fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Witold M. Orłowski: Bezpieczny poziom zadłużenia?

Adobe Stock
Pewien wysoki przedstawiciel Ministerstwa Finansów ocenił niedawno, że w gruncie rzeczy problem określenia bezpiecznego poziomu zadłużenia jest dziecinnie prosty.

Zamiast zawracać sobie głowę jakimiś wyliczeniami przyszłych kosztów obsługi (nie mówiąc już o przyprawiającym o migrenę, odziedziczonym z zamierzchłej przeszłości konstytucyjnym limicie długu publicznego), wystarczy patrzeć na proste wskaźniki. Kiedy poziom długu jest bezpieczny? Wtedy, kiedy są chętni na zakup obligacji skarbowych, a poziom stóp procentowych, które trzeba zaoferować inwestorom, jest niski. Koniec i kropka.

Jeśli tak, to rzeczywiście nie ma się o co martwić. Nic nie słychać o tym, by był dziś kłopot ze sprzedażą polskich obligacji. A ich rentowność spadła do nienotowanego w historii poziomu 1,3 proc. – jeszcze dwa lata temu było to ponad 3 proc.! Ergo: możemy spokojnie się zadłużać. I niech się schowa Leszek Balcerowicz z jego staromodnymi ostrzeżeniami.

Oczywiście, coś w tym jest. Kiedy dłużnik znajduje się w pułapce zadłużenia? Dopiero wtedy, kiedy bank odmówi mu pożyczki albo zablokuje mu karty kredytowe. Póki normalnie może korzystać z dobrodziejstw niskich rat i odsetek w sklepach, salonach samochodowych i restauracjach – problemu nie ma! W końcu jak jeden bank odmówi kredytu, można spróbować w następnym. A czas, by się martwić, będzie kiedyś, w przyszłości.

No właśnie. Tyle że ekonomia dość wyraźnie mówi, że jednak problem jest.

Po pierwsze wzrost długu potrafi łatwo wymknąć się spod kontroli. Dług jest niski, a jego obsługa niewiele kosztuje... do czasu, kiedy raptem coś się na rynku dzieje i koszty obsługi z dnia na dzień wzrastają, wpychając w pułapkę zadłużenia. Coś na ten temat mogą powiedzieć ci, którzy długo cieszyli się niskimi kosztami i łatwą spłatą frankowych kredytów hipotecznych, a nagle – ni z tego, ni z owego – znaleźli się w pułapce.

Po drugie rentowności polskiego długu są dziś rzeczywiście bardzo niskie, bo niskie – wręcz ujemne – są rentowności długu Niemiec czy Holandii. A chętnych do zakupu polskich obligacji jest wielu, bo w warunkach kryzysu mało atrakcyjne są inne formy inwestowania. Ale to wszystko pewnego pięknego dnia się zmieni: kiedy kryzys się zakończy, stopy wzrosną, a o kapitał znów trzeba będzie się bić.

No i po trzecie warto dostrzegać różnicę między sytuacją bieżącą a perspektywami na dłuższą metę. To, że dziś nie brakuje chętnych na zakup polskich, nisko rentownych obligacji, potwierdza oczywiście, że dzisiejsza ocena wiarygodności Polski jest niezła. Ale wzrost zadłużenia może to kiedyś zmienić. Jeszcze w połowie roku 2008 rząd Grecji nie miał problemu ze sprzedażą obligacji, a ich rentowności były takie same jak obligacji Luksemburga (4,8 proc.). Dwa lata później nikt już nie chciał udzielać zbankrutowanym Grekom kredytu, a rentowność ich obligacji sięgnęła 30 proc. (luksemburskich spadła do 3 proc.).

Obawiam się więc, że definicja „bezpiecznego poziomu długu" jest nieco bardziej skomplikowana, a ostrożność w zakresie zadłużania się państwa nie jest tylko fanaberią staroświeckich ekonomistów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA