Opinie

Igranie z emocjami Polaków - komentuje Tomasz Pietryga

Tomasz Pietryga
Fotorzepa, Waldemar Kompala
Istotą demokracji jest to, że prawo do manifestacji i publicznego wyrażania swoich przekonań mają nie tylko grzeczni, umiarkowani, rozumiejący rzeczywistość społeczno-polityczną, ale także ci mniej grzeczni i mniej umiarkowani. Nawet jeżeli nie podoba się to części społeczeństwa uznającej się za tę bardziej światłą. Gdy próbuje się ograniczyć to prawo, pora zapytać, czy nie mamy już problemu z demokracją.

Owszem, manifestacje mają czasem gwałtowny przebieg. Dają ujście negatywnym społecznym emocjom. To ciemna strona demokracji, ale ciągle demokracji. Oczywiście wolność, która w tym zestawieniu jest ważniejsza, ma też swoje granice. To np. zagrożenie dla bezpieczeństwa uczestników lub otoczenia. Zagrożenie oparte na twardych, przekonujących przesłankach, które nie jest politycznym wykrętem, ani kolejną rozgrywką między zwaśnionymi plemionami.

Czytaj także:

Prezydenci miast wybierają mniejsze zło

Zakaz lub rozwiązanie demonstracji to ostateczność

Hanna Gronkiewicz-Waltz, zakazując marszu 11 listopada, sięgnęła po merytorycznie słabe podstawy. Zagrała tu raczej polityka, przez małe „p" i chęć rewanżu, a nie twarde przesłanki odwołujące się do zagrożeń. To duży błąd. Lekceważenie emocji nie tylko kilkudziesięciu tysięcy ludzi deklarujących udział w marszu, ale też sporej części Polaków, utożsamiających się z tym wydarzeniem, może wywołać znacznie więcej społecznych szkód, podziałów i waśni, niż nielegalne zapalenie kilkudziesięciu rac. Szkoda, że prezydent Warszawy nie spojrzała szerzej na polską rzeczywistość.

Byłem naocznym świadkiem pięciu warszawskich manifestacji z okazji 11 listopada. Niektóre miały gwałtowny przebieg i słusznie zostały rozwiązane. Chociaż daleko było im do tych organizowanych we Francji czy w Niemczech, bo tam nieraz płonęły całe dzielnice.

Marsz Niepodległości jest swoistym fenomenem socjologicznym. Nigdy we współczesnej Polsce nie udaje się bowiem zgromadzić tylu manifestantów o tak różnych poglądach, bez wykorzystania partyjnego szyldu. Dlatego nazywanie tego marszem nacjonalistów jest nieprawdziwe i krzywdzące. Zdecydowana większość uczestników chce uczcić narodowe święto, choć nie da się ukryć, że przez lata wyraźnie widoczny był też kontekst antyrządowego protestu.

Zmieniło się to wraz z dojściem prawicy do władzy. Wcale nie oznacza to jednak, że PiS udało się zapanować nad imprezą. Jest to nie tylko niewykonalne, ale też ryzykowne z uwagi na mozaikę społeczną, którą marsz przyciąga. Przekleństwem wydarzenia jest to, że przykleja się do niego kilkuset radykałów puszczających oko do faszystowskiej ideologii. Osobną grupką są kibole szukający okazji do zadymy. Problem w tym, że organizatorzy od lat nie chcą lub nie potrafią sobie z nimi poradzić. I właśnie oni w medialnej rzeczywistości wyrastają na głównych bohaterów i symbol wydarzenia.

Szkoda tylko prawdziwej, patriotycznej istoty tej imprezy oraz pozytywnych emocji z nim związanych.

Dzisiejsze zamieszanie może mieć pozytywny skutek. Inicjatywa prezydenta – objęcie marszu patronatem – daje szansę na wyrwanie go z rąk kontrowersyjnych organizatorów.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL