

Dlaczego niczego w tej sprawie nie zrobiono przez cztery lata? W programowych zapowiedziach PiS znajdziemy mgliście opisaną kwestię pożyczek studenckich, ale to za mało. Dobrze, że pojawił się (niedawno) portal pacjenta, a w aplikacji mObywatel można znaleźć swoje elektroniczne recepty. W programie PiS zdrowiu poświęcono dużo miejsca i jest tam kilka ciekawych koncepcji, takich jak daleko posunięta cyfryzacja czy konsultacje telemedyczne. Nie ma jednak nic o przebudowie korporacyjnego systemu pracowników służby zdrowia.

Ktokolwiek obejmie władzę po 13 października, będzie musiał się zająć tymi problemami.

Propaganda za publiczne pieniądze

Kolejna kwestia to media publiczne, a właściwie rządowe, bo do tej roli zostały – przede wszystkim TVP – sprowadzone przez PiS. Polityczne uzależnienie i poziom służalczości telewizji formalnie publicznej osiągnęły poziom bezprecedensowy. Sposób potraktowania tego segmentu państwa przez PiS to jedna z największych porażek partii rządzącej, jakkolwiek z wypowiedzi jej polityków można wnioskować, że wielu z nich – przynajmniej oficjalnie – uznaje to za wielki sukces.

Co zatem dalej z mediami publicznymi? Jeżeli u władzy pozostanie PiS, nawet jeżeli będą to rządy koalicyjne, prawdopodobnie nic się nie zmieni. Nastąpi najwyżej podział łupów medialnych pomiędzy partię główną i sprzymierzoną. Zapewne zostanie ostatecznie zniesione finansowanie mediów publicznych z abonamentu i zastąpione, i tak już faktycznie funkcjonującym, finansowaniem z budżetu. To nie jest rozwiązanie unikatowe w skali Europy, natomiast w warunkach polskiej dramatycznie niskiej kultury politycznej będzie oczywiście oznaczało jeszcze głębsze uzależnienie mediów państwowych od partii aktualnie rządzącej.

Gołym okiem widać – zwłaszcza gdy ogląda się „Wiadomości” – że sytuacja jest chora. Poziom propagandowego wykoślawienia głównego programu informacyjnego przekracza wszelkie granice etyczne i estetyczne, a próba uzasadniania tego rzekomo wprowadzanym pluralizmem w szerszej perspektywie medialnej (media „ich” i „nasze”) nie wytrzymuje krytyki. Tu bowiem mamy do czynienia z sytuacją, gdy rządzący produkują własną propagandę za publiczne, nie prywatne, pieniądze.

Czy w przyszłości jakaś inna władza uzna, że problem jednak jest i że trzeba go w jakiś sposób rozwiązać – czy też po prostu przejmie z radością narzędzie z dobrodziejstwem inwentarza, czyli włącznie z kompletnie absurdalną Radą Mediów Narodowych, dokona błyskawicznej wymiany kadr i jedyną zmianą będzie kurs wprost odwrotny do obecnego? To jeden ze scenariuszy.

Inny, rozważany swego czasu za rządów Platformy, to prywatyzacja TVP, ewentualnie z pozostawieniem szczątkowych elementów pod kontrolą państwa. Są też pomysły – jakkolwiek wciąż dość ogólnikowe – na stworzenie mechanizmu choć trochę izolującego media publiczne od wpływu politycznego. Jeden z takich projektów firmuje Platforma, ale z jej wiarygodnością jest ogólny problem, więc nie sposób zakładać, że byłby realizowany. A jeśli już, to w taki sposób, aby sprowadził się głównie do pozorów.

Skonfliktowane i niewydolne sądy

Porażką obecnej kadencji jest również to, co rządzący określają jako reformę sądownictwa, choć w istocie sprowadza się to przede wszystkim do zapewnienia sobie wpływu na obsadę najważniejszych stanowisk w najważniejszych organach sądowniczych. Z punktu widzenia zwykłego klienta wymiaru sprawiedliwości zmieniło się niewiele lub zgoła nic. Jeśli już – jest gorzej, niż było.

W „odzyskanym” Sądzie Najwyższym na koniec 2017 roku na rozpatrzenie czekało 1770 spraw, natomiast na koniec 2018 roku było ich już 2556. Czas oczekiwania na rozpatrzenie skargi także się wydłużył – z dwóch, trzech miesięcy aż do roku.

Wskaźnik oczekiwania na pierwszą rozprawę w sprawach karnych w 2018 roku nie zmienił się w stosunku do 2016 i 2017 roku – nadal było to 2,4 miesiąca – a przecież miało być lepiej. W sądach jest ponad 15 milionów spraw, sądy cywilne ledwo dyszą, a będzie jeszcze gorzej, gdy masowo pojawią się pozwy frankowiczów. Brakuje asystentów sędziego, cywilni pracownicy wymiaru sprawiedliwości są słabo wynagradzani. Symbolem absurdu, wpływającego na wydajność sądów, jest wciąż odczytywany do pustej sali wyrok w sprawie Amber Gold. Ta procedura rodem z Monty Pythona jest konieczna, aby uniknąć nieważności orzeczenia – a przecież można było ten nonsens już dawno usunąć, zmieniając kodeks postępowania karnego.

Tu jednak, inaczej niż w przypadku służby zdrowia, władza nie jest pod bezpośrednią presją – zdecydowana większość Polaków nie ma i nie będzie mieć kontaktów z sądownictwem, a jeśli już, to w banalnych sprawach mandatowych czy innych, objętych kodeksem wykroczeń. Sędziowie zapracowali sobie solennie na powszechną negatywną opinię, więc ich los mało kogo obchodzi. Sądy ważne są przede wszystkim dla przedsiębiorców, ale oni także nie leżą w centrum zainteresowania obecnej władzy.

Nie znaczy to, że problemu nie ma. Napięcie między środowiskiem sędziowskim a rządzącymi oraz między sędziami „rządowymi” a „antyrządowymi” jest tak duże, że przekłada się na jakość pracy całego wymiaru sprawiedliwości, a to z kolei ma ogromny wpływ na gospodarkę (głównie sądownictwo cywilne). Bez wątpliwości częścią problemu jest sam minister Zbigniew Ziobro, ale jego pozycja w układzie władzy jest bardzo mocna i trudno sobie wyobrazić, aby został z Ministerstwa Sprawiedliwości usunięty, mimo permanentnego konfliktu z Mateuszem Morawieckim. Pytanie brzmi, jak długo wymiar sprawiedliwości może funkcjonować w sytuacji otwartego i ostrego sporu między władzą ustawodawczą i wykonawczą a sądowniczą.

Na początku mijającej kadencji PiS stał przed wyborem. Mógł wciągnąć do współpracy najbardziej obciążonych pracą sędziów liniowych z sądów rejonowych, pozostawiając wybór sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa w rękach środowiska sędziowskiego, ale zrównując siłę głosów wszystkich sędziów. Byłoby to upodmiotowienie sędziów najciężej pracujących. Wybrano zamiast tego wariant konfrontacji z całą korporacją. Być może w przyszłości inna władza – bo raczej nie ta – postanowi pójść tamtą drogą, wymieniając w ten sposób sędziowską elitę, ale nie metodą politycznego promowania swoich ludzi, lecz poprzez wymianę wewnętrzną. Trudno sobie jednak wyobrazić, by taki kurs obrała PO.

Energetyczny bezwład

Sferą rozpaczliwie wymagającą decyzji jest energetyka. PiS kontynuuje niechlubną tradycję Platformy Obywatelskiej, gdy idzie o budowę elektrowni jądrowej. Spółka mająca się tym zajmować działa już dziewięć lat. Kiedyś na jej czele stał Aleksander Grad, były minister skarbu w rządzie Tuska. Działalność spółki PGE EJ1 w 2018 roku kosztowała prawie 450 milionów złotych, a efekty są zerowe. Politycy PiS wciąż powtarzają, że decyzja zapadnie już za moment, a nadal jej nie ma. Nie wiadomo nie tylko, kto ma polską elektrownię atomową budować, ale też nie wiadomo nawet, gdzie ma stanąć. Bezwład w tej sprawie jest po prostu kompromitujący.

Polska sieć energetyczna tylko dla utrzymania obecnej wydajności – o modernizacji nie mówiąc – wymaga inwestycji idących w setki miliardów złotych. Spółki energetyczne takich pieniędzy nie wygenerują, ale ten problem wydaje się dzisiaj nikogo nie interesować. Niewydolność infrastruktury była zresztą jednym z powodów, dla których od samego początku plany miliona aut na baterię na polskich drogach w 2022 roku, snute przez Mateusza Morawieckiego, można było włożyć między bajki.

Tymczasem przed kolejną władzą stanie wyzwanie w postaci zwiększającego się nacisku na ambitniejsze cele klimatyczne i uchwalenie na razie szczęśliwie zablokowanej neutralności klimatycznej UE. Zamrażanie cen prądu i dotowanie konsumentów ma swoje granice. Wkrótce ceny energii w Polsce, i tak już bardzo wysokie, staną się gigantycznym problemem. Prawdopodobnie jeszcze w najbliższej kadencji. Czy ktoś ma na to jakiś pomysł? Jedynie Konfederacja wspomina o wypowiedzeniu porozumienia klimatycznego w ramach UE, co można by uznać za słuszny krok. Problem w tym, że – w sposób typowy dla siebie – Konfederacja mówi o tym w całkowitym oderwaniu od politycznych realiów i konsekwencji.

Upolityczniona administracja

Jest wreszcie temat organizacji administracji, ale też samej władzy politycznej. Jego najbardziej widoczny punkt to kwestia nowej konstytucji. Przed 13 października trudno orzekać, czy są szanse, żeby PiS znalazł w Sejmie sojuszników dla choćby mało kontrowersyjnych zmian w ustawie zasadniczej. Gdyby zaś władzę przejęła opozycja, obecnej konstytucji nie ruszy.

Lecz problem sięga głębiej. To choćby sprawa wynagrodzeń w szeroko pojętej administracji, od dawna stojących w miejscu i sprawiających, że postępuje systematyczne pogarszanie się jej jakości, a przyciągnięcie fachowców na państwowe posady staje się właściwie niemożliwe. To również sprawa upolitycznienia służby cywilnej i rezygnacji z konkursów na część stanowisk – skutek ustawy z początków rządów PiS. Warunkiem kariery staje się popieranie rządzących. Dla państwowców służba cywilna przestała być atrakcyjna.

Jest wreszcie kwestia procedury uchwalania prawa – PiS na bezprecedensową skalę przepychał projekty faktycznie rządowe jako poselskie, żeby uniknąć tworzenia oceny skutków regulacji i wysłuchań publicznych. Czy ktoś w przyszłości będzie w stanie zmienić prawo tak, żeby tego typu praktyki zakończyć?

Jest również pytanie o rolę i miejsce opozycji w Sejmie. Mało kto pamięta, że za rządów PO PiS lansował pomysł „pakietu demokratycznego”, który miał tę rolę wzmocnić. Zarzekał się, że uchwali go, gdy tylko obejmie władzę. Na zapowiedziach się oczywiście skończyło, bo najbardziej rozpowszechnioną dziś w Polsce polityczną doktryną jest kalizm – „pakiet demokratyczny” był dobry, póki to PiS był w opozycji. Gdy zaczął rządzić, okazało się, że „nie ma warunków”.

Prócz wymienionych jest jeszcze wiele spraw różnego kalibru, których PiS nie załatwił w pierwszej kadencji lub załatwił po łebkach: sytuacja kredytobiorców frankowych, stan polskiej kolei, żenujący poziom usług Poczty Polskiej, brak prawdziwej reformy policji, a nad wszystkim góruje rozbudowany do absurdu gmach sztywnych wydatków socjalnych, który nie przetrwa pierwszego spowolnienia gospodarczego. Z tą ostatnią kwestią również będzie sobie musiał poradzić ten, kto będzie rządził w momencie spadku wzrostu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA