fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Luksemburg pilnuje zasad, do których sami się zobowiązaliśmy - komentuje Wojciech Tumidalski

Adobe Stock
Rządzący nie powinni być zaskoczeni tym, że Luksemburg pozwolił Sądowi Najwyższemu zakwestionować niezależność Izby Dyscyplinarnej i upolitycznienie KRS. Ale nie wyręczy Sądu Najwyższego - musi on zrobić to sam.

Choć teraz każda strona będzie przekonywać, że wygrała, to trudno się cieszyć z wyroku, bo Polska na nim nie wygrywa. Unijny trybunał uznał bowiem, że prawo europejskie pozwala SN zakwestionować niezależność wprowadzanej z wielkim hukiem do Sądu Najwyższego Izby Dyscyplinarnej, wskazuje też na upolitycznienie formuły funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa, w której politycy zyskali dominujący wpływ na decyzję o tym, kto może być sędzią. Nie sposób mieć tu satysfakcję powtarzając: a nie mówiłem?

Wyrok TSUE jest ostrożniejszy niż czerwcowa opinia Rzecznika Generalnego, który szerzej zakwestionował polski model sądownictwa dyscyplinarnego. Ale przecież to nie koniec tej sprawy, bo w Luksemburgu jest jeszcze dotycząca tej samej kwestii skarga Komisji Europejskiej na Polskę. Tam może być bardziej jednoznacznie.

Dziś Sąd Najwyższy i Naczelny Sąd Administracyjny, które zadały Luksemburgowi pytania prejudycjalne o status KRS i nowych izb SN dostały odpowiedź, której się chyba spodziewały. Decyzje zostawiono jednak sądom krajowym: to SN i NSA będą oceniać legalność i niezależność Rady oraz nowych izb SN. I chyba można z grubsza przewidzieć, co zrobią: mogą pomijać Izbę Dyscyplinarną przy sprawach przenoszenia sędziów w stan spoczynku. Czy także sprawy dyscyplinarne nie będą już do niej trafiać? A co z drugą nową izbą SN: Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, która właśnie ocenia ważność wyborów? A co z wyrokami już wydanymi? Ocenią to sądy krajowe, ale patrząc na to, co TSUE uznał w sprawie Krajowej Rady Sądownictwa, która uczestniczy w powołaniu wszystkich sędziów, nie wygląda to dobrze i wykonanie wyroku Luksemburga będzie wywoływać wielkie perturbacje i może wywrócić sporą część sądownictwa. Ciekawe zresztą, czy tylko polskiego. Zakwestionowanie upolitycznionych mechanizmów mianowania sędziów może przecież wywrócić także model sądownictwa w Hiszpanii (na który Polska tak chętnie się powoływała), ale też w Niemczech, Francji czy Holandii.

Prowadzona w naszym kraju „reforma" sądownictwa stała się dla Luksemburga pretekstem do wyznaczenia granic niezależności sądów we wszystkich krajach UE. Doczekaliśmy się więc wyroku, który bezwzględnie trzeba wykonać – niezależnie, jaka byłaby jego treść. W imię zasad, które premier Morawiecki próbował już podważyć mówiąc, że orzeczenie wykonamy, jeśli nie będzie wkraczał w krajowy ustrój sądownictwa. Tego typu wypowiedzi zdradzają skrajne niezrozumienie istoty wymiaru sprawiedliwości i przywołują na myśl postępki b. premier Beaty Szydło, która wiele miesięcy nie drukowała niekorzystnych dla władzy wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Podobnie wypada ocenić pomysły, by wyrok TSUE oceniał teraz polski TK.

Wyrok TSUE wykonać trzeba. Leży w naszym żywotnym interesie wobec planów Komisji Europejskiej, która dąży do wdrożenia mechanizmu uzależniającego fundusze unijne od praworządności.

Tak, byliśmy królikiem doświadczalnym i w ten sposób zapisaliśmy się w historii europejskiego sądownictwa, mimo zaklęć i zapewnień, że unijny Trybunał nie może wkraczać w organizację krajowej Temidy. Tylko że europejskie traktaty gwarantują każdemu skuteczną ochronę sądową jego praw, a tego pilnuje unijny trybunał. Przecież zgodziliśmy się na to, gdy – z udziałem prezydenta śp. Lecha Kaczyńskiego przyjmowaliśmy Traktat Lizboński. Skąd teraz zaskoczenie, że prawo jednak działa?

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA