fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Krzysztof Stępiński o idealnym kandydacie na ministra sprawiedliwości

123RF
Wybory parlamentarne za nami. Czas tworzenia rządu, to czas, by pomyśleć o wzorcu ministra, który pokieruje resortem do spraw sprawiedliwości. Mojego resortowego ministra.

Po czerwcu '89 mieliśmy chyba dwudziestu pięciu ministrów sprawiedliwości. Kiedy usiadłem do pisania felietonu okazało się, że niektórych po prostu nie pamiętałem, a o niektórych chciałbym zapomnieć. Ci pierwsi trafili pod Aleje Ujazdowskiego 11 na zasadzie kompletnego przypadku, w myśl zasady ten resort dla nas, więc szukamy kandydata na ważną placówkę. Ci drudzy - też trafiali pod w/w adres przypadkowo - byli znacznie gorsi. Ich zapomnieć nie sposób, bo robili, co mogli, by wymiar sprawiedliwości rozwalić. Niektórym prawie udało się.

Jakie cechy i umiejętności powinien posiadać minister sprawiedliwości dużego europejskiego kraju? Kraju, który ciągle musi udowadniać, że nazywanie go państwem prawa, nie dokonuje się na wyrost. Kraju, w którym procesy karne trwają po dwadzieścia lat, gdzie tajemnica śledztwa istnieje głównie na papierze, tajemnicą adwokacką coraz trudniej zasłonić się, a służby harcują po postępowaniach karnych, jak myszy podczas urlopu kota?

Zacznijmy od tego, że po ćwierćwieczu uprawiania demokracji nie dorobiliśmy się jeszcze pokolenia, które idąc na studia myślało o apolitycznej karierze w polityce, a studiując, uczyło się zasad działania państwa i prawa. W rezultacie ważne stanowiska, obojętnie jaka opcja rządzi, nadal spadają kandydatom na ministerialne stanowiska, jak manna z nieba, czyli niespodziewanie. Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć, że École nationale d'administration, jest we Francji, Oxford w Anglii, a najlepszy polski uniwersytet zamyka czwartą setkę rankingu najlepszych uczelni. I tak polskie talenty ministerialne kują się same w myśl zasady ile tornistrów, tyle buław. Dlatego nie byłoby dobrze gdyby o kolejnej ministerialnej nominacji znowu przesądził przypadek lub brak wyobraźni, bo w ostatnim ćwierćwieczu zaledwie kilku ministrów sprawiedliwości zapisało się pozytywnie w pamięci środowiska sędziów, prokuratorów i adwokatów.

Przechodząc do rzeczy, zacząłby od autorytetu we własnym środowisku, czyli w tak zwanym wymiarze sprawiedliwości. Autorytet to sprawa podstawowa, bo minister sprawiedliwości odpowiada za pracę sądów, co oznacza, że jego „zastępcami" powinni być sędziowie z długim stażem i ogromnym doświadczeniem. A nie przystoi, by podczas ministerialnych narad minister notował, co mówią jego zastępcy, a nie odwrotnie. Autorytet jest ważny, bo minister ma inspirować. Bez autorytetu nie da się organizować pracy sądów, w których orzekają sędziowie, obywatele podwójnie niezawiśli.

Umiejętność pracy w zespole, to cecha równie ważna, jak umiejętność zbudowania zespołu najbliższych współpracowników. Czyli, jak uczy doświadczenie, prawników wywodzących się głównie ze środowiska sędziowskiego. Czyli doradców niepokornych. Ale żeby stworzyć taki zespół, trzeba mieć pozycję, osobowość i program. Dlatego dobrze by było, by minister sprawiedliwości był specjalistą w jakiejś dziedzinie prawa. Kimś, kto choć raz napisał coś mądrego, co członkowie środowiska nie tylko przeczytali i dostrzegli, ale i docenili. Ja czułbym się bezpieczniej, gdyby minister miał za sobą kilkanaście lat pracy w zawodzie.

Z uwagi na zobowiązania międzynarodowe i konieczność utrzymywania dobrych relacji ze swoimi unijnymi odpowiednikami, minister powinien biegle znać ze dwa języki obce, ze wskazaniem na angielski i francuski albo niemiecki Ktoś, kto nie spełnia tego warunku, będzie miał stale pod górę. Ci, którzy znają świat i atmosferę spotkań bez krawata dodadzą, że bez tej cechy nie poradzi sobie w kuluarach, gdzie – w ramach rozmów w cztery oczy – buduje się zaufanie, a w ostateczności osiąga konsensus, pierwszy krok do sukcesu.

Chciałbym, aby mój minister - obejmując urząd - umiał pozostawić przed drzwiami gabinetu swój światopogląd, dregulacyjną szajbę i sprawy osobiste. By znał świat tyle, że nie od strony piramid, żłóbka i Akropolu, tylko Erasmusa, College d'Europe lub stażu w instytucjach międzynarodowych.

Chciałbym także, aby minister był rozumnym organizatorem. By więcej energii poświęcił zapewnianiu sędziom optymalnych warunków do sądzenia, a odpowiednio mniej znoszeniu sądów i przenoszeniu sędziów. By sędziowie - mówiąc wprost - mogli robić to i tylko to, co do nich należy. Sądzić. By dostrzegł, że adwokatów, radców i notariuszy, w przeciwieństwie do szewców lub techników teatralnych, jest od groma, co wymaga natychmiastowej interwencji, bo inaczej pomysł polityków na tzw. otwarcie zawodów prawniczych nieodwołanie ośmieszy się.

Chciałbym wreszcie, aby mój minister wiedział, że nie surowość kary, lecz poczucie, że jest nieunikniona i zostanie wymierzona rozsądnym terminie sprawią, że obywatele zaczną postrzegać, że sądy działają sprawnie.

No i żeby wyrokowanie pozostawił sądom.

adw. Krzysztof Stępiński

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA