fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Jedenastka stulecia według Stefana Szczepłka

REPORTER, East News, shutterstock
Pewnie każdy kibic ją ma. PZPN powołał kapitułę, ale ilu jurorów, tyle zdań. Spieramy się więc, ważymy sukcesy i talent. Jak w każdym konkursie, w którym kryteria nie są wymierne, o wyborze decydują emocje i wspomnienia.

Józef Młynarczyk – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Zygmunt Anczok – Grzegorz Lato, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek – Włodzimierz Lubański, Robert Lewandowski, Andrzej Szarmach. Tak wygląda moja jedenastka stulecia. Ale sam mam wątpliwości, czy to dobry wybór. Każde pokolenie ma swoich bohaterów, których uważa za najlepszych. Zwłaszcza jeśli zakochali się w nich w młodości. Takie miłości są najtrwalsze.

Kiedy w latach 60. Włodzimierz Lubański osiągnął już status największej polskiej gwiazdy i wymieniano go wśród najlepszych piłkarzy Europy, kibice pamiętający międzywojnie mówili: a gdzie mu tam do Ernesta Wilimowskiego. A kiedy dziś Polacy podziwiają Roberta Lewandowskiego, starzy kibice Lubańskiego mówią: Lewandowski? A co on osiągnął poza tytułami klubowymi w Polsce i Niemczech?

Kapituła PZPN, mając świadomość tego wszystkiego, wybrała stu piłkarzy, aby przynajmniej w ten sposób uhonorować wszystkich, którzy, choć ostatecznie w jedenastce się nie znaleźli, zapadli w pamięć kibiców. Jest na tej liście 9 bramkarzy, 26 obrońców, 33 pomocników i 32 napastników. Wyboru dokonają członkowie kapituły, a robią to już kibice. Jedenastkę stulecia poznamy podczas gali 6 grudnia.

Mój głos jest jednym z tysięcy. To, co proponuję, wynika z faktu, że od około 60 lat oglądam piłkę w miarę świadomie, a od blisko pół wieku towarzyszę jej jako dziennikarz. Wszystkich widziałem, prawie wszystkich ważnych znałem lub znam osobiście, a z niektórymi grałem (tak mi się przynajmniej wydawało). I podlegam tym wszystkim wypaczeniom lub słabościom, od których zwykli kibice też nie są wolni. Biorę pod uwagę talent, sukcesy każdego kandydata, ale nie mogę zapominać, jakim jest człowiekiem. A to już prosta droga do braku obiektywizmu.

Można to traktować wyłącznie jako zabawę, ale lepiej tego nie mówić przy nominowanych, bo każdy chciałby się w takiej jedenastce znaleźć.

Bramkarze

Pierwszym, którego kojarzyłem, był Edward Szymkowiak, bo widowiskowo rzucał się pod nogi napastników. Był najlepszym bramkarzem lat 50. i 60. W roku 1957 prawie zatrzymał Związek Radziecki na Stadionie Śląskim. W rewanżu nie mógł wystąpić, a kto wie, czy nie zostałby bohaterem. Z rezerwowym bramkarzem Polacy nie dali Rosjanom rady.

Cztery lata później Szymkowiak i tak stał się bohaterem. Podczas towarzyskiego meczu ze Związkiem Radzieckim na Stadionie Dziesięciolecia został kopnięty w głowę i stracił przytomność. Na bieżnię wjechała karetka pogotowia, na trybunach zaczęły się antyradzieckie rozruchy. Szymkowiaka przywrócono do życia, ale przez jakieś 20 minut grał oszołomiony. Mimo to nie puścił bramki, a Polska, po rzucie karnym strzelonym przez Ernesta Pola najlepszemu bramkarzowi świata Lwu Jaszynowi, wygrała 1:0.

Po Szymkowiaku był Hubert Kostka: ośmiokrotny mistrz Polski w drużynie Górnika Zabrze, bohater legendarnych meczów pucharowych Górnika w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów. To Kostka bronił polskiej bramki podczas igrzysk olimpijskich w Monachium. Grając w piłkę, ukończył dwa fakultety – został magistrem inżynierem górnictwa i magistrem wychowania fizycznego. A jako trener stawiał w Olimpii Poznań na młodego pomocnika, który nazywał się Jerzy Brzęczek.

W świadomości kibiców lat 70. najlepszy mecz, jaki rozegrał polski bramkarz, odbył się na Wembley. 17 października roku 1973 Jan Tomaszewski bronił fenomenalnie, szczęśliwie i z pomocą partnerów z obrony uratował remis, który dał Polsce pierwszy po wojnie awans do finałów mistrzostw świata. Obronił podczas nich dwa rzuty karne, czym ugruntował swoją pozycję wyjątkowego bramkarza, jednego z najlepszych na świecie. Daniel Olbrychski wręczył mu szablę Kmicica, Maryla Rodowicz – opaskę na włosy, która w ten sposób z jej koncertów trafiła na stadiony świata.

I może Tomaszewski stałby się polskim bramkarzem wszech czasów, gdyby nie to, że zdarzało mu się zawodzić w najważniejszych meczach. Podczas finału olimpijskiego w Montrealu, z NRD, przepuścił dwa strzały w pierwszym kwadransie i żeby nie było gorzej, Kazimierz Górski zdjął go z boiska już po 20 minutach. Dwa lata później Tomaszewski jechał na mundial do Argentyny jako pierwszy bramkarz, jednak już w trakcie turnieju Jacek Gmoch musiał go zastąpić Zygmuntem Kuklą.

Kostka i Tomaszewski odnieśli wymierne sukcesy. Jerzy Dudek i Artur Boruc, bramkarze równie dobrzy, bronili polskiej bramki podczas turniejów przegranych. Dudek na mundialu w Korei, Boruc na mistrzostwach świata w Niemczech i Euro w Austrii. Bronił zresztą bardzo dobrze i to jemu zawdzięczamy, że porażki nie były wyższe.

W porównaniu z nimi wszystkimi tylko jeden bramkarz może powiedzieć, że wszędzie, gdzie grał, odnosił sukcesy. To Józef Młynarczyk. Zdobywał mistrzostwa krajowe z Widzewem i FC Porto, Puchar Mistrzów, Superpuchar Europy i Puchar Interkontynentalny (jako jedyny Polak) z FC Porto. Jednak jego największym sukcesem jest gra na mistrzostwach świata. W Hiszpanii (1982) i Meksyku (1986) wystąpił we wszystkich 11 meczach Polaków od pierwszej do ostatniej minuty.

Był niezastąpiony. Dwa tygodnie po eliminacyjnym meczu z NRD, pieczętującym awans Polski na mundial w Hiszpanii, reprezentacja jechała do Buenos Aires na mecz z Argentyną. Młynarczyk miał chwilę urlopu, więc wyskoczył na Mazury łowić ryby. Tam całkiem się rozluźnił, można powiedzieć, że złapał się na własny haczyk, bo na śliskim pomoście doznał kontuzji ręki. O meczu z Argentyną mógł zapomnieć i zapomniał. Ale inny bramkarz Piotr Mowlik musiał opuścić zgrupowanie po śmierci ojca, a Jan Tomaszewski obraził się na trenera Piechniczka i w ogóle nie przyjechał.

Młynarczyk zatarł po sobie ślady, więc wiceprezes PZPN, który był zastępcą komendanta Milicji Obywatelskiej w Warszawie, wysłał na Mazury radiowozy, żeby szukały bramkarza. Kiedy już znalazły i dowiozły go do stolicy, Młynarczyk pokazał spuchniętą rękę, na dowód tego, że nie może bronić. Pocieszono go, że jedzie na wszelki wypadek, bo i tak grał będzie Tomaszewski, który w tym czasie wygrzewał się w Alicante. Zabawa trwała do czasu wyjścia na boisko. Młynarczyk ledwie wcisnął rękawice, przez półtorej godziny bronił fantastycznie, mając już świadomość, że na ławce nie siedzi rezerwowy bramkarz. W takich okolicznościach Polska odniosła jedyne w historii zwycięstwo nad aktualnym mistrzem świata na jego boisku. Pokonaliśmy Argentynę w Buenos Aires 2:1.

Obrońcy

Antoni Szymanowski czy Łukasz Piszczek? A może ktoś inny: Henryk Szczepański, Marek Dziuba... Kto był najlepszym prawym obrońcą? Stawiam na Antoniego Szymanowskiego z Wisły Kraków. Pod względem umiejętności Łukasz Piszczek mu nie ustępuje, ale Szymanowski miał udział we wszystkich sukcesach Polski lat 70. Zdobył złoty i srebrny medal olimpijski, zajął trzecie miejsce na mundialu w Niemczech i piąte–ósme cztery lata później, w Argentynie. Po złoty medal olimpijski wszedł na podium w gipsie, ponieważ w meczu poprzedzającym finał, z Marokiem, złamał nogę. Na Wembley wybił piłkę z linii bramkowej – między innymi dzięki tej interwencji mecz zakończył się „zwycięskim remisem". Pojechałby jeszcze na mundial do Hiszpanii, gdyby nie to, że jego relacje z trenerem Antonim Piechniczkiem miały temperaturę zimy na Antarktydzie. Cieszył się opinią „polskiego Facchettiego", obrońcy, który biega po skrzydle jak napastnik. Nie zdobywał jednak bramek. Pod tym względem Łukasz Piszczek jest zdecydowanie lepszy.

Jeden z najwybitniejszych polskich środkowych obrońców Stanisław Oślizło urodził się w roku 1937 – o dziesięć lat za wcześnie. Osiem razy zdobywał z Górnikiem mistrzostwo Polski, sześciokrotnie jako kapitan wznosił krajowy puchar, ale kiedy reprezentacja zaczynała swój najlepszy okres, on miał już 34 lata i musiał zakończyć karierę. Zdążył jednak wychować w Zabrzu młodszego o 12 lat Jerzego Gorgonia, który w latach 70. cieszył się opinią najlepszego polskiego stopera.

Gorgoń był potężnym obrońcą o bujnych włosach blond (przypomina go nieco Kamil Glik), znanym z twardej gry. Wzbudzał respekt posturą. Anglicy po meczu na Wembley nazwali go Wielką Białą Górą. W polskiej lidze przeciwnicy Górnika woleli atakować jego bramkę skrzydłami, bo starcie z Gorgoniem w środku pola karnego groziło kontuzją, a wygranie z nim pojedynku w powietrzu było prawie niemożliwe. Nie był to jednak typ brutala, polującego na kości przeciwników.

Dopóki grał w parze z Oślizłą, był zwolniony z myślenia o taktyce. Ale w reprezentacji to na nim spoczywał ciężar kierowania linią obrony. I wywiązywał się z tego zadania dobrze. Był obecny przy wszystkich sukcesach reprezentacji Kazimierza Górskiego. A kiedy drużyna Jacka Gmocha w Argentynie szaleńczo walczyła z Brazylią, Gorgoń zmieniał się z obrońcy w napastnika.

Kiedy Górski zaczynał budować reprezentację, Gorgoń dość szybko stał się jego pierwszym wyborem na środek obrony. Zmieniali się tylko jego partnerzy. Byli więc późniejsi mistrzowie olimpijscy Marian Ostafiński i Lesław Ćmikiewicz, stoper ŁKS Mirosław Bulzacki, przy którym nie mógł sobie pograć Johan Cruyff (nie strzelił Polsce bramki w żadnym z trzech meczów), aż wreszcie trener postawił na Władysława Żmudę.

W roku 1974 Żmuda miał zaledwie 20 lat i jak kilku innych młodych zawodników został rekomendowany przez trenera reprezentacji młodzieżowej Andrzeja Strejlaua. Para Gorgoń – Żmuda stała się sensacją mundialu. Żmudę uznano za jednego z najlepszych stoperów świata w kategorii młodzieżowej. Czasami grał nawet lepiej od Gorgonia. Był bardzo spokojny i trudno go było minąć, ponieważ nie reagował na zwody przeciwników. Tajemnica leżała nie tylko w umiejętnościach i talencie. Wynikała także z wady wzroku piłkarza. Nie widział wszystkich gwałtownych ruchów, zwodów i fint przeciwników, bo były zbyt szybkie i jego oko ich nie rejestrowało. Koncentrował się na piłce i zawsze w nią trafiał.

Żmuda wystąpił na czterech mistrzostwach świata, rozegrał w nich 21 meczów, tyle samo co Niemiec Uwe Seeler i Diego Maradona. Żmuda wolno chodził, miał temperament szwedzkiego emeryta i dopóki nie wszedł na boisko, trudno było uwierzyć, że to jeden z najlepszych obrońców świata. Dali się na to nabrać nawet średnio znający historię reprezentanci Polski na mundial w Korei. Żmuda był wówczas asystentem Jerzego Engela. Któryś z piłkarzy spytał: panie trenerze, a pan to kiedyś grał w piłkę? Żmuda, jak to on, uśmiechnął się tylko tajemniczo. Grał, i to znacznie lepiej niż oni.

Kto na lewej obronie – Zygmunt Anczok, Adam Musiał, Jerzy Woźniak, Dariusz Wdowczyk...? Woźniak, którego w swojej jedenastce widzi Antoni Piechniczek (grali obok siebie w Legii), był najlepszym lewym obrońcą przełomu lat 50. i 60., olimpijczykiem z Rzymu. Musiał kojarzy się wyłącznie z sukcesem na mundialu w Niemczech, gdzie pasował idealnie do jedenastki.

Zygmunt Anczok to historia Polonii Bytom i Górnika Zabrze. Podczas igrzysk w Monachium rozegrał wszystkie siedem meczów od pierwszej do ostatniej minuty. Był niezastąpiony i zapewne pojechałby także na mundial do Niemiec (miał wtedy 28 lat), gdyby nie seria kontuzji. Był jedynym polskim obrońcą, który grał na Maracanie przeciw legendarnemu brazylijskiemu skrzydłowemu Garrinchy i Pelemu. Bramkarz Lew Jaszyn powołał Anczoka (i Włodzimierza Lubańskiego) do „reprezentacji świata" na mecz w Moskwie, będący benefisem wielkiego bramkarza.

Pomocnicy

Kapituła zdecydowała się na ustawienie 4-3-3, widząc w tym więcej możliwości wyróżnienia piłkarzy, których można traktować jako pomocników i napastników. Dlatego w mojej jedenastce prawym pomocnikiem jest Grzegorz Lato. Grał na tej pozycji w swoim trzecim występie na mundialu, w Hiszpanii, chociaż został zapamiętany przede wszystkim jako prawoskrzydłowy, który został królem strzelców mistrzostw świata.

Lato zrobił niezwykłą karierę. Zaczynał jako napastnik, o którym złośliwie mówiono, że ma „nogi szybsze od głowy", na co Kazimierz Górski odpowiadał, że jemu właśnie ktoś taki jest potrzebny. I to on zrobił z Laty wielkiego piłkarza. Osiem lat po sukcesie na mundialu w Niemczech, już w innej drużynie i jako jeden z dwóch liderów (obok Zbigniewa Bońka), grając już z prawej strony pomocy, ponownie zdobył brązowy medal mistrzostw świata. Jest jednym z niewielu polskich piłkarzy, których nazwisko weszło do historii światowego futbolu.

Mózgiem jedenastki stulecia, jej liderem i osią może być tylko Kazimierz Deyna. Sukcesy lat 70. są zasługą Kazimierza Górskiego. On sam mówił, że kiedy zaczyna się mecz, rolę trenera na boisku przejmuje Deyna. On dyrygował orkiestrą, pociągał za sznurki, wiedział, jak i kiedy podać lub strzelić. Hubert Kostka, który obserwował grę kolegów z perspektywy bramki, zwrócił uwagę, że Deyna miał wyjątkowo dużo przechwytów piłki. Był genialny, nie tylko kiedy miał ją przy nodze, ale też przewidywał wydarzenia na boisku, jak Gary Kasparow na szachownicy. W czasach Johana Cruyffa i Franza Beckenbauera Deyna stawiany był na równi z nimi.

Nawet polscy piłkarze zazdrośni o jego pozycję i sławę przyznają, że Deyna był artystą o intuicji i umiejętnościach, jakich nie można nauczyć się na treningu. I większość uważa, że to był najlepszy polski piłkarz w historii. Gdyby władze państwowe i Legia w połowie lat 70. puściły go do jednego z tych wielkich klubów, które chciały go zatrudnić: Realu Madryt, AC Milan, Interu Mediolan, Bayernu czy AS Monaco, być może to on byłby pierwszym polskim piłkarzem, który zrobił karierę międzynarodową i zdobył Złotą Piłkę.

Zbigniew Boniek miał więcej szczęścia i je wykorzystał. Wyjechał z Widzewa do Juventusu Turyn w wieku 26 lat. On w mojej jedenastce zajmuje miejsce z lewej strony pomocy, obok Deyny. Grali zresztą razem na mundialu w Argentynie. Patrzyli na siebie wilkiem, bo starszy o siedem lat Deyna bronił swojej pozycji, a młody Boniek o nią walczył. Ale się szanowali. Boniek nie miał żadnych kompleksów i przed nikim się nie płaszczył. A ponieważ umiał grać, był silny fizycznie i jak trzeba się było bić, to stawał w pierwszym szeregu, szybko zaczął rządzić Widzewem (klub dobrze na tym wyszedł), a potem całą ligą.

Dzięki tym cechom i umiejętnościom nie dawał sobie w kaszę dmuchać w Juventusie, gdzie miał obok siebie sześciu mistrzów świata, ale i zdominował Michela Platiniego. Boniek był najlepszym piłkarzem lat 80. i pierwszym Polakiem, który zrobił prawdziwą karierę międzynarodową.

Pisząc o pomocnikach, myślimy przede wszystkim o piłkarzach, którzy organizują grę. W zależności od sytuacji wspierają napastników lub pomagają obrońcom. Są więc zawodnikami najbardziej wszechstronnymi, zazwyczaj przebiegają podczas meczu najwięcej kilometrów. Trzeba więc przy tej formacji wspomnieć kilka nazwisk godnych zapamiętania. W latach 50. i 60. Edmund Zientara (Legia), tuż po nim Bernard Blaut (Legia), podpory tej formacji z lat 70.: Zygfryd Szołtysik (Górnik Zabrze), Henryk Kasperczak (Stal Mielec), Zygmunt Maszczyk (Ruch Chorzów), Lesław Ćmikiewicz (Legia), po nich Janusz Kupcewicz (Arka), piłkarz jednego turnieju (Argentyna '78), Adam Nawałka (Wisła), wybitny defensywny pomocnik Waldemar Matysik (Górnik), nierzucający się w oczy, ale wykonujący tytaniczną pracę, co przypłacił poważną chorobą. Matysik był wyjątkowo ważnym ogniwem reprezentacji z mistrzostw w Hiszpanii.

Bliższe czasy to Ryszard Tarasiewicz, Andrzej Buncol, Włodzimierz Ciołek, Jacek Krzynówek, Jerzy Brzęczek, Mirosław Szymkowiak, Piotr Świerczewski, Mariusz Lewandowski, Tomasz Iwan, Kamil Kosowski i oczywiście Jakub Błaszczykowski, ze sporymi szansami na miejsce w jedenastce stulecia.

Napastnicy

Z napastnikami również kłopoty bogactwa. Ernest Wilimowski, który w pierwszym meczu Polski na mistrzostwach świata wbił cztery bramki Brazylii, miałby szansę – gdyby takie rankingi robiono – zostać najlepszym napastnikiem przedwojennego świata. Ale jak to porównać z czasami, w których każdy występ piłkarza jest zapisany na taśmie filmowej. Po Wilimowskim zostało bardzo niewiele takich świadectw. Wiemy, że był genialny, ale opieramy się tylko na przekazach ustnych i pisanych.

Ernest Pol, patron stadionu Górnika w Zabrzu, miał ogromne szanse znaleźć się w tej drużynie w pomocy lub w ataku. Był polskim odpowiednikiem Alfredo di Stefano. Wyjątkowym strzelcem (rekord goli zdobytych w lidze wciąż należy do niego) i strategiem. Grał w kilku systemach od angielskiego WM po brazylijski 4-3-3, pełniąc w nich rolę egzekutora lub stratega. Nauczyciel Włodzimierza Lubańskiego.

Ale dla Pola nie ma miejsca w jedenastce stulecia, bo w jego czasach reprezentacja nie odnosiła sukcesów, a jego dwie drużyny klubowe: Legia i Górnik, również. Nie ma też Jana Liberdy (Polonia Bytom), który strzelał bramki dla Polski na Maracanie w Rio de Janeiro i Estadio Monumental w Buenos Aires. Ani legendy Ruchu, najlepszego piłkarza lat 50. Gerarda Cieślika oraz symbolu Legii – Lucjana Brychczego. Emmanuel Olisadebe wygrał nam eliminacje do mistrzostw świata i nic więcej. Krzysztof Warzycha zrobił większą karierę w Grecji niż w Polsce. Tomasz Frankowski i Maciej Żurawski zapracowali na status klubowych legend, ale za dużo trofeów w swoich gablotach nie mają.

Gdyby brać pod uwagę talent, uwzględnilibyśmy kandydatury Mirosława Okońskiego (jednego z największych dryblerów), Andrzeja Iwana, Dariusza Dziekanowskiego, Romana Koseckiego, Wojciecha Kowalczyka. Okoński lepiej czuł się w HSV Hamburg i AEK Ateny. Iwan, Dziekanowski i Kowalczyk bardziej swój talent zmarnowali, niż go rozwinęli. Kosecki był pierwszym polskim internacjonałem, który podróżował po Europie i świecie z jednego dobrego klubu do drugiego.

Pecha miał Stanisław Terlecki, warszawiak z ŁKS. Kto wie, czy nie zostałby godnym następcą Roberta Gadochy na lewym skrzydle. Niestety, tuż przed mundialem w Argentynie, w meczu ligowym doznał kontuzji, która odebrała mu szanse na wyjazd. A ponieważ miał charakter i mówił, co myśli, nie było chętnych do niesienia mu pomocy.

Robert Gadocha, najlepszy lewoskrzydłowy świata, najlepsze mecze w życiu rozegrał podczas mundialu w Niemczech. Żartowano, że Lato został królem strzelców, ponieważ Gadocha trafiał go piłką w głowę. Przed wyjazdem do Niemiec Gadocha podpisał potajemnie wstępny kontrakt z MSV Duisburg, a potem szalał na skrzydle, żeby wynegocjować lepsze warunki. Ostatecznie nic z tego transferu nie wyszło, ale reprezentacja odniosła z tej sytuacji dużą korzyść.

A Włodzimierz Smolarek, nigdy się niepoddający, biegnący na bramkę po karkach obrońców? Nie można o nim zapomnieć.

Moja trójka napadu to Włodzimierz Lubański, Robert Lewandowski i Andrzej Szarmach. Lewandowski jest jedynym piłkarzem w tej jedenastce, który nie osiągnął z reprezentacją sukcesów na mistrzostwach świata, Europy lub igrzyskach olimpijskich. A przecież jego osiągnięcia w Lechu, Borussii, Bayernie, tytuły króla strzelców w ekstraklasie i Bundeslidze, wkład w zwycięstwa reprezentacji ostatnich lat, rekordy występów i goli zdobytych w drużynie narodowej świadczą o jednym: to najlepszy środkowy napastnik w historii Polski.

Ustawienie może wydawać się nieco sztuczne, ale Lubański znakomicie dałby sobie radę na jednym skrzydle, a Szarmach na drugim. Chciałbym zobaczyć taki atak na boisku. Wszyscy na pewno świetnie by się ze sobą dogadywali i zmieniali pozycje. Z takim napadem i taką drużyną Polska mogłaby walczyć o tytuł mistrza świata.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA